poniedziałek, 22 lipca 2019

Rozdział 16

Warszawa, 9 marca 2019

Odetchnęła z ulgą, wycierając ostatni element ekspresu. Czyszczenie tego ustrojstwa należało do najbardziej niewdzięcznych zadań, ale ktoś musiał je wykonać. Dotychczas skutecznie udawało mi się wymigiwać, ale po tylu tygodniach i mnie dosięgło ostrze przeznaczenia. 
— Wyglądasz jak trup — stwierdziła Trixie, gdy odwieszałam fartuch. Miałyśmy otworzyć za pół godziny, więc miałam prawo do małej przerwy. Szczególnie, że po południu czekało mnie jeszcze bliskie spotkanie trzeciego stopnia z nad aktywnymi bliźniakami.  
— Skąd wiesz, że nim nie jestem? — uśmiechnęłam się kpiąco. 
Parsknęła śmiechem jednocześnie z dezaprobatą kręcąc głową. 
— W takim razie nie wystrasz klientów. Korpoludki po siódmej mogą nie docenić twojego poczucia humoru. 
Przewróciłam oczami, ale nie wdawałam się w dalszą dyskusję. Nie miałam zresztą na to siły. Ostatnie kilka dni skutecznie pozbawiło mnie jakiejkolwiek chęci do życia. Po niezręcznym poranku Mateusz zwinął się z mojego mieszkania, rzucając tylko krótkie cześć.  Nie próbował się ze mną kontaktować, a ja nie nalegałam. Wydarzenia z pamiętnego wieczoru i późniejsza rozmowa nadal nie dawały mi spokoju. Nie miałam pojęcia co myśleć, co czuć, a nawet gdy próbowałam zdefiniować, co w ogóle czuję, mózg odmawiał posłuszeństwa. Zawieszał się na amen, z dość jasnym komunikatem — wpakowałaś się to bagno na własne życzenie, to teraz radź sobie sama. 
Więc sobie radziłam. Skutecznie unikając rozwiązywania jakichkolwiek problemów, które bezpośrednio dotyczyły mojego wątpliwego życia uczuciowego. 
Oczywiście nikomu nie przyznam, że trochę za Matim tęskniłam. Ale tylko odrobinę. Tak, tyci, tyci. 
No dobra, kogo ja chcę okłamać?! Oczywiście, że tęskniłam za tym cholernym dzieciakiem. Z kim niby miałam oglądać seriale? Złorzeczyć na krokodylicę? I jeść jakieś strasznie ilości niezdrowego żarcia. Okej, całkiem nieźle dogadywałam się z Nicolasem, w końcu zawsze byliśmy zgranym rodzeństwem. Ale Mateusz był jedyną bliską mi osobą tu w przeszłości, której wcześniej nie znałam. Jedynym prawdziwym przyjacielem w tym szaleństwie. 
I żeby nie było, pytałam Ivy co mam robić. Czy ewentualnie zaangażowanie się w poważniejszy związek, może jakoś wpłynąć na przyszłość, wszechświat i populacje pand czerwonych. Oczywiście Ivy stwierdziła tylko, że mam nie pitolić trzy po trzy i zająć się zadaniem. 
Ta, że niby pracodawca przejmuje się stanem psychicznym pracowników. 
Pocieszając było za to to, że tata naprawdę wziął sobie do serca moje rady. Zabrał żonę i starsze dzieci do kina, po czym niby od niechcenia pochwalił się tym w mediach społecznościowych. Znaczy Timi się pochwalił, bo dorwał telefon ojca po czym uwiecznił Manoline która akurat z impetem przewróciła tekturową podobiznę smoka Szczerbatka. 
Przy okazji w tle uchwycił tatę, obejmującego roześmianą mamę. 
Za to dzisiaj wszyscy mieli iść na mecz i tylko ja zostawałam z malutkimi bliźniakami. Z czego tym bardziej się cieszyłam, że mogłam uniknąć kontaktu z Mateuszem. 
Z zamyślenia wyrwało mnie głośne przekręcanie klucza. Trixie otworzyła kawiarnię. Pospiesznie założyłam i wygładziłam fartuszek, wzięłam kilka głębokich wdechów, a potem stanęłam za ladą. Nie minęła dwadzieścia minut, a pojawił się pierwszy klient. Rzuciłam się w wir pracy. Dzięki temu choć na moment mogłam zapomnieć o problemach. Uśmiechnąć się, przyjąć zamówienie, powiedzieć, że nie nie mamy mleka wielbłąda, wydać kawę. Proste, łatwe i przyjemne. Można wyłączyć myślenie. 
Koło pierwszej w drzwiach stanęła znajoma postać. 
— Siema, Pie… Pénélopo! — Nicolas poprawił się w ostatniej chwili. Podszedł do lady i jak gdyby nigdy nic usiadł na blacie. — Jak tam idą interesy?
Posłałam mu mordercze spojrzenie. Dobrze, że akurat mieliśmy krótką przerwę w napływie klientów, bo inaczej ucięłabym mu łeb. A potem oddała dzieciakom z pobliskiej szkoły żeby grały nią w piłkę. 
— Przyszedłeś tu w konkretnym celu, czy tylko po to, by mnie denerwować? — W ramach przerwy zajęłam się wymienianiem pustych pojemników z syropami. 
— A skąd taki chłodny ton? Czyżby pewien przystojny siatkarz nadepnął ci na odcisk? — znacząco poruszył brwiami. 
Trzepnęłam go szmatką. Miałam szczerą nadzieje, że nie zaczerwieniłam się tak bardzo jak myślałam. Choć znając swoje nadzwyczajne zdolności w tym kierunku równie dobrze mogłabym zamieszkać wśród pomidorów. 
— Jakbyś nie zauważył pracuję, więc gadaj szybko czego chcesz albo wynocha. 
Oczywiście Nico, zamiast choć odrobinę się obrazić, tylko roześmiał się głośno. Dopiero teraz zauważyłam, że jest w podejrzanie dobrym humorze. Szczerzył się jak głupi do sera i wesoło machał nogami, zupełnie ignorując fakt, że uderza stopami o kontuar. 
— Oj, Penny, Penny — pokręcił z dezaprobatą głową. — Powinnaś się cieszyć! Radować! Naprawdę nam się udało! 
Zmarszczyłam brwi. Naprawdę, od tej pracy chyba przegrzał mi się mózg. 
— Ale co się udało? 
— No jak to co?! Nasz plan! Tata walczy o mamę! Nie wmówisz mi, że nie widziałaś tych zdjęć w Internecie! List musiał jednak wypalić! 
— Ah, to masz na myśli! — masochistycznie przywaliłam sobie w łeb. — Cóż, można powiedzieć, że dołożyłam do tego trochę dodatkowej pracy. — Uśmiechnęłam się chytrze. 
W skrócie opowiedziałam Nicolasowi o wizycie taty w mieszkaniu. Zataiłam tylko obecność Mateusza. Nico może i był moim bratem, ale nie musiałam mu się zwierzać ze swojego życia. Ani teraz, ani za dwadzieścia lat. 
— Czyli udało ci się przemówić tatusiowi do rozumu, tak? Szacun. Serio, wątpiłem by komukolwiek się to udało. Przyznam jednak, że nie przyszedłem to tylko by cieszyć się z tego sukcesu. 
Z zainteresowaniem przekrzywiłam głowę. Odłożyłam na moment szmatkę i oparłam się o blat, dając bratu znak, by kontynuował. 
— Nadal nie pozbyliśmy się Amelii z miasta. Teoretycznie moglibyśmy odpuścić, bo tata wziął się do roboty, ale wolę mieć pewność, że ta kobieta już się do niego nie zbliży. 
Ze zrozumieniem pokiwałam głową. Ja też spałabym spokojnie wiedzą, że Amelia jest daleko stąd. Najlepiej na innym kontynencie. Była przebiegłą kobietą i wiedziałam, że tak łatwo się nie podda. 
— Co w takim razie zamierzasz zrobić? — zapytałam. — Nie możemy drugi raz otwarcie pojawić się w jej domu, bo zacznie coś podejrzewać. Zresztą dziwie się, że jeszcze nikt się nie domyślił, że to my zmieniliśmy bieg rur. 
— Przecież obiecywałem, że tak będzie. — Nico wydawał się w ogóle nie przejmować ewentualnym wykryciem. — Ogólnie na razie chcę poobserwować sytuację. Musimy wkroczyć w odpowiednim momencie. 
— Z czym wkroczyć? 
Nie odpowiedział. Zamiast tego zeskoczył z blatu, zarzucił na szyję szalik i ruszył w kierunku wyjścia. 
— Mam nadzieję, że nie boisz się szczurów — rzucił jeszcze w drzwiach, a potem, śmiejąc się szaleńczo, wypadł na marcowe słońce. 
