środa, 12 czerwca 2019

Rozdział 12

3 marca 2019

Choć mecz zakończył się wygraną Onico, to do mieszkania wracałam wykończona jak nigdy. Miałam ochotę tylko rzucić się na łóżko i przespać resztę życia. Mama uciekła z hali jeszcze za nim zaczęły się wywiady, więc tata nie miał pojęcia, że w ogóle przyszła. Ludzie na hali nie zauważyli zachowania Amelii, a przynajmniej starali się sprawiać takie wrażenie. Szczególnie, że tata jakby jej unikał. Może była jeszcze nadzieja, że przejrzy na oczy? 
I naprawdę wróciłabym od razu do siebie, gdyby nie Mateusz. Który oczywiście robił wszystko by zaciągnąć mnie na pomeczową imprezę. 
— No, proszę, proszę, proszę! — jęczał, robiąc minę smutnego szczeniaczka. — Nie możesz odmówić! Nie mnie! — prawie padł na kolana. 
Przewróciłam z dezaprobatą oczami, ale co miałam zrobić? Odmówić? Gdy tak ładnie prosił? Przecież to złamałoby jego serduszko!
Więc się zgodziłam. Są poważniejsze rzeczy, które trzeba leczyć, niż problemy kardiologiczne jakiegoś tam siatkarza. 
I w ten właśnie sposób, pół nocy spędziłam we włoskiej knajpce, zajadając makaron, pijąc wino i co chwila gryząc się w język. Impreza okazała się być raczej zwariowaną kolacją kilku porąbanych dwumetrowców, którzy nie potrafili bez siebie żyć. Był Shoe, Antoine, Kuba Kowalczyk, Janek Nowakowski i według Matiego brakowało tylko Andrzeja Wrona. Ale to akurat było całkowicie zrozumiałe. W końcu w domu czekała na niego moja jakże wspaniała cioteczka Joyce. 
Bawiłam się dobrze. Naprawdę dobrze. Mateusz odprowadził mnie pod same drzwi. Jednak zamiast jak zwykle pożegnać się szybko i odbiec, długo staliśmy na wycieraczce, po prostu rozmawiając. 
W końcu Mati odchrząknął nerwowo. Raz, drugi, trzeci. Uniosłam pytająco brew. 
— To… Mam nadzieję, że dobrze się bawiłaś. — Z zakłopotaniem podrapał się po głowie. 
— Można tak powiedzieć — roześmiałam się. — Przynajmniej mogłam zapomnieć o kilku… problemach — skrzywiłam się na samo wspomnienie Amelii. 
— Masz na myśli naszą krokodylicę od PR-u — Mateusz jakby nagle spochmurniał, a mnie aż zatkało. Skąd wiedział?! — Nie rób takiej miny, przecież widzę, że się martwisz. Przejmujesz się problemami innych ludzi, bo jesteś cholernie empatyczna. Opiekujesz się bliźniakami, poznałaś Stephana i Stephanie, no i… kumplujesz się z Nicolasem. 
To ostatnie ledwo przeszło mu przez gardło. Znów parsknęłam śmiechem. 
— Nie wpadłaś na kamerę przypadkiem. 
Westchnęłam cicho. Po części miał rację. Po części, bo moja troska nie wynikała oczywiście z empatii, ale z próby ocalenia własnej przyszłości. 
— Dlaczego krokodylica? — rzuciłam. 
— Daj spokój, my też nie jesteśmy ślepi — burknął, chowając ręce do kieszeni. — Ta wariatka od początku lepi się do Stephana. Przy nim jest miła i potulna, a na nas prycha. Wykorzystuje, że z niego dobry człowiek jest. Ale zarząd ją uwielbia. Pardon, prezes Gacek, nie zarząd. Jest w nią wpatrzony jak w obrazek. I chyba trochę zazdrosny, że kobitka lata za szanownym trenerem. Powiedzmy, że relacje na lini Stephane – Gato zawsze były ciężkie, ale teraz są napięte do granic możliwość. 
— Przez Amelię? 
— Przez całokształt. 
Ze zrozumieniem pokiwałam głową. Słyszałam zarówno od taty, jak i Timiego, że sport to nie tylko to, co dzieje się na boisku. Że ludzie nie zapominają. 
Jeszcze przez chwilę staliśmy w zupełnym milczeniu. Wpatrywałam się w czubki jego butów, usilnie starając się ignorować fakt, że taksuje mnie wzrokiem. 
— To… ja już chyba… chyba będę się zbierać. — Uśmiechnęła się z trudem. 
Brawo, Pretty, popisowy uśmiech dziewczyny, która nawet nie potrafi się wysłowić. Mogłabyś reklamować pastę do zębów. Miętka 2.0! Jedyna pasta, która zapewni świeży wygląd głupka przez cały dzień! Dziś w promocji, jedyne dziewięćdziesiąt, dziewięć centów! 