A mnie nie pozostało nic innego jak przeklinać na czym świat stoi.  Chwilę później pojawili się kolejni klienci. Do końca zostały mi dwie godziny. Spędziłam je, rozlewając kawę i zastanawiając się, dlaczego niby miałabym się nie bać szczurów. Po co Nicolas potrzebował tych biednych gryzoni? Wiedziałam, że Timi ma dwa małe szczurki, które dostał od cioci Joyce. Mieszkały sobie w olbrzymiej klatce w jego pokoju i nikomu nie przeszkadzały. Do tego z rodzinnych opowieści pamiętałam, że Timo był do nich bardzo przywiązany, więc miałam nadzieje, że Nicolasowi chodziło o inne szczury. 
Pracę zakończyłam z postanowieniem, że zaraz po przyjściu do domu rodziców sprawdzę, co u zwierzaków. 
Miałam niespełna godzinę. Ogarnęłam się szybko, nastroiłam skrzypce ( starałam się robić to jak najczęściej) i upewniłam się, że spódnica nadal wisi w szafie. I skrzypce i spódnica przybyły ze mną z przyszłości. Wolałam mieć pewność, że wrócą do niej w idealnym stanie. 
Dokładnie piętnaście po piątej zapukałam do drzwi. Jak zwykle otworzyła mi mama. 
— Wejdź, wejdź, za nim zmarzniesz — szybko zaprosiła mnie do środka. — Maluchy jadły dosłownie dziesięć minut temu, więc na razie powinnaś mieć spokój. Ale Walterowi chyba zaczynają wychodząc ząbki, bo od wczoraj dosłownie wszystko bierze do buzi. Więc nie zostawiałbym niczego cennego w zasięgu jego małych rączek. 
Nie robiłam tego, gdy były wielkimi łapami, więc nie zrobię i teraz — chciałam dodać, ale w porę ugryzłam się w język. 
Słuchałam mamy, jednocześnie przyglądając się jej uważnie. Uśmiechnęłam się pod nosem widząc, że jest w lepszym stanie niż ostatnio. Wyglądała na wyspaną, starannie upięła włosy, a uśmiech dosłownie nie schodził jej z twarzy. 
— Zostawiam włączony telewizor. Pomyślałam, że może będziesz chciała obejrzeć mecz. Bo Stephane i Nico coś wspominali, że ostatnio dobrze dogadujesz się z Mateuszem. 
Zapisać — przy najbliższej okazji zabić i brata i ojca. Cholerne gaduły. 
Odpuściłam sobie komentarz, zamiast tego skupiając się na maluchach. Bliźniaki leżały na macie w salonie i „rozrabiały”.  Walter co chwilę wkładał do buzi kolejne gryzaki, a mała Pierrette próbowała je zabrać. Co było o tyle trudne, że jeszcze obydwoje mieli ograniczone zdolności ruchowe. Na mój widok uśmiechnęli się radośnie. 
— W takim razie ja cię już zostawiam. — Mama pospiesznie zaczęła zbierać rzeczy. — Nie wiem jeszcze, kiedy wrócimy, to zależy od gry chłopaków, więc kontroluj sytuacje. 
Kiwnęłam głową. Dziesięć minut później zostałam w domu sama. Szybko sprawdziłam, co u szczurków Timiego ( nadal żyły, miały się dobrze) po czym usiadłam obok dzieciaków. 
— Zobacz Walt, dinozaur. Fajny, prawda? — pomachałam mu przed twarzą gumowym gryzakiem. 
Terry chwycił zabawkę w dłoń przez moment oglądał ją uważnie, by w końcu rzucić dinozaurem w stronę fotela. 
— Nie podoba ci się? — uniosłam brew. 
Chłopiec zachichotał, wyciągając rączki w kierunku zabawki. 
Przyniosłam mu ją z powrotem, mając nadzieję, że tym razem zainteresuje się gryzakiem na dłużej, Zapomniałam uwzględnić przy tym fakt, że mam do czynienia z moim bratem. Który doszedł do wniosku, że rzucanie dinozaurem to najfajniejsza zabawa pod słońcem. 
I, ku ogólnemu zdumieniu całego wszechświata, mała ja podzielała jego pogląd. 
— I ty Brutusie przeciwko mnie!? — oburzyłam się, gdy oberwałam w plecy gumowym psem. 
Roześmiali się synchronicznie. Mali terroryści. 
Dobra, muszę to przyznać sama przed sobą. Naprawdę przywiązałam się do tych maluchów. I nie miało to nic wspólnego z faktem, że tak naprawdę opiekuję się moją małą wersją i swoim bratem bliźniakiem. Po prostu byliśmy uroczymi, kochanymi dziećmi. Choć na początku chodziło mi tylko o zbliżenie się do mamy, to teraz po prostu lubiłam tu przychodzić. I nie pozwoliłabym, by bliźniakom choć włos z głowy spadł. 
Nagle usłyszałam dziwny stukot. Zamarłam z palcem w dłoni Pierrette. Nasłuchiwałam uważnie. 
Stukot rozległ się ponownie. 
Bardzo powoli podniosłam się z ziemi i podeszłam do okna. Na zewnątrz było ciemno i tylko dzięki ulicznym latarniom dostrzegałam zarys kształtów w ogrodzie. Zmrużyłam oczy, próbując zidentyfikować źródło dźwięku. 
Niespodziewanie coś dużego przemknęło pod parapetem. Odskoczyłam przerażona. Moje serce biło jak oszalałe. Cała drżałam. Z trudem przemogłam się, by znów podejść do okna. 
W ostatniej chwili dostrzegłam cień przeskakujący przez płot. 
— Zachowaj spokój, Polly, zachowaj spokój — szeptałam gorączkowo, próbując złapać oddech. Tajemniczy cień zniknął, ale ja nadal miałam wrażenie, że gdzieś czai się w ogrodzie. 
Co to było? A raczej kto? Bo choć nie widziałam wyraźnie, to byłam prawie pewna, że to był człowiek. Tajemniczy człowiek, który z jakiegoś powodu postanowił wkraść się do ogrodu. 
Po chwili namysłu, upewniwszy się, że maluchy nie zamierzają się ruszać, wyszłam na ganek. Włączyłam latarkę i spróbowałam się rozejrzeć. Nie dostrzegłam niczego podejrzanego. Na ulicy znów panował spokój. 
Trochę uspokojona wróciłam do domu. Może tylko mi się przewidziało? Wcześnie wstałam, jestem trochę zmęczona, może to tylko zwidy? Coś stukało, a mój paranoiczny mózg doszedł do wniosku, że to włamywacz. A to przecież mógł być tylko duży ptak, prawda? Albo jakaś wielka, zmutowana wiewiórka. Tak, właśnie tak. To była wielka wiewiórka. Nie ma potrzeby bym martwiła mamę. 
Powtarzając to jak mantrę, znów zajęłam się bliźniakami. Walter, zirytowany moją chwilową nieobecnością, chwycił gryzak, a potem z całej siły cisnął go przed siebie. 
Dinozaur wpadł pod szafkę z telewizorem. Jęknęłam cicho, ale uklękłam i spróbowałam wyciągnąć zabawkę. Jednak po raz kolejny okazało się, że mam za krótkie ręce, jestem za niska i w ogóle los sobie chyba żartował. 
Dinozaur został pod szafką. 
— Sorry, mały — zwróciłam się Waltera. — Dino wybrał wolność.  
Mały spojrzał na mnie wielkimi oczami. Przez ułamek sekundy bałam się, że zaraz się rozpłacze, ale on zamiast tego zachichotał radośnie po czym kiwnął w bok, próbując przekręcić się na brzuch. 
Odetchnęłam z ulgą. Kryzys zażegnany! 
— Da! — Pretty wyciągnęła do mnie rączki, również domagając się uwagi. Ledwo wzięłam ją na ręce, a już przylgnęła do mnie jak rzep. Coś czułam, że nie będę mogła już odstawić jej na ziemię. 
Kątem oka zerknęłam na telewizor. Właśnie kończył się pierwszy set. Warszawa miała dość dużą przewagę, więc tata wpuścił zmienników. Przełknęłam głośno ślinę, widząc Mateusza w polu zagrywki. Szczerze powiedziawszy nie wyglądał najlepiej. Miał podkrążone oczy i jakby trochę zmarniał przez te kilka dni. Gdy wyskoczył do zagrywki, bardzo chciał włożyć w uderzenie maksimum siły, ale nie był wstanie jej z siebie wykrzesać. Uderzył w siatkę. 
Bardzo chciałam wierzyć, że to nie moja wina. 
— Da! — powtórzyła Pretty, gdy kamery pokazały tatę. Nerwowo przeczesał włosy, a potem zaczął gorączkowo tłumaczyć coś Mateuszowi. 
— Tak, tatuś, to tatuś. — uśmiechnęłam się do małej. — Na razie bardzo się denerwuje, ale wie, że wszyscy trzymamy za niego kciuki. 
Dziewczynka z zaciekawieniem przekrzywiła głowę. Czyżby rozumiała więcej niż mi się wydawało? Czy wiedziała, że tak naprawdę jesteśmy tą samą osobą? Czy podświadomie wyczuwała moje problemy? 
Pokręciłam stanowczo głową. Choć nie rozumiałam do końca jak działa oś czasu, to byłam pewna, że mała ja nie mogła pojąć więcej niż przeciętne dziecko mające pięć miesięcy. Dlatego też zamiast dyskutować z nią o fizyce, usiadłam na podłodze i zaczęłam układać wieżę z klocków. Oczywiście tylko po to, by mała zaraz ją rozwaliła. 
Bawiąc się z bliźniakami i oglądając mecz, starałam się zapomnieć o tajemniczej postaci w ogródku. Przez ostatnie kilkanaście dni tak mocno skupiłam się na Amelii, że zupełnie zapomniałam o człowieku, który groził tacie. Ba, chyba wszyscy uznali, że facet ( czy może kobieta), po prostu odpuścił. 
A tym czasem on wrócił. Byłam prawie pewna, że wrócił. 
Przełknęłam nerwowo ślinę. Gdy Walt zaplótł się wokół mojej ręki niczym leniwiec, jedynie wymusiłam uśmiech. Choć próbowałam zachować spokój, to z każdą kolejną sekundą byłam coraz bardziej przerażona. Może powinnam pobiec za włamywaczem? Spróbować go złapać? Zobaczyć kim jest? 
Ta, jasne, i od razu zapewnić sobie miejscówkę na najbliższym cmentarzu. Daj spokój, Pretty, jesteś ostatnią osobą nadającą się do pościgów. Gdzie niby chcesz zabiec na tych krótkich nóżkach? Do Krainy Czarów? Facet pewnie jednym ruchem ręki mógłby skręcić ci kark. 
Niechętnie musiałam przyznać rozumowi rację. 
Tak naprawdę najlogiczniejszym wyjściem byłoby wezwać policję. Może znaleźliby coś ciekawego? 
Wzdrygnęłam się mimowolnie. Co ciekawego? Kolejne groźby? A może ich wypełnienie? Bombę pod domem. 
Pobladłam gwałtownie. Cholera, powinnam jak najszybciej przeszukać ogródek. Przecież tam naprawdę może coś być! Coś niebezpiecznego! A jeśli za nim rodzice wrócą, ja i bliźniaki wylecimy w powietrze? 
Poderwałam się na równe nogi. Już chciałam wybiec na zewnątrz i metr po metrze przeszukać cały ogródek. Zamarłam jednak w pół kroku. Z telefonem w ręce i bliźniakami pod nogami. 
Dokładnie w tym momencie skończył się mecz. Onico wygrało. Rozradowani zawodnicy wybiegli na boisko. Zaczęli skakać, rzucać się na siebie. Ciepło mi się zrobiło na sercu, gdy zobaczyłam roześmianego Mateusza. Przynajmniej przez chwilę wyglądał lepiej. 
Wesoła atmosfera udzieliła się całej hali. Operatorzy co rusz pokazywali szczęśliwych kibiców i członków sztabu. Nie mogłam nie cieszyć się razem z nimi.
Nagle kamery pokazały tatę. Tak po prostu. 
A ja aż podskoczyłam z radości. 
Tata nie cieszył się razem z zawodnikami. Zamiast tego stał przy barierkach i stojąc na palcach obejmował mamę. Nawet więcej; dosłownie przyciągnął ją do siebie i całował namiętnie, tak, jakby cały świat wokół nie istniał. 
— Iiii! — zapiszczałam. Walter spojrzał na mnie z miną, „i ta wariatka ma nas pilnować”. Zupełnie się tym nie przejęłam. Jak zaczarowana wpatrywałam się w rodziców. Miałam wrażenie, że wróciły najwspanialsze lata. Że mama nadal żyję, że rodzice się kochają, że wszyscy jesteśmy szczęśliwi. 
Szczerząc się jak głupia, usiadłam przed telewizorem. Już kompletnie zapomniałam o tajemniczym gościu, tajemnicach czy groźbach. Obok bliźniaki zaczynały przysypiać. W domu nagle zapanował wyjątkowy spokój. Było dokładnie tak jak trzeba. 
Nie mam pojęcia jak długo tak siedziałam, ale z letargu wyrwał mnie dzwonek telefonu. Zmarszczyłam ze zdziwieniem brwi, widząc, że dzwoni Nico.
— Mamy problem — powiedział Nicolas, gdy tylko odebrałam połączenie. 
— Problem? — parsknęłam. — Chłopie, przecież jest świetnie! Widziałam, jak tata całuje mamę. Naprawdę nam się udało! 
— Ta, tak to wyglądało w telewizji. — Chociaż nie widziałam brata, byłam przekonana, że wygląda jak chmura gradowa. — To pokazały kamery. A problem tkwi w tym, czego nie pokazały.
Jęknęłam cicho. Już wiedziałam, że nadchodzi Armagedon. 
— Amelia?
— A żebyś wiedziała! Ta kobieta w ogóle nie ma wstydu! Po meczu, jak gdyby nigdy nic podbiła do taty i zaczęła nawijać jaki to mecz był genialny, wspaniały i w ogóle, i jak tata świetnie go poprowadził. Zupełnie zignorowała stojącą obok mamę. A potem jeszcze stwierdziła, że tata jest takim świetnym trenerem i że nie może się marnować! I że ona pomoże mu po Onico znaleźć naprawdę dobry klub, który doceni taki talent. No bo przecież on też wielokrotnie jej pomógł, więc teraz musi się odwdzięczyć.  Więc koniecznie muszą się umówić na lunch, by wszystko przegadać. Żebyś widziała jak przy tym go kokietowała. Machała tymi swoimi rzęsami, uśmiechała się prowokacyjnie i na nasze nieszczęście już nie śmierdziała. Mama prawie wybuchła z wściekłości. 
— Nie dziwie się — burknęłam. — Jak zareagował tata? 
— Nie bardzo wiedział jak się zachować. Bo oczywiście nadal jak idiota próbuje być miły. Zamiast po prostu powiedzieć tej babie, żeby spadała. 
— Daj spokój. Znam go dwadzieścia lat, w życiu by czegoś takiego nie powiedział. 
— Wiem — westchnął głęboko Nicolas. — Tylko, że coś tam pobąkiwał, że porozmawiają o tym później, że każda pomoc się przyda, że fajnie i w ogóle. 
— Cholera! — Miałam szczerą ochotę przywalić głową w ścianę. Naprawdę, tata był czasami niereformowalny. Rozumiem, że kilka razy oberwało mu się za to, co powiedział i teraz strasznie uważał na słowa, ale bez przesady. Jedyne co należało się Amelii, to solidny kop w tyłek. 
Najlepiej na księżyc. 
— Mama zrobiła już tacie awanturę? 
— Nawet się nie odezwała. Rzuciła tylko, że wraca do domu. Zgarnęła Manoline i Timiego wcześniej, nie zaczekała na tatę, więc jest źle. Wrócę z tatą i zdam ci relację, co było dalej.
Przymknęłam oczy i policzyłam do dziesięciu. Tyle roboty na nic. Wróciliśmy do punktu wyjścia. Naprawdę, dorośli ludzie, a zachowują się jak dzieci. 
Do tego jeszcze ten tajemniczy człowiek w ogrodzie. Czy naprawdę nie mogłoby być spokojnie? 
— Czyli musimy niedługo wdrożyć twój chytry plan, tak? 
— Dokładnie. Myślę, że powinnaś napisać kolejny list. I może wysłać kwiaty? 
Zmarszczyłam podejrzliwie brwi. 
— Tajny wielbiciel wraca do gry? 
— Ostatnio zadziałało. Więc dlaczego miałoby nie zadziałać znowu. 
Ze zrozumieniem pokiwałam głową. Coś w tym niewątpliwie było. Tata nadal kochał mamę i co do tego nie miałam żadnych wątpliwości. A co jak nie zazdrość miałoby go pchnąć do działania.
— Robisz coś jutro po południu? — zapytał Nicolas. — Bo moglibyśmy znów udać się do Amelii.
— Rano pracuję, ale później spoko — zgodziłam się. — Zorganizujesz wszystko? 
— Tak jak poprzednio. Na razie muszę kończyć. Tata zaraz wyjdzie z szatni. Lepiej żeby nie usłyszał, o czym rozmawiamy — powiedział, a potem rozłączył się. 
Powoli odłożyłam komórkę. Zerknęłam na bliźniaki. Nadal leżały na macie. Pierrette przysypiała, a Walter wsadzał sobie do buzi drewniany klocek. Przykucnęłam obok i uśmiechnęłam się zmutno. Zupełnie nie zdawały sobie sprawy z tego, co się dzieje. Na szczęście ich dzieciństwo nadal przepełnione było miłością i troską. 
Musiałam zrobić wszystko, by to się nie zmieniło. 
— Będzie dobrze — szepnęłam, czule głaszcząc Waltera po głowie. — Wszystko będzie dobrze. 