— Tak, tak masz rację — odburknął Mateusz, ale nie zrobił nawet kroku w tył. Wyglądał, jakby utkwił w jakimś transie. 
Przełknęłam głośno ślinę. 
— W takim razie… w takim razie do zobaczenia. — Przytuliłam go szybko, a potem wpadłam do mieszkania i zatrzasnęłam drzwi.
Czekałam w napięciu. Po chwili usłyszałam głośne westchnięcie i odgłos ciężkich kroków na schodach. 
— Co się z tobą dzieje, Pretty? 
Byłam wykończona. Zdjęłam tylko buty i po prostu położyłam się na łóżku. Przyciągnęłam do piersi kołdrę, prawie od razu zasypiając. 
Oczywiście śniłam o szczeniaczkach. Małych, uroczych szczeniaczkach, o oczach Mateuszach. Biegały sobie w kółko z wywieszonymi językami, tarzały na zielonej trawce i co chwilę domagały się pieszczot. 
Chyba zostanę fanką kotów. 
Obudziło mnie ciche brzęczenie telefonu. Z irytacją przewróciłam się na drugi bok. Nie pomogło. Telefon nadal brzęczał. I to jeszcze głośniej. Nakryłam głowę poduszką. Policzyłam w myślach do trzech. Zamknęłam oczy. Śpij, śpij, śpij... 
- Okej, dobra, już wstaję! - odrzuciłam w końcu kołdrę. 
Zerknęłam na komórkę. Dzwonił Nicolas. Ciekawe, czy ciężko skalpuje się ludzi? 
- Czego? - warknęłam. - Wiesz, która jest godzina? 
- Dochodzi dziesiąta - zarechotała Nico. - Zabalowało się wczoraj? Zostanę wujkiem? 
Miałam ochotę mu przywalić, ale przypomniałam sobie, że jeszcze nie wynaleziono paralizatora na odległość. 
— Mów czego chcesz, bo jak nie, to wracam do spania. 
- To już nie można pogadać z własną siostrą?
- A w łeb chcesz? - kończyła mi się cierpliwość. Serio. A to mi się zdarza bardzo, bardzo rzadko. Cóż, życie z Walterem wymagało stoickiego spokoju. 
- Powiedz, że dzwonisz w jakiejś bardzo, bardzo ważnej sprawie - jęknęłam, w końcu siadając. 
- Można tak powiedzieć - Nico jakby spoważniał. - Pamiętasz, jak pytałaś, kiedy zamierzam wcielić w życie swój szatański plan? Dzisiaj jest ten dzień. 
Przez ułamek sekundy nie miałam pojęcia o czym mówi. Dopiero po naciśnięciu zielonego przycisku na panelu mózgowym, nakrzyczeniu na ociężale neurony i dorzuceniu energii z resztek alkoholu do pieca, zrozumiałam. A jak już zrozumiałam, to aż zapiszczałam z radości. 
- Naprawdę?! Gdzie, kiedy i czy będą ofiary?
- Na razie nie mogę za wiele powiedzieć, ale w krótce się dowiesz. - Byłam przekonana, że przebiegle zaciera ręce. - Spotkajmy się za dwie godziny w kawiarni. Weź ze sobą gumkę do włosów i tyle mazideł ile jesteś w stanie. 
- Mazideł? 
- No czy co tam używasz do makijażu. Jesteś w końcu kobietą, coś tam używać musisz. 
Zapomniałeś dodać, że jestem kobietą nieszczęśliwie wyrwaną z rzeczywistości. Ostatnią rzeczą, o której myślałam był makijaż. 
— Dobra, ale obiecaj, że nie zginiemy — westchnęłam. — Jeszcze cenię sobie swoje życie. Choć z każdym dniem robi się coraz bardziej porąbane. 
Ogarnęłam się z trudem. Miałam totalnego lenia i nawet nie chciało mi się otworzyć zeszytu. Zresztą o dziwo nie potrzebowałam już zbyt często rozmawiać z Ivy. Byłam w przeszłości? Okej, spoko! Miałam ocalić małżeństwo rodziców? Dlaczego by nie?! Jak do tego doszło? A kogo to w ogóle obchodzi?!
A pitolę cały ten cyrk. Jak już wrócę do siebie, to i tak nikt mi nie uwierzy. Nie zarobię milionów, nie napiszę książki, nie będę miała własnej linii zabawek ani parku rozrywki. I na co mi te podróże w czasie? Trzeba było siedzieć w domu i uczyć się do egzaminów.
Dobra, akurat za studiami w ogóle nie tęskniłam. 
Gdy wychodziłam z domu byłam w nastroju umiarkowanie podekscytowanym. Ciekawiło mnie, co wymyślił Nicolas i czy to wystarczy, by pozbyć się Amelii, ale jednocześnie mój poziom energii spadał z minuty na minutę. A nikt jeszcze nie wymyślisz bezprzewodowego ładowania człowieka. 