Paryż, 9 marca 2039

Przetarłem dłonią zmęczony oczy i wstałem z fotela. Przeciągnąłem się, uważając, by przypadkiem nie potrącić monitoru, cały czas kontrolującego funkcje życiowe Pretty. Skrzywiłem się nieznacznie, gdy urządzenie zapiszczało głośniej po czym od razu wróciło do normalnej pracy. Pierrette była w domu od dwóch dni i już wielokrotnie zdarzało się, że jej serce na moment przyspieszało, by po sekundzie zwolnić. Na początku, przy każdym głośniejszym dźwięku biegliśmy z tatą sprawdzić, co się dzieje, jednak szybko nauczyliśmy się, że to bezcelowe. Moja kochana siostrunia na dobre przyjęła rolę śpiącej królewny, a nic nie wskazywało na to, by pocałunek księcia z bajki miał pomóc. Gdyby tak było, to może nawet nie poturbowałbym Theodora. 
Ale tylko może. 
Zrobiłem kilka kroków i skrzywiłem nieznacznie, gdy znów zaczęło mi się kręcić w głowie. Odkąd wróciłem do kraju, ziemia pod moimi stopami falowała prawie cały czas. Na szczęście nieznacznie, więc mogłem skupić się na ważniejszych rzeczach. Przede wszystkim na Pretty. Nicolas nie wskórał nic więcej, lekarze ostatecznie rozłożyli ręce i ostatecznie kazali przepisać młodą do Penny do hospicjum. Oczywiście tata nie pozwolił by zajmowali się nią jacyś obcy ludzie. Sam wziął na barki opiekę nad ukochaną córką. Wziął urlop na czas nieokreślony, przeszedł przyspieszony kurs pielęgniarstwa po czym zaległ w przestronnym pokoju na parterze, który tymczasowo stał się nową sypialnią Pierrette. 
Nie rozmawiałem z nim ani o rozwodzie, ani o zajściu we Włoszech. Już i tak każde wspomnienie mamy wywoływało u niego ściśnięcie gardła i gwałtowną zmianę tematu. Zachowywał się nawet gorzej niż w oryginalnej rzeczywistości. Wtedy przynajmniej był wstanie o mamie mówić. Czasami, gdy był w dobrym humorze, siadał w fotelu w salonie i zagłębiał się w przeszłość. Wspominał wszystkie dobre chwile, zabawne sytuacje, powtarzając, że to najlepsze, co może dla niej zrobić. 
Teraz jednak na samą wzmiankę o mamie zamykał się w sobie
Jedynym plusem całej tej sytuacji było jego podejście do mnie. Ufał mi, gdy zasugerowałem, że powinien odpocząć, bez protestów opuścił Pierrette. Nie próbował na siłę naprawiać naszej relacji, bo już była dobra. Mogliśmy swobodnie rozmawiać, nawet żartować. Było prawie dokładnie tak, jak przed śmiercią mamy. 
Tak więc teraz siedziałem przy łóżku Pierrette i próbowałem ignorować ciszę w ogromnym domu. Tata spał na piętrze, Nicolas wrócił do pracy, a Aisha i Zan na uczelnie. Z Timim i Manoline kontaktowaliśmy się jedynie telefonicznie. Obydwoje mieli masę roboty i nawet chcieli przyjechać, ale szybko zapewniłam ich, że sobie radzimy. Obydwoje nadal mieli szczęśliwe, spokojne życie, nie chciałem go niszczyć. 
— Widzisz, Pretty, ledwo cię zostawić i już wywracasz cały świat do góry nogami — parsknąłem śmiechem. — Mam nadzieję, że jak teraz wyjdę po coś do jedzenia, to nie przeniesiesz nas przypadkiem do średniowiecza. 
Brak reakcji uznałem za zaprzeczenie, więc udałem się do kuchni. Uśmiechnąłem się pod nosem po otwarciu lodówki. W tej rzeczywistości tata nauczył się jednak dbać o zapasy, bo jak na razie ani razu nie musiałem przypominać mu o zakupach. 
A odkrycie, że kupił nawet moje ukochane mleko czekoladowe poprawiło mi humor do tego stopnia, że przygotowując jedzonko, zdobyłem się na wesołe pogwizdywanie. 
Jednak gdy znów spojrzałem na lodówkę, momentalnie uleciał ze mnie cały entuzjazm. Na kilku kolorowych karteczkach tata zapisywał najważniejsze rzeczy. Numer Pierrette. Adres Pierrette. „Zadzwonić do Pierrette’. „Odwiedzić Pierrette”. Kwiaty dla Stephanie. I znów numer Pretty. 
Westchnąłem cicho. Nagle straciłem apetyt. Odłożyłem talerz i powlokłem się z powrotem do sypialni siostry. 
— Coś ty najlepszego zrobiła, młoda? — zapytałem, siadając ciężko w fotelu. — Rozumiem, że mogłaś być zła… Ja też jestem zły. Jak w ogóle tata mógł dopuścić do rozwodu?! Ale jednak chyba trochę przesadziłaś. Wiesz, że w samym tylko styczniu tata dzwonił do ciebie czterdzieści razy? Wiem, bo sprawdziłem w domowym systemie łączności. A ty odebrałaś tylko jeden. I to pewnie tylko dlatego, że już byłaś mocno poirytowana. — Z niedowierzaniem pokręciłem głową. Sama myśl, że Pretty mogłaby lekceważyć tatę była kompletnie absurdalna. Idiotyczna. W takie bajki to nawet chłopcy Nicolasa by nie uwierzyli. 
Przeczesałem palcami włosy. Prawda była taka, że nadal nie bardzo rozumiałem, co się dzieje. Tylko tyle, że rzeczywistość w okół mnie uległa zmianie i to dość poważnej. To już nie chodziło o małe szczegóły, które mogłem zrzucić na przemęczenie, czy własne roztrzepanie. Tu chodziło o cały bieg historii. I na razie wyglądało na to, że tylko ja to dostrzegałem. 
Cały czas miałem w pamięci słowa Ferasco. Od powrotu do Francji cierpiałem na bezsenność, więc wiele godziny spędziłem po prostu gapiąc się w sufit i próbując zrozumieć, co miał na myśli. Nigdy nie miałem bardzo wybujałej wyobraźni, raczej twardo stąpałem po ziemi. Nie fascynowali mnie czarodzieje, loty w kosmos, czy wojny międzygalaktyczne. Gwiezdne Wojny oglądnąłem kątem oka, a Gwiazda Śmierci raczej kojarzyła mi się z Garym z Lakersów, który został MVP cztery sezony pod rząd, a w trakcie jednego meczu tak poturbował przeciwnika, że ten zapomniał jak się nazywa jego narzeczona.
Dlatego też ciężko mi było wyjść z rozumowaniem po za udowodnione zagadnienia. Nauka posunęła się do przodu, wiele rzeczy, o który kiedyś nawet nie marzono teraz było rzeczywistością. 
— Wiesz, przydałby się teraz Timi — mruknąłem do Pierrette. — Naczytał się komiksów i na pewno ma obcykane te wszystkie fantastyczne teorię. A może ty masz jakiś pomysł? Bądź co bądź musisz być jakoś powiązana z całym tym cyrkiem. Tak twierdził Ferasco. Cholera, powinienem go wtedy mocniej przycisnąć! — wściekle uderzyłem pięścią w ścianę. 
Oczywiście nie uzyskałem komentarza. Zrezygnowany odchyliłem się na krześle i pusty wzrok wlepiłem w sufit. Miałem wrażenie, że Pretty się ze mnie śmieje. Że nabija się z mojej bezradności. Już nie byłem genialnym Walterem, który potrafił poradzić sobie z każdym problemem za pomocą szarmanckiego uśmiechu. Nie byłem idealnym bratem bliźniakiem, któremu wszystko wychodziło lepiej, który zawsze był pierwszy. 
Nie. Byłem przerażonym, bezradnym chłopcem. I niczego nie pragnąłem tak bardzo, jak tego, by to wszystko okazało się tylko snem. 
— Ogarnij się, Walt!
Ostatnio wyjątkowo często powtarzałem to zdanie. 
Może powinienem poprosić kogoś o pomoc? Julcię? Ku ogólnej rozpaczy całego świata, nadal tkwiła w Stanach. Tatę? Raczej mi nie uwierzy. Aisha i Zan podobnie. Do tego obydwoje nadrabiali zaległości na studiach i ślęczeli nad książkami. 
No właśnie, książki! Przecież wcale nie musiałem prosić nikogo o pomoc. Sam sobie mogłem pomóc. Gdzie znajdę więcej wiedzy jak nie w bibliotece?!
Dumny z własnej genialność, zebrałem się szybko, rzuciłem tylko tacie, że wychodzę, po czym wypadłem z domu prawie przeskakując przez ganek. Byłem przekonany, że biegnąc przez miasto unosiłem się kilka centymetrów nad ziemią. 
Biblioteka Narodowa i Uniwersytecka w Paryżu powstała z połączenia kilku największych bibliotek w mieście przeszło dziesięć lat temu. Po porozumieniach, negocjacjach wszystkie najwspanialsze zbiory przeniesiono do nowo wybudowanego kompleksu w centrum dzielnicy biznesowej. Stare, pięknie zdobione budynki zastąpiono przeszklonymi ścianami i ekstrawaganckimi lampami. Nie było już unoszącego się w powietrzu kurzu, czy odstraszających, surowych bibliotekarek. Był pośpiech, wielowymiarowe myślenie i nastawienie na konkretne fakty. 
Przynajmniej do takiego wniosku doszedłem, przekraczając próg po raz pierwszy. Powiedzmy sobie szczerze –– to była moja pierwsza wizyta w tym przybytku wiedzy. Choć moja rodzina od książek nie stroniła, w dzieciństwie czytałem dość sporo, to jednak tradycji uniwersyteckich nie mieliśmy. A przynajmniej nie takich stricte wiedzowych Tak naprawdę dopiero Pierrette wybrała kierunek, który wymagał od niej kucia, ślęczenia nad opasłymi tomiszczami ( bo nikt nie wpadł na to, by wstawić je do sieci), czy zapamiętywania dat. 
Dlatego też w tak wielkiej bibliotece czułem się zupełnie obco. Jakbym nagle został wysłany na Marsa. Wyświetlając się na ekranach pod sufitem strzałki i nazwy różnych działów nic, ale to zupełnie nic mi nie mówiły. Nie miałem pojęcia co robić. Najchętniej zrobiłbym w tył zwrot i wrócił do grania w koszykówkę. To zdecydowanie wychodziło mi lepiej. 
– Dobra, Walt, rusz mózgiem –– skarciłem samego siebie. – Nie masz dwóch lat potrafisz dogadać się z ludźmi. Koniec języka za przewodnika, prawda? Cyc do przodu i dawajta! 
Tak więc wziąłem głęboki wdech, wyprostowałem się dumnie i sprężystym krokiem podszedłem do informacji. Za kontuarem siedziała ciemnoskóra kobieta po trzydziestce. Miała siwe dredy, zielone okulary, a na kolanach trzymała milion małych, kolorowych karteczek. 
–– Przepraszam... 
–– Chwileczkę, moment, uno momento, por favor! –– Podniosła dłoń, jakby conajmniej zatrzymywała rozpędzony pociąg. –– Jeśli antologię owadów starożytnych przeniesiemy do dział A1 to wtedy Mity i Legendy ludów hipotetycznych trzeba będzie przenieść do B43. Ale wtedy nie będziemy mieć miejsca na Historię bielizny europejskiej... 
–– Przepraszam... –– spróbowałem ponownie. 
–– Ale z trzecie strony...
Na wszystkie żółte kartki Heynena, dobrze, że w genach otrzymałem anielską cierpliwość. Serio, powinienem zacząć nosić aureolkę nad głową i skrzydełka. Nie dość, że świetnie oddawałyby moją naturę, to jeszcze wyglądałbym wściekle seksownie. 
Muszę to obgadać z Julcią. 
Dobra, do czterech razy sztuka. 
– Przepraszam...
– Tak? – kobieta w końcu oderwała wzrok od karteluszek. – Oh, przepraszam pana, zakręciłam się. Wie pan, to wcale nie jest takie proste w tak dużej bibliotece. Niby mamy te komputery, telefony, hologramy, bazy danych i inne kabelki, ale papier, to jednak papier. A w ogóle to w czym mogę pomóc? Zaraz sekundę, przecież ja pana znam! Pan jest Walter Antiga! W kosza pan gra! Moja siostra jest pana wielką fanką, ma nad łóżkiem taki olbrzymi ruchomy plakat. Czy mogę w takim razie autograf? Dla niej? 
Podsunęła mi pod nos jedną z kolorowych karteczek.
Odetchnąłem głęboko. Uśmiech numer pięć, Walt. Pamiętaj po co tu przyszedłeś. 
– Oczywiście. — Podpisałem się szybko. — Ale raczej to ja chciałbym prosić panią o pomoc. Potrzebuję… znaczy, szukam informacji o… to znaczy… to trochę skomplikowane. — Z zakłopotaniem podrapałem się po głowie. 
— Proszę pana, pracuję ze studentami. Dla nich wszystko jest skomplikowane. — Uśmiechnęła z pobłażaniem. 
Ta, ale nawet studenci traktują zewnętrzne, nadprzyrodzone ingerencję w przeszłość jak legendy dalekiego wchodu. 
— Chodzi mniej więcej o to, czy da się jakoś zmienić przeszłość — wyjaśniłem, próbując brzmieć jak najpoważniej. 
— Zmienianie osi czasu? — Bibliotekarka uniosła ze zdziwieniem brwi. — To raczej fantastyka. Tylko tytułów jest tyle, że do końca życia się pan nie wyrobi. Z pamięci jestem wstanie wymienić jakieś sto powieści. A niektóre mają po kilkanaście tomów. 
Jęknąłem cicho. Tego właśnie się spodziewałem. Nawet moja doskonała, genialna deduckja nie mogła ograniczyć niewyżytych pseudo pisarzy. Prawie wiek pisania o podróżach w czasie, a oni nadal uważali to za doskonały temat. 
— A może coś z teorii? — zapytałem, czując, że od nadmiaru mądrych głów w budynku przegrzewa mi się mózg. — Wie pani, jak można zmienić bieg wydarzeń, jak to wpływa na ludzi i tym podobne bzdety. 
Zmarszczyła w zamyśleniu brwi. Mrucząc pod nosem, zaczęła palcem zakreślać w powietrzu jakieś dziwne kształty. 
— Może w taki razie historia literatury? Albo coś z fizyką kwantową? Choć to bardzo hipotetyczne? Albo filozofia? Nie, to na pewno nie filozofia? Czyli jednak fizyka? F1? A może raczej F–Z 12B? Nie, tam są same głupoty… 
Cierpliwie przysłuchiwałem się temu wywodowi, nie rozumiejąc tak naprawdę ani słowa. Topografia biblioteki wydała mi się za to jeszcze bardziej skomplikowana niż wcześniej. Poważnie zaczynałem rozważać powrót do domu i zostawienie wydarzeń samych sobie. 
— Dobra, chyba mam! — kobieta w końcu klasnęła triumfalnie. Pstryknęła palcami, a przed nią pojawiły się dwa holograficzne ekrany. Pospiesznie zaczęła przeglądać wyświetlające się na nich listy, a jej oczy biegały jak szalone. — Na mózgowca pan nie wygląda, więc fizyki nawet nie proponuje. Ale może coś ze starych legend i podań? Wie pan, zbiory przypadkowych historii, które ludzie kiedyś opowiadali sobie przy ognisku. Ewentualnie Antologie Teorii Spiskowych też wyglądają obiecująco. No i może jeszcze… 
Tu nastąpiło szaleńcze wyliczanie różnych dziwnych tytułów i nazwisk. Żadnego nie kojarzyłem, a już po dziesięciu miałem wrażenie, że wylądowałem w Chinach. Słowa zaczęły się zlewać w jedną całość i byłem tylko wstanie przytakiwać nerwowo. 
W końcu jednak bibliotekarka zamknęła ekrany, wzięła stary dobry długopis i na jednej z kolorowych karteczek nabazgrała ciąg liczb i liter. 
— Proszę zacząć od L43, sektor drugi, regał dziesiąty. To przynajmniej w pewnym stopniu wprowadzi pana w temat. — Uśmiechnęła się szeroko, wręczając mi wytyczne. 
Podziękowałem grzecznie, choć szczerze powiedziawszy rozumiałem jeszcze mniej niż przed przybyciem. Kierowany przez migające strzałki powoli ruszyłem na piętro biblioteki. Po unoszących się nad głównym holem szklanych schodach biegały prawdziwe hordy studentów i musiałem się bardzo, bardzo postarać, by nie zlecieć na pysk. Klnąc na czym świat stoi, w ostatniej chwili wyminąłem zapatrzoną w telefon dziewczynę w różowy sari, by w ostatecznie wpaść na chłopaka z dredami do pasa. 
Tia, przy nich wszystkich moja siostra wyglądała nadzwyczaj normalnie, żeby nie powiedzieć, że nudno. 
Dobre pięć minut zajęło mi dojście do wiszącego podestu, który według mapy miał mnie doprowadzić do odpowiedniego działu. Przeszedłem nad ogromną czytelnią pełną komputerów i unoszących się w powietrzu wizualizacji, po czym przeszedłem przez olbrzymie drzwi, dumnie oznaczone literą L. 
I dokładanie w momencie, gdy drzwi zamknęły się za mną z cichym świstem zapadła idealna cisza.
Tak, dosłownie idealna. Wierzcie mi, wiem co mówię. Mam czwórkę rodzeństwa. A wśród znajomych moich rodziców przeważają Hiszpanie, Włosi i Polacy. Pierwsi i drudzy są głośni zawsze, a trzeci nie szczędzą mocnego alkoholu. 
Tak więc mojemu mózgowi chwilę zajęło przystosowanie się do nowych warunków. Dopiero wtedy podjął decyzję o działaniu. Bardzo powoli zrobiłem krok. 
I to był błąd. Moje buty zdecydowanie nie przywykły do takiej ciszy i do tak powolnego chodzenia. Ogłosiły protest, bunt, strajk! Zapiszczały przeciągle, wstrząsają podłogą, półkami i całą populacją moli książkowych. 
- Cii!! - wiedźma za kontuarem wyglądała tak, jakby za chwilę miała mnie zamienić w ropuchę. Ewentualnie odrażającą dżdżownice.
- Przepraszam - skuliłem się w sobie, uśmiechnąłem przepraszająco i zatrzepotałem rzęsami. Niewątpliwie byłem najbardziej uroczym, niewinnym młodzieńcem w całym Paryżu. 
A pewnie i w całej Francji. Po co się ograniczać?  
Przekonany, że już wszystkich udobruchałem zrobiłem kolejny krok. 