Nicolas już na mnie czekał. Nie wszedł do kawiarni, tylko siedział na ławce przed. Obok niego leżały dwie, wielkie, czarne torby, a dodatkowo przez ramię przewiesił plecak z milionem kieszeni. Wyglądał jakby conajmniej przeprowadzał się na Alaskę. 
— Kiedy zaczynasz badanie pingwinów? — rzuciłam, szczelniej otulając się szalikiem. Teoretycznie był już marzec, ale wiatr miał to głęboko gdzieś. Wiało przez calusieńki dzień, sprawiając, że człowiek prawie zamarzał. 
— Jak się skończy okres godowy — wyszczerzył się głupkowato. — Nie chcę, by pingwinice się na mnie rzuciły. 
Przewróciłam kpiąco oczami. No normalnie jakby słyszała Nicolasa! 
— Zamiast podbudowywać sobie ego, lepiej powiedz, co wymyśliłeś. 
— Za chwilę — pokręcił głową. — Chodź, musimy zamelinować się na chwilę u mojego kumpla — podniósł się, bez trudu chwytając obydwie torby. 
— U Sharona? — odgadłam od razu. — Wtajemniczyłeś go? 
— Tylko powierzchownie — przyznał. — Wie, że się przyjaźnimy i że zamierzamy wybić Amelii tatę z głowy. Popiera akcje, więc trochę nam pomoże. 
Zgodziłam się niechętnie. Nadal nie wiedziałam jak moje działania w przeszłości wpływają na przyszłość. Według Ivy zmieniałam ją na bierząco, co tłumaczyło trochę fakt, że nikt w przyszłości nie skojarzył, że Pierrette Antiga to ta sama osoba, co Pénélopa Bernard. Nawet rodzice. Jednak nie byłam wstanie przewidzieć, czy po moim powrocie nadal tak będzie. 
Mieszkanie Sharona znajdowało się dosłownie kilka bloków dalej i za pewne było identyczne jak mieszkania Brizarda, czy innych zagranicznych zawodników. Sypialnia, salon z kuchnią i niewielka łazienka. Od, typowe lokum dla zagranicznych siatkarze, wynajmowane z pomocą klubu. 
Shoe przywitał się z Nicolasem cokolwiek nerwowo. Mogłam tylko podejrzewać, co wywołało jego reakcje. Był o kilka centymetrów wyższy, chudszy i wyglądał trochę jak długi pasek lukrecji. Wiedziałam, że Nico przez chwilę podkochiwał się w najlepszym przyjacielu. Życie uczuciowe mojego brata było równie popaprane co cała nasza rodzinka. 
— Widzę, że to jakaś większa akcja. — spojrzał znacząco na torby. 
Nico znów wyszczerzył się głupkowato. Położył torby na kanapie i zaczął wyjmować kolejne rzeczy. 
— Stary, przygotowywałem się do tego przez ostatni tydzień. Wiesz, że do pewnych spraw podchodzę wyjątkowo poważnie. A tu chodzi przecież o moją rodzinę. 
Shoe ze zrozumieniem pokiwał głową. Usiadł na oparciu fotela i w spokoju patrzył jak podłogę zaczynają przykrywać coraz to dziwniejsze rzeczy. Dwa, dziwne, niebieskie kombinezony, żółta pianka, dziwaczne akcesoria do makijażu, różnokolorowe peruki, paczki z soczewkami, ze dwa sztuczne nosy. 
— Wybieracie się na bal przebierańców? — rzucił w końcu, gdy Nico wyjął przepychacz. 
— Potem na pewno. A na razie musimy uwierzyć w swoje umiejętności aktorskie. 
Przełknęłam głośno ślinę. Od momentu, gdy pojawiliśmy się w mieszkaniu nie odezwałam się ani słowem. Sharone przypatrywał mi się ukradkiem, ale wolałam się nie kusić losu. Jeszcze przez przypadek wymsknęłoby mi się coś podejrzanego. 
— Czy możesz… czy możesz po prostu powiedzieć, co planujesz? — wydukałam, czując, że robi się coraz dziwniej. Nico raczej nie słynął z szalonych pomysłów. Pamiętałam go jako statecznego wojskowego, który owszem mógł pobawić si∂ę, powariować, z młodszym rodzeństwem, ale bez przesady. Gdy trzeba było twardo stąpał po ziemi, a do wszelkich problemów podchodził bardzo poważnie. 
— Oh, to proste — machnął lekceważąco ręką. — Przebierzemy się za hydraulików i wpadniemy do Amelli jako przedstawiciele wodociągów miejskich. Wiesz, że niby sprawdzamy instalacje. Już sprawdziłem tutejsze warunki, nikt się nie zapowiada, zawsze wpadają kiedy im pasuje. Podłubiemy trochę przy rurach, coś poprzestawiamy, pozamieniamy. Wiesz, na przykład odpływ z toalety z rurą od prysznica. Damy Amelii popalić, ale za nim się zorientuje, uciekniemy. 