Moje buty znów zaskrzypiały. Zażyczyły sobie droższej pasty, czy co? Może jeszcze nowe, markowe sznurówki?
— Cii! 
Teraz byłem już pewien, że nie wyjdę z biblioteki żywy. Zostanę miejscowych duchem i będę straszył leniwych studentów. Może nawet naślą na mnie Tajemniczą Spółkę? Zawsze chciałem spróbować Scooby Chrupek. 
— Przepraszam — burknąłem. 
Skulony do granic możliwości ( jak tak dalej pójdzie, to wyrośnie mi garb!), przemknąłem w głąb pomieszczenia. Po kilku minutach błądzenia w końcu znalazłem odpowiedni sektor i regał. Na chybił trafił zgarnąłem kilka książek i usiadłem przy drewnianym stole. Może nie byłem jakoś bardzo podekscytowany, ale po tym co przeszedłem uważałem, że tym razem los powinien mi sprzyjać. 
Oczywiście byłem w błędzie. 
Po godzinie kartkowania opasłych ksiąg i unikania morderczego wzroku "oddziałowej", marzyłem tylko o zwinięciu się w kulkę na jednym ze stołów i zaśnięciu. Miałem serdecznie dość wszystkiego. Legend, bajek dla dzieci, baśni, pseudo naukowych rozpraw i dziwnych fizycznych wzorów, z których i tak nic nie rozumiałem. Owszem wszystkie potwierdzały, że żeby dokonać zmian w przeszłości trzeba się w tę przeszłość przenieść. I okej, to było logiczne, zrozumiałe, nawet mój mały móżdżek był wstanie to pojąć. 
Problem jednak polegał na tym, że równie zgodnie wszystkie źródła podawały, że ewentualne zmiany zauważalne będą tylko dla ewentualnych podróżników. A choć głowę miałem słabą, czasami przesadziłem z alkoholem, to akurat podróż w czasie na pewno bym zapamiętam. Dlatego tę opcje musiałem wyrzucić do kosza. 
I znów znalazłem się w punkcie wyjścia. 
Zrezygnowany odniosłem wszystko na miejsce. Już miałem wrócić do domu, gdy kątem oka zauważyłem jeszcze jedną, cieniutką książę. Ze zniszczonej okładki patrzyło na mnie małe, człekopodobne stworzonko z wyłupiastymi oczami i w kolorowej sukience. 
— Historie na dobranoc dla mądrych dzieci. — Mimowolnie parsknąłem śmiechem. Jak przez mgłe pamiętałem czasy, gdy mama czytała nam na dobranoc. A dokładniej czytała Pierrette, bo ja zwykle zasypiałem po jednej stronie. 
Z czystej ciekawości wziąłem książeczkę do ręki i otworzyłem na przypadkowej stronie. 
— O skrzatach opiekunach i bardzo ważnych zadaniach. Dawno, dawno temu, gdy ludzie jeszcze wierzyli w magię, każda rodzina miała swojego skrzata opiekuna. Takie skrzaty pilnowały, by na drodze podopiecznych stawali właściwi ludzie, by wydarzenia miały swój szczęśliwy bieg. 
Cicho parsknąłem śmiechem. Fantazja niektórych pisarzy naprawdę czasami mnie zaskakiwała. 
— Jednak zdarzało się, że i skrzaty popełniały błędy - czytałem dalej. - Na przykład stawiały na drodze swoich podopiecznych ludzi, którzy nigdy nie powinni się pojawić. Prowadziło to do zmian w przyszłości, które niszczyły całe rodziny, a nawet wioski. Zmieniała się bowiem historia, którą skrzaty miały pilnować. W takich właśnie chwilach zwracały się o pomoc do ludzi. Same bowiem, zamknięte między wymiarami, zawieszone poza czasem nie mogły już zabrać, zniknąć takiego człowieka. Potrafiły jedynie dodać kolejnego. Odważnego bohatera, który poświęci się by ratować swój świat. Rozstawał się umysłem ze swoim czasem, a rodzina czuwała przy jego łóżku, czekając aż wróci. - Z każdym słowem moje brwi wędrowały coraz wyżej, a serce biło mocniej. W myślach cały czas powtarzałem, że to tylko bajeczka dla dzieci, wytwór czyjejś wyobraźni. Że nie powinienem brać tego na poważnie.
A jednak podobieństwo było zbyt wielkie, by tak po prostu je zignorować. Ba! Wręcz dostałem nim w twarz. 
Przymknąłem oczy i odetchnąłem głęboko. Dopiero gdy opanowałem szaleńcze bicie serca, wróciłem do czytania. 
- Ludzie, którzy zostali nie wiedzieli jednak, co się dzieje, bowiem dla nich zmiany pozostały niezauważalne. Przyjmowali nową historię, bowiem była to jedyna historia jaką znali. 
Cholera to było to! Znalazłem odpowiedź! Pasowało, wszystko pasowało! Na reszczcie się udało! W końcu się udało!
Z trudem opanowałem szaleńczy wybuch śmiechu, by zaraz potem schować twarz w dłoniach. Targały mną sprzeczne emocje. Miałem ochotę skakać z radości i jednocześnie skulić się w kącie, próbując uciec przed światem. Rozum podpowiadał mi, że to bez sensu, że żadne skrzaty nie istnieją, że powinienem dorosnąć i dalej szukać jakiegoś normalnego, prawdopodobnego wyjaśnienia. 
Ale jednocześnie serce podpowiadało, że to właśnie to. Że przez przypadek odkryłem dawno zapomnianą historię, tajemnice naszego istnienia. Dlaczego miałbym nie ufać małej kolorowej książeczce? 
A dlaczego miałbym zaufać? 
Potrzebowałem potwierdzenia. Jakiegokolwiek. Rzuciłem się do dalszego szukania. W amoku przerzucałem kolejne książki, szukając jakiegokolwiek naukowego potwierdzenia istnienia magicznych skrzatów. Byłem gotowy przeszukać cała bibliotekę łącznie z piwnicą. 
Na szczęście nie było to potrzebne. I dobrze, bo nie cierpię pająków. 
Ale o tym wie tylko Julcia. Dlatego właśnie dostałem od niej kąpielówki w wielkie, włochate pająki z wytrzeszczem. 
Wierzcie mi, naprawdę się śmiałem, gdy je zobaczyłem. A to że śmiech przypominał trochę pisk przerażonej dziewczynki? Cóż, akurat wtedy chorowałem na gardło.
- Rozprawa o istotach wyższych - przeczytałem z ekscytacją. Zakurzoną książkę wyjąłem z pudła z napisem " Do archiwum" , które ktoś nieopatrznie zostawił pod ścianą. Znalazłem w niej cały rozdział poświęcony tajemniczym skrzatom. Książkę wydano dobre sto lat temu, a i tak na początku wydawnictwo umieściło notkę, że cała zawartość to jedna wielka bujda i autor został wyśmiany, a w ogóle to taki z niego naukowiec jak z kury baletnica. 
Oczywiście ubrali to w ładne słówka. Ludzie w dwudziestym wieku potrafili być prawdziwymi dyplomatami. 
Czyż wszystkich geniuszy nie uważano kiedyś za wariatów? 
Włączyłem holograficzny ekran by móc notować, a potem zagłębiłem się w rozprawę. 
— Skrzaty te mogą w ograniczonym zakresie ingerować w rzeczywistość. Ponieważ dla każdego człowieka przewidziane są różne scenariusze to skrzaty dbają o to, by doszło do najlepszego z nich. Zdarz się jednak, że podejmują decyzje, które doprowadzają do wydarzeń negatywnych. W przeszłości zdarzało się, że w takiej sytuacji skrzat prosił o pomoc człowieka, którego wysyłał w przeszłość, by naprawić błędy. Obecnie jednak już się tego nie praktykuje. 
Nie pamiętam jak długo czytałem. Gdy w końcu opuściłem bibliotekę było już ciemno. Przez miasto szedłem jak w transie. Moje myśli krążyły tylko w okół tajemniczych skrzatów, zmieniania historii i innych nieprawdopodobnych zjawisk. Wiedziałem, że nie mogę nikomu powiedzieć o swoim odkryciu. Było tak absurdalne, że sam bym się wyśmiał. Tak naprawdę istniało spore prawdopodobieństwo, że to tylko bajki, a ja ubzdurałem sobie podobieństwo. 
Ale w tamtym momencie chciałem wierzyć, że to prawda. Że to się dzieje naprawdę. Że już nie muszę szukać dalej. 
Gdy wróciłem do domu od progu przywitał mnie zatroskany tata. Nie pytał gdzie byłe, czy co robiłem jedynie zwrócił uwagę, że wyglądam na strasznie zmęczonego. Wygonił mnie więc do spania, zapewniając, że jest wstanie jeszcze przez kilka godzin posiedzieć przy Pierrette. 
Zajrzałem jednak do siostry za nim udałem się na piętro. Nadal spała, tak samo spokojna, tak samo niewzruszona jak kilka godzin wcześniej. Co ciekawe dopiero teraz zauważyłem, że trochę schudła od czasu, gdy widziałem ją w pełni sił. 
Ale to była jedyna oznaka, że dzieje się coś niepokojącego. A ja chyba wiedziałem co. 
— Bawimy się w ratowanie świata, co nie, siostra? — uśmiechnąłem się pod nosem, a potem powoli poszedłem do siebie. 
O dziwo tej nocy spałem spokojnie. 



W ten spokojny wieczór z wielką przyjemnością przedstawiam rozdział szesnasty. Trochę wyjaśnia, choć nie wszystko. Mam nadzieję, że przypadł wam on do gustu. Jak zwykle z niecierpliwością czekam na komentarze i za wszystkie z góry dziękuję. 
Pozdrawiam
Violin




10 komentarzy:

  1. Ale że jak to szczury? ;o Ugh, aż mnie otrzepało! Współczuje Amelii tego co ją czeka, ale sama do tego doprowadziła ... więc w sumie nie jest mi jej szkoda ^^ A już było tak dobrze! Stephan wziął sobie do serca słowa Pretty i zabrał rodzinę na wspólny wypad do kina. Zdjęcie zrobione przez Timiego na pewno było "oryginalne", ale co najważniejsze "naturalne"! Jedynie Manolie mogło się nie spodobać ^^ ale takie są uroki posiadania brata. Stephanie zaczęła się uśmiech i doceniać starania swojego męża. Pocałunek po meczu na pewno wywołał falę cudownych wspomnień, a po za tym był bardzo romantyczny :) I gdy wszystko już było ładnie i cacy ... musiała pojawić się ta krokodylica! ^^ Babsztyl jest tak bezczelny, że aż szkoda słów. Jak zepsutą trzeba być osobą, aby perfidnie niszczyć szczęście rodzinne innych ludzi. Rozumiałabym ją w jakimś stopniu gdyby była zakochana po uszy w Stephanie, ale jej działania mają co innego na celu. I jakby problemów było mało ktoś kręci się po ogrodzie ich rodzinnego domu ;o Aż mnie ciarki przeszły na samą myśl! Na miejscu Pretty zamknęłabym się z dzieciakami na cztery spusty w jakimś odosobnieniu. Mam nadzieję, że powie ona o tym incydencie rodzicom!
    Ostatnia rozmowa Pretty i Mateusza odbiła się na ich samopoczuciu. Obydwojgu zależy na tej znajomości i chcieliby ją przenieść na inny poziom, no ale ^^ na ten moment wszechświat jest przeciwko nim. Mam nadzieję, że ta sytuacja jak najszybciej będzie miała swoje rozwiązanie, bo biedaczek wyląduje w kwadracie dla rezerwowych na dłuższy czas :)
    Walter ruszył swoją mózgownicą i wybrał się na podróż międzygalaktyczną pomiędzy półki w Bibliotece, co na pewno było dla niego nie lada wyzwaniem :D Ale! Intuicja go nie zawiodła. Kto by pomyślał że rozwiązaniem owej zagadki będzie książka dla dzieci, którą czytała im mama! Czyli Ivy jest skrzatem domowym? ^^ Ta teoria wydaje się być najbardziej prawdopodobna. Sam spokój, który ogarnął Waltera, jest na to dowodem. Ale skąd u niego gorsze samopoczucie? Czy ma to związek z tym iż Pretty jest jego siostrą bliźniaczką? Nie wydaje mi się, aby Walter spokojnie siedział przy łóżku dziewczyny i cierpliwie czekał, aż skończy ona ratować świat.
    Pozdrawiam :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Szczury... cóż, kto powiedział, że Nicolas jest normalny. Niedługo poznacie kolejne szalone pomysły na pozbycie się Amelii.
      Walter ruszył mózgownicą i będzie ruszał dalej. Sporo odkryje w najbliższych rozdział. Ale na razie nie mogę jeszcze zbyt wiele powiedzieć!
      Bardzo dziękuję za komentarz!
      Pozdrawiam
      Violin

      Usuń
  2. Szkoda, że mimo zapewnień, po tym dość mocno niezręcznym poranku Mateusz i Pierette oddalili się od siebie. Co bardzo szybko odbiło się na ich nastroju. Obydwoje tęsknią za wspólnie spędzonym czasem i brakuje im swojej obecności. Równocześnie żadne nie potrafi się przełamać i jako pierwsze nawiązać ponownego kontaktu. Pierette nie chce wszystkiego, jeszcze bardziej skomplikować, a Mateusz zapewne się jej narzucać. Dlatego też wszystko utknęło w martwym punkcie. Mam tylko nadzieję, że wkrótce się to zmieni.
    Dobrze, że przynajmniej u Stephanie i Stephana nastąpiła jakaś poprawa. Stephane wziął się do roboty i zaczął walczyć o odbudowę swojego małżeństwa. Nawet zaczęło to przynosić pożądane efekty. W końcu Stephanie znów zaczęła się uśmiechać i z przyjemnością spędzać czas z mężem. Oczywiście byłoby za pięknie, gdyby ktoś znów nie próbował tego zepsuć. Amelia po raz kolejny pokazała jaka z niej jędza. Co ta kobieta w ogóle ma w głowie? Jak można dla zwykłej zachcianki chcieć rozbić czyjąś rodzinę? Tą Krolodylice trzeba, jak najszybciej wykurzyć z miasta, bo Stephane sam sobie z nią nie poradzi. Oby pomysł Nicolasa ze szczurami zadziałał.
    Nie dziwię się, że Pierette była przerażona, gdy usłyszała, że ktoś skrada się w ogrodzie. I tak wykazała się sporą odwagą, że postanowiła to sprawdzić. Sprawa z tym tajemniczym mężczyzną jest coraz bardziej niepokojąca.
    Walter po powrocie z Włoch, wciąż próbuje oswoić się z nową rzeczywistością i znaleźć jakieś racjonalne wytłumaczenie tego wszystkiego. Postanowił się nawet wybrać do biblioteki, aby zaczerpnąć fachowej wiedzy. Którą nieoczekiwanie odnalazł w znajomych z dzieciństwa bajkach. I choć wydaje się to szalone, to Walter postanowił na szczęście dać temu wiarę. Być może znajdzie teraz jakiś sposób, aby przynajmniej spróbować pomóc Polly i uratować ich rodzinę.
    Z niecierpliwością czekam na kolejny rozdział. 😊