— A nie uważasz, że potem będzie dochodzić co się stało? — zapytałam sceptycznie. — Jak jej zaczną lecieć ścieki na głowę, to może chcieć szukać winnego. Zadzwoni do urzędu miasta i dowie się, że żadnych hydraulików nie przysyłali. I wszystko szlag trafi. 
— Właśnie po to mam cały ten sprzęt — wskazał na peruki. — Musimy zmienić wygląd. I to tak drastycznie. Żeby nas nikt nie poznał. 
— To szalone — przyznał Shoe. — Ale jeśli się postaracie, to może się udać. 
Miałam ochotę szczerze im przywalić. Udać? Serio? Przecież to był najbardziej szalony plan ze wszystkich szalonych planów, jakie kiedykolwiek powstały! Nie było szans żeby wypalił. 
— Chcę tylko przypomnieć, że nie żyjemy w kreskówce — rzuciłam. — Tu ludzie nie wierzą w przebierańców. 
— Jesteś pewna? — Nico chytrze skrzyżował ręce na piersi.
— Całkowicie. 
— Nie mam szans żeby cię przekonać? 
— Żadnych. 
— A ja myślę inaczej. 
— W takim razie myślenie wyraźnie ci szkodzi. 
— Oj, daj spokój. Będzie fajnie! 
— Wpakują nas do więzienia. 
— W więzieniu podają niezłe żarcie. 
Z cichym świstem wypuściłam powietrze. Nie miałam ani siły ani ochoty, by dłużej się kłócić. Zresztą wiedziałam, że nawet gdybym miała do dyspozycji działo przeciwpancerne, to i tak nie przemówiłabym Nicolasowi do rozumu. Był uparty jak osioł. Albo nawet bardziej. Osioł przy nim bywał posłusznym psiakiem. 
Teoretycznie mogłabym się wycofać. Ale wtedy wyszłabym na tchórza. I dodatkowo nie miałam żadnych, ale to żadnych lepszych pomysłów. 
— Dobra, niech będzie — westchnęłam w końcu. — Ale jak nas złapią, to powiem, że mnie zmusiłeś. 
Nicolas klasnął triumfalnie. Wyglądał trochę jak małe dziecko, któremu pozwolono na nieograniczoną zabawę farbkami. 
Przez następną godzinę on i Sharone robili wszystko by jak najbardziej zmienić mój wygląd. Może nie byli profesjonalnymi charakteryzatorami, ale chyba naoglądali się dużo filmów o tajniakach, bo gdy już było po wszystkim efekt był naprawdę niesamowity. 
Z lustra patrzy na mnie zupełnie obca osoba. Nadal byłam niska i chuda, ale wyglądałam na zdecydowanie starszą. Lat dodawała mi krótka, czarna peruka, doskonale dorysowane cienie pod oczami i kilka zmarszczek. Nad lewym okiem Nico dokleił mi czerwone znamię, kształtem przypominające trochę Australię. Musiałam założyć specjalny stanik, który sprawił, że moje piersi nagle stały ogromne. Ba, dałam się nawet przekonać do czegoś w rodzaju sztucznych pośladków. I kolczyków z ćwiekami. I czarnych soczewek. Z drobniutkiej, niewinnej dziewczynki, w kwiecistej tunice i dżinsach, zamieniłam się buntowniczą kobietą, która dokładnie wie, czego chce. 
— Wyglądasz super — stwierdził Nicolas. Sam również nieźle się zmienił. Był całkowicie siwy, trochę pomarszczony, a dzięki specjalnej soczewce wydawało się, że na jedno oko w ogóle nie widzi. Do tego dokleił sobie garbaty nos, który nadawał mu wygląd zgorzkniałego faceta w średnim wieku. 
— Jak w połowie drogi odpadnie mi tyłek, to będzie to twoja wina. — Warknęła, drapiąc się po głowie. Cholerna peruka strasznie swędziała. 
— Luzik, ten sprzęt to szczyt profesjonalizmu — uspokoił szybko. — Pożyczyłem od kumpla z uczelni. Bawi się w teatr i ma trochę różnych gadżetów. — Mówił dziwnie ogólnikowo, jakby specjalnie chciał uzyskać lekceważący ton. 
Westchnęłam głęboko. Coś czułam, że ten znajomy jest kimś więcej niż marnym aktorzyną. 
— Według mnie wykonaliśmy kawał dobrej roboty — stwierdził Sharone. — Gdybym nie wiedział, że to wy, to w życiu bym was nie poznał. 
Razem z Nicolasem uśmiechnęliśmy się dosłownie w tej samej chwili. Jednak geny robią za zegarek. 
Niestety nie mieliśmy już czasu na pogaduszki. Musieliśmy przejść do działania. Wcisnęliśmy się w kombinezony i ruszyliśmy ku przeznaczeniu. Nico ze skrzynką na narzędzie, a ja z różowym, przepięknym przepychaczem w dłoni. 
Okej, wyjaśnijmy coś sobie. Czułam się dziwnie. Nawet bardzo dziwnie. Albo bardzo, bardzo dziwnie. Miałam wrażenie, że wszyscy się na mnie gapią. Jakbym była pączkiem z lukrem. Na przecenie. W Auchanie. Wiecie, trzy w cenie dwóch. Darmowy cholesterol w pakiecie. 
Z każdą kolejną sekundą peruka uwierała coraz bardziej. Nicolas wydrukował nam lewe identyfikatory. Teraz nazywałam się Olga. Na pytanie, dlaczego tak, stwierdził, że rozwiązuje problem słabej znajomości polskiego. Oficjalnie byliśmy świeżutkimi imigrantami z Ukrainy. Dlaczego? Nie mam pojęcia. 
Chyba powinnam się bardziej przykładać do historii Europy. Ale cóż poradzę, że na ławkach w szkole tak wygodnie się spało? 
Z trudem przetrwałam podróż metrem, a potem autobusem. Różowy przepychacz palił żywym ogniem. Miałam szczerą ochotę wepchać go Nicolasowi do gardła. 
W końcu jednak dotarliśmy pod dom Amelii. Nico wyjął z kieszeni jakiś papier, wyprostował się dumnie i zapukał jako pierwszy. 
Rozległ się stukot obcasów i po chwili w drzwiach stanęła właścicielka. Miała na sobie luźną sukienkę z długim rękawem, była boso, ale włosy spięła w idealny kok, a makijaż jedynie udawał „domowy”. 
— Tak? — uśmiechnęła się tak słodko, że aż zrobiło mi się nie dobrze. Z trudem powstrzymałam ochotę przywalenia jej od razu. Może gdybym zakopała ciało w ogródku, to nikt by nie zauważył. Ze zdumieniem zauważyła, że świetnie naśladuje wschodni akcent. 
— Dzień dobry. — Nico wręcz tryskał entuzjazmem. — My z rur. Miasto przysyła. Przegląd robimy. — Specjalnie to zniżał, to znów podwyższał głos, żeby kobieta nie mogła stwierdzić, jak dokładnie mówi. 
— Ah tak? — uniosła ze zdziwieniem brew. — Nikt nie dzwonił. 
— Ja nie wiem — Wzruszył ramionami. — Kazali przyjść, to jestem. Obowiązek, ot obowiązek. Wpuści nas pani. 
Amelia wyglądała na zdezorientowaną. Spojrzała na mnie, ale tylko gwałtownie pokiwałam głową. Czyżbym wyglądała na niegodną zaufania? 
— Niech będzie — zgodziła się w końcu. — A długo wam to zajmie? 
— E, z pół godziny? — Nicolas machnął lekceważąco ręką. — Prosta robota, niech się panienka nie martwi. — Zgrabnie wyminął ją w progu. 
Podreptałam za nim. Najpierw na wszelki wypadek odcięliśmy dopływ wody, co już wyglądało bardzo profesjonalnie. Nicolas chyba naprawdę wiedział, co robi. Czyżby przeszedł przyspieszony kurs młodego hydraulika? 
Pierwsza łazienka znajdowała się na parterze, ale sądząc po wyposażeniu nie była zbyt często używana. Nie znaleźliśmy w niej pasty do zębów, szamponów, ani kosmetyków. Typowa łazienka gościnna. 
Poudawaliśmy przez chwilę, że coś robimy. Nico postukał w rury, ja powpychałam przepychacz w kilka miejsc. Amelia chyba doszła do wniosku, że nie jesteśmy niebezpieczni, bo tylko wskazała nam drugą łazienkę i zniknęła w salonie. Przez ściany słyszałam, że z kimś rozmawia. 
— Nadal nie wierzę, że to wypaliło — mruknęłam, wspinając się po krętych schodach na piętro. Cały dom wyglądał jak dosłownie wyjęty z starych filmów. Marmurowe podłogi, żelazne poręcze i bogato zdobione meble. 
I złote klamki. Ta kobita naprawdę miała złote klamki. 
— Przecież musiało wypalić — prychnął Nico. — W końcu to mój plan. 
Mimowolnie parsknęłam śmiechem. Gdzieś już to słyszałam. 
— Jednak jesteście strasznie do siebie podobni — stwierdziłam bez namysłu. 
Chłopak nagle przystanął. Z zainteresowaniem przekrzywił głowę. 
— Kto jest podobny? 
Cholera — ugryzłam się w język. Serio, powinnam myśleć nad tym, co mówię. 
— Ty i Walt — przyznałam niechętnie. — Czasami mam wrażenie, że zachowujecie jak bliźniacy. 
— Naprawdę — na jego twarzy pojawiło się jeszcze większe podekscytowanie. — Ale super! Czyli mimo różnicy wieku nadal mam z wami super kontakt? 
— Pewnie! Szczególnie po tym, jak… 
W ostatniej chwili zdałam sobie sprawę z tego co chciałam powiedzieć. Chciałam przyznać, że mama umarła. Że odeszła. Że ją straciliśmy. 