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Amelia ma swoje w głowie, ale to też wyjaśni się z czasem. Stephanowi na razie charakter nie pozwala na bardziej stanowcze działania, ale spokojnie, jeszcze pokaże co potrafi.
      Bardzo dziękuję za komentarz!
      Pozdrawiam
      Violin

      Usuń
  3. Pierrette i Mateusz pomimo swoich zapewnień teraz nie potrafią do siebie dotrzeć. Polly otwarcie przyznała przed samą sobą, że za nim tęskni i brakuje jej go w zwykłej codzienności. Kilka dni potrafi porządnie zasiać zamęt w głowie. Przynajmniej w pracy choć na chwilę ma sposobność, by zająć myśli czymś innym. Między innymi rozmową z Nico, któremu znów wpadł do głowy jakiś szalony pomysł na pozbycie się Amelii z miasta. Szczury? Brrr! Aż mnie otrzepało! Ale skoro mają pomóc to niech spełnią swoją rolę jak najlepiej ^^
    Cieszę się, że Stephane wziął sobie na poważnie słowa Polly do serca i zaczął działać :) Takie rodzinne wyjścia i fotografie zrobione znienacka powinny dać Amelii do myślenia. Niech się nie wtrąca! Stephanie od razu odżyła, na pewno brakowało jej takiego męża :) Fajnie, że całą rodzinką postanowili wybrać się na mecz. Polly tym samym po raz kolejny zajmowała się bliźniakami i przeżyła mini zawał, gdy spostrzegła tajemniczą postać w ogrodzie. Podziwiam ją, że zdecydowała się to sprawdzić, ja bym pewnie nosa nie wychyliła zza drzwi spodziewając się najgorszego :D Może jednak powinna powiedzieć o całym zajściu Stephanie? Zdaję sobie sprawę, że to kolejne zmartwienie, ale czegoś takiego nie można zbagatelizować. Tym razem na szczęście skończyło się jedynie na strachu, ale co dalej? Bo pewnie ten ktoś nie odpuści dopóki nie osiągnie celu.
    Wygrana Onico spowodowała, że na twarzy Mateusza zagościł uśmiech. Widać, że na niego te kilka dni też nie wpłynęło najlepiej. Mam nadzieję, że jakoś dojdą z Polly do porozumienia :)
    Kiedy wydawało się, że pomiędzy małżeństwem Antiga wszystko wraca do normy to do akcji znów wkroczyła Amelia. Stephane nie wie, co robić, a cierpi przy tym Stephanie. Oby te szczury wypaliły!
    Walter po powrocie do Francji próbuje odnaleźć się w tej rzeczywistości i za wszelką cenę chce pomóc Polly. Niestety jej stan się nie poprawia, a czas ucieka :(
    Biblioteka dobra na wszystko! Walterowi wpadł do głowy pomysł i od razu go wykorzystał. Nie mogło być inaczej, bibliotekarka od razu go rozpoznała :) Swoją drogą, ruchome plakaty brzmią naprawdę ciekawie haha, chciałoby się :D
    Od tych zawiłych tłumaczeń Walter nie mógł się połapać, ale na szczęście odnalazł właściwe miejsce. I kto by pomyślał, że być może kluczem do rozwiązania zagadki będzie bajka z dzieciństwa? Jak przeczytałam o skrzatach domowych to od razu pomyślałam sobie o moim ukochanym Zgredku <3 A tutaj... Wydaje się, że to Ivy może pełnić tę rolę, ale czy na pewno? Walterowi jak na razie wszystko pasuje i może faktycznie znacznie przyczynił się do rozwiązania? Kto wie!
    Czekam na nowość z niecierpliwością :)
    Pozdrawiam ;*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nico i szczury... Ogólnie Nicolas pełen jest szalonych pomysłów. Od samego ppczątku był. A Amelia zasługuje sobie na takie traktowanie.
      Zgredek <3 Ostatnio znów czytam fanfiki z HP i nawet myślę czy by nie napisać czegoś własnego.
      Bardzo dziękuję za komentarz!
      Pozdrawiam
      Violin

      Usuń
  4. Spokojny rozdział pomijając złoczyńcę w ogródku Państwa Antiga. Ciekawe, co z nim? Może zostawił bombę, albo co gorsza wykopał dziurę tuż pod wycieraczką, żeby wszyscy się przewrócili.
    Ehh, a miało być tak pięknie! Amelia jest nad wyraz upierdliwa. Ja naprawdę rozumiem, że to ona jest tutaj złym charakterem, a Pretty i Nico walczą z nią jak superbohaterowie. Tyle, że ja dalej nie lubię najbardziej Stephana. Ło boziu, on ma taki przegryw życiowy ostatnimi czasy, że dziwię się, że został trenerem siatkówki. JAK MÓGŁ TAK ZACHOWAĆ SIĘ W STOSUNKU DO AMELII? TRZEBA BYŁO JEJ WYPIERDZIELIĆ. Albo mniej brutalnie powiedzieć spadówa, rozmawiam z moją super piękną fantastyczną żoną. Bez obrazy, ale ja nie mam za grosz romantyzmu w sobie, a lepiej bym to rozegrała. Stephane weź się w garść, gościu :(
    Szczerze jestem przekonana, że jak ktoś ma zniszczyć Amelię, to będzie to mateczka. Gdyby miały się spotkac w ciemnej uliczce, na pewno Stephanie by wygrała, ba nawet palcem by nie pstryknęła, a Amelia już by spierdzielała do na drugi koniec kontynentu.
    Mam jeszcze nadzieję, że szczury wypalą, bo jak nie to wcale mnie nie zdziwi ewentualny rozwód. Ojczulek to taka pipa, że pożal się boże. Ja wiem, że marudzę na niego pod każdym rozdziałem, ale tym razem miałam nadzieję, że każe Amelii spadać na drzewo xD

    Walter uciekał przed mafią, przez co trafił za kratki, żeby ostatecznie prawie umrzeć złapany przez mafiozę i spotkać się z innym mafiozą, tylko po to żeby odkryć, że odpowiedzi na jego wszystkie pytania są w bibliotece? Serio?! KOCHAM. To mnie tak rozbawiło, że masakra XD
    I jeszcze skrzaty! Przypadek, że Pretty jest niska? xD
    No, przyznam, że nie spodziewałam się legend tylko fizyki kwantowej, a tu proszę, bajki dla dzieci :D

    Czekam na następny rozdział!

    Pozdrawiam bardzo serdecznie
    Eden


    Until the dawn

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Złoczyńca pojawił się tylko chwilowo, ale to jest tajemnica, którą rozwiąże na samym końcu ;)
      Stephane jest taki, a nie inny głównie dlatego, że nie chciałam z niego robić bohatera na białym koniu. Wręcz przeciwnie. Ale jeszcze pokarze charakterek.
      Bardzo dziękuję za komentarz!
      Pozdrawiam
      Violin

      Usuń
  5. Co ten Nico wymyślił! Szczury? Geniusz zła. Oby tylko ten pomysł zadziałał, bo Amelia jest naprawdę upierdliwa, jak nie wiem co... Na miejscu Stephanie potraktowałabym ją pięścią po twarzy.
    Szkoda, że Polly oddaliła się trochę od Mateusza, ale po tym, co się między nimi zadziało i słowach dziewczyny, nie dziwię się że siatkarz wycofał się trochę. Jednak liczę na to, że ta dwójka dojdzie do jakiegoś porozumienia.
    Rozbawił mnie Walt tą rozmową z nieprzytomną Polly, było w tym coś zarazem zabawnego i uroczego. Wow! Nie spodziewałam się, że Walt trafi do biblioteki. Kto by pomyślał, że w książkach dla dzieci być może Walt znajdzie odpowiedzi na swoje pytania. I tak ma racje, bawią się w ratowanie świata, a raczej swojej własnej rodziny.

    Do następnego, pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Polly i Mateusz jeszcze będą mieli okazję porozmawiać. A szczury pojawią sie już niedługo.
      Bardzo dziękuję za komentarz!
      Pozdrawiam
      Violin

      Usuń

.
.
.
.
.
.
GrafikaCentaura