Nie mogłam tego zrobić. Nie Nicolasowi. 
— Po tym jak co? — zapytał zaciekawiony. 
— Nieważne — szybko pokręciłam głową. — Lepiej zabierajmy się do roboty. Chcę już mieć to z głowy. 
Na szczęście Nicolas nie drążył tematu. Ze wszystkich sił starałam się skupić na pracy, byle tylko nie myśleć o mamie. Jednak świadomość tego, że nie powiedziałam bratu o największej tragedii jaka dotknie naszą rodzinę, nie dawała mi spokoju. 
Obok sypialni Amelii, mieściła się duża łazienka. Taka odjazdowa z wanną z jacuzzi, prysznicem z masarzem i lśniącymi kafelkami. Normalnie jak w pięciogwiazdkowym hotelu. 
— Skąd ona ma na to wszystko kasę — burknęłam, przezornie zamykając drzwi na zamek. — Na pewno w Onico nie dostaje fortuny. 
— Obstawiam bogatą rodzinę — stwierdził Nicolas. — Ten dom to stare budownictwo. Można go odnowić, ale pewnych rzeczy się nie usunie. Na naszą korzyść — uśmiechnął się chytrze. 
Rozglądnął się uważnie po pomieszczeniu, a potem przykucnął przy wannie. Zaczął ostukiwać kafelki. Nasłuchiwał uważnie, jednak nic ciekawego nie znalazł. Podniósł się i zmarszczył w zamyśleniu brwi. 
— Bingo! — wykrzyknął nagle. Doskoczył do umywalki. Zdjął wiszące nad nią lustro w złotej ramie, odsłaniając sporej wielkości dziurę wypełnioną różnorakimi rurami. 
— Mówiłem, że stare budownictwo. — Uśmiechnął się triumfalnie. — Kiedyś ludziom zależało na łatwym dostępie, bo wiele rzeczy naprawili sami. 
Nie skomentowałam tego. Z podziwem patrzyłam jak zaczyna grzebać przy rurach. Coś przekręcał, coś odłączał, coś przełączał. Wziął ze sobą zestaw dodatkowych części i teraz kompletnie zmieniał bieg całej instalacji. 
— Na pewno wiesz, co robisz? — zapytałam na wszelki wypadek. 
— Oczywiście — prychnął. — Gdy tylko Amelia będzie chciała umyć dzisiaj włosy, spotka ją bardzo nieprzyjemna niespodzianka. 
Cicho parsknęłam śmiechem. Wyobraziłam sobie krokodylicę całą w śmierdzących odchodach. I to swoich własnych. To był cudowny widok. 
— I myślisz, że to przekona ją do wyjazdu z miasta? 
— Oczywiście, że nie od razu. Ale spokojnie, to dopiero pierwszy etap mojego jakże genialnego planu. 
Chyba wolałam nie pytać jaki jest drugi. 
Dwadzieścia minut później było już po wszystkim. Nicolas powiesił lustro z powrotem, wszystko starannie posprzątał i po naszej zbrodni nie został nawet ślad. Nikt, ale to nikt się nie domyśli, że dzieci uwielbianego trenera dopuściły się jakiś machlojek. 
— Skończyliśmy, prze pani. — Przed wyjściem zajrzeliśmy do salonu. Amelia siedziała w głęboki fotelu i zażarcie stukała w klawiaturę laptopa. — Idziemy. 
— Tak, tak idźcie — nawet nie zaszczyciła nas spojrzeniem. — Dzięki, że przyszliście. 
Wymieniliśmy z Nicolasem rozbawione spojrzenia. Tak, niewątpliwie było za co dziękować. 
Domostwo opuściliśmy, chichrając się pod nosem. To było totalnie szalone i porąbane, ale hej, udało się! Jednak pochodziłam z genialnej rodziny! 
Jakoś przetrwałam jazdę autobusem, ale już na pierwszej stacji metra zahaczyłam o publiczną toaletę, gdzie z ulgą pozbyłam się charakteryzacji. Może jeszcze biust tolerowałam ( nawet przez chwilę sprawiał mi radość), ale wypchane pośladki były udręką. Radośnie wepchałam je z powrotem do torby. 
Usiedliśmy w pobliskim barze mlecznym, by uzupełnić kalorie. Byłam głodna jak wilk. Nigdy bym nie przypuszczała, że na aktorstwo potrzeba aż tyle energii. 
— Chyba możemy uznać ten dzień za udany — stwierdziłam, pochłaniając kolejną porcję pierogów z serem. Ze zdumieniem stwierdziłam, że pamiętam ten smak. Wiązał się bezpośrednio z pięknymi, beztroskimi czasami, gdy razem z Walterem byliśmy dumnymi podopiecznymi pewnego rzeszowskiego przedszkola Lokomotywa. Cóż to były za lata! 
— W pewnym stopniu owszem — przytaknął Nicolas. — Ale nie zapomnij, że samo wyrzucenie Amelii z miasta nie wystarczy. Musimy jeszcze odbudować zaufanie między rodzicami. A z tego, co pamiętam, to było twoje zadanie. 
Momentalnie spochmurniałam. Oczywiście, że było to moje zadanie. Problem tkwił w tym, że nic nie wymyśliłam. Mój mózg postanowił odmówić współpracy, zastrajkował i podsuwał mi jedynie tak idiotyczne pomysły typu, przebranie się za kurczaka i zaśpiewanie miłosnej ballady albo urządzenie romantycznej kolacji z wyskakującym z tortu królikiem w różowych bokserkach w roli głównej. 
Love letters straight, from your heart. Keep us so near while apart… — leciało z głośników. 
I nagle mnie olśniło. 
— Tajemniczy wielbiciel! — wykrzyknęłam, prawie spadając z krzesła. 
— Że co proszę? — Nico patrzył na mnie jak na kompletną wariatkę. 
— Przecież to oczywiste. Mama jest zazdrosna o Amelię. Zróbmy więc coś, żeby tata też był zazdrosny — wyjaśniłam coraz bardziej podekscytowana. 
— Chcesz, żeby ktoś zaczął się przystawiać do mamy? 
— Oczywiście, że nie — skrzywiłam się zdegustowana. — To my się nią zainteresujemy. Stworzymy tajemniczego wielbiciela, który będzie wysyłał mamie romantyczne listy, kwiaty i sprawi, że tatę szlak trafi. 
— Już chcesz zobaczyć ojczulka w grobie? — Nicolas uniósł kpiąco brew. 
— Przede wszystkim chcę, żeby się ogarnął. — Bo na razie zachowuje się jak małe dziecko. 
Nico w zamyśleniu podrapał się po głowie. Niecierpliwie przebierałam nogami, czekając na reakcję. Musiała być pozytywna, w końcu też od czasu do czasu miałam jakieś przebłyski genialności. Zresztą, jak to stwierdził Mateusz, nie ma nic gorszego niż urażona męska duma. I chciałam to wykorzystać. 
— Wiesz co, Pretty — odezwał się w końcu Nicolas. — To chyba może się udać. 
— O nie, mój drogi — pokręciłam z dezaprobatą głową. — To musi się udać! — zatarłam przebiegle ręce, jednocześnie śmiejąc się złowieszczo. 
Czyż nie byłam mistrzem zbrodni wszelakiej?
A sądząc po minie Nicolasa, powinnam popracować nad złowieszczym śmiechem. I to bardzo poważnie popracować. 
Babeczko*, nadchodzę! 


*L.O.V.E.M.U.F.F.I.N/B.A.B.E.C.Z.K.A— słynna organizacja złoczyńców z serialu Fineasz i Ferb. 

Modena, 3 marca 2039

Bolało mnie wszystko. I to dosłownie. Od czubka głowy po koniuszki palców. Czułem każdy, dosłownie każdy mięsień. Nawet te, o których istnieniu nie miałem pojęcia. Pól pękniętego palca był przy tym jak odległe wyblakłe wspomnienie. 
Powoli otworzyłem jedno oko. Potem drugie. Zamrugałem. Gdzie jesteś ostrości widzenia?! Wracaj!
— Julcia! — jęknąłem. — Julcia, pomórz! Ja umieram!
Nie doczekałem się reakcji. Gdzież się to wspaniałe dziewczę podziało? Zostawiła mnie, oczywiście, że mnie zostawiła! Umrę teraz samotnie! Bez ciepłego ciała u boku, bez miłości! Oh, ja biedny!
Przewróciłem się na bok, co tylko wywołało kolejną fale bólu. Powoli dochodziło do mnie, że to co wziąłem za mięciutki, bostoński materac jest twardą podłogę. I że nie znajduję się w sypialni, a w zimnej, metalowej celi. Pod ścianą, na drewnianej pryczy pochrapywał Zan, a w kącie legł menel. Przynajmniej mela to to przypominało. 
Czy ktoś raczy przypomnieć, co się właściwie stało?
Usiłowałem przemyśleć sprawę jeszcze raz, ale nagle zdałem sobie sprawę, że natychmiast potrzebuję kofeiny. 
Najlepiej dożylnie. 
W porządku, wystarczy odrobina silnej woli. 
Obudź się! 
No dobrze, może to zbyt minimalistyczna opcja. 
No więc, po kolei. 
Podparłem się na rękach i spróbowałem wstać. Udało mi się unieść na kilka centymetrów po czym z cichym plaskiem opadłem na ziemie. Spróbowałem po raz drugi. Udało się. Z trudem przyjął postawę właściwą Homo Erectus i powlokłem się do krat. 
Czułem się jak wampir na głodzie, a wyglądałem zapewnie, jakby właśnie wstał z grobu. Proszę, losie przebrzydły, nie mogę teraz spotkać żadnego dziennikarza. Ani fanki. To by kompletnie zniszczyło moją reputacje!
Kawa! Muszę… Kawy! 
Najpierw metalowe, a potem laserowe kraty oddzielały mnie od policjantki. Niskiej, z ciemnym warkoczem i nogami na biurku. Wyglądała na młodą i bardzo niewinną. Oglądała coś na hologramie, nawet nie zwracając na mnie uwagi. 
— Przepraszam! — jęknąłem. — Przepraszam! 
Zero reakcji. 
Miałem wrażenie, że moja czaszka zaraz dosłownie eksploduje. Najchętniej skuliłbym się pod ścianą, zamknął oczy i dalej śnił o tęczach, jednorożcach i Julci w stroju kosmonauty. 
Nawet nie przypuszczałem, że te stroje są aż tak seksowne. 
Kawa! Królestwo za kawę!
Zanim doszedł powiłem próby zwrócenia na siebie uwagi, zyskałem pewność, że została na mnie rzucona klątwa Strasznego Głodu Kofeinowego, która prawdopodobnie dotknie także wszystkich moich potomków.  Biedna Julcia. Zbankrutujemy przez kawę. 
— Przepraszam! Hej, czy ktoś mnie słyszy! — wściekle uderzyłem pięścią w kratę. — Umieram!
To trochę pomogło. Policjantka wyjęła z ucha bezprzewodową słuchawkę i zmrużyła oczy. 
— Potrzebuje pan czegoś, panie Antiga? — zaszczebiotała słodkim głosikiem. 
O, cholera. Znałem ten ton. Przełknąłem głośno ślinę. Jeszcze tego mi brakowało… 
— Tia… czy mogę dostać kawę? Jakąkolwiek? Choć odrobinkę? 
— Oh, oczywiście, oczywiście — momentalnie poderwała się — Już robię, już robię. Z mlekiem, cukrem? Chociaż… — zawahała się na moment, a mnie ogarnęło przerażenie. — Niby mi nie wolno… A zresztą, co tam, przecież nie pomagam panu w ucieczce, prawda? Zresztą pan nic nie zrobił, ja to wiem. I czuję. Bo wie pan, ja jestem pana wielką fanką. Oglądam wszystkie mecze! Specjalnie biorę nocne dyżury, by je oglądać! I byłam na meczu z Czarodziejami! Dwa lata zbierałam na lot! Ale było super! Zdobył pan prawie trzydzieści punktów! W tym dziesięć za trzy! To było super! A potem podpisał mi się pan na koszulce, pamięta pan? Powiesiłam ją sobie nad łóżkiem!
No i znalazła się rąbnięta fanka. Nie rzeczy coś, ceniłem swoich fanów, fanki szczególnie, potrafiłem zrozumieć, dlaczego totalnie za mną szaleją. W końcu jestem oszałamiająco przystojny, dobry, przystojny, zabawny, przystojny, inteligentny, szarmancki… 
Czy wspominałem już, że jestem przystojny? 
Ale jak to mówi Zan, nie zagląda się darowanemu pokemonowi w kartę. Z wdzięcznością przyjąłem więc parującą kawę prosto z ekspresu. 
Dobra, przyjąłem to za duże słowo. Rzuciłem się na kubek i błyskawicznie wchłonąłem jego zawartość. Och, kawa, moja jedyna miłość! Kawa, moja wspaniała kawa, nikt zabierać jej nie ma mi prawa.  
Gdy komórki mózgowe w końcu otrzymały obowiązkową dawkę kofeiny, zacząłem myśleć. A przynajmniej tak mi się wydawało. Powoli przypominałem sobie wszystkie wydarzenia z dnia poprzedniego. 
I nie, to nie były przyjemne wspomnienia. 
Zan nadal spał. Wiszący nad policjantką zegar wskazywał za piętnaście ósma. Przez malutkie, zakratowane okienko, docierały do mnie odgłosy budzącego się miasta. Ludzie spieszyli się do pracy, do szkoły i mieli głęboko gdzieś los biednego, niesłusznie oskarżonego koszykarza. 
Plusy? Nie pojawił się jeszcze żaden dziennikarz. Istniała więc spora szansa, że wieści o aresztowaniu nie przedostały się do mediów. Więc nie dowiedziała się o nich Julcia. Może jednak przeżyję. 
Z rezygnacją osunąłem się pod ścianę. Nie miałem pojęcia co robić. Przecież kurczę, byłem niewinny! Niewinny jak aniołek! Jeszcze tylko białej szatki i aureoli mi brakowało. 
Mogłem poprosić o rozmowę. Zadzwonić na przykład do Nicolasa. Pewnie byłby wstanie jakoś zaradzić, ale potem i tak miałbym totalnie przerąbane. Do tego Nico to wojskowy. Istniało spore prawdopodobieństwo, że stwierdzi, że muszę ponieść konsekwencje swoich błędów. 
Taty nie chciałem martwić. Ani Manoline, ani Timote nie mieli wystarczających wpływów. 
Wychodziło na to, że utknąłem. 
W przypływie desperacji, podreptałem do krat. 
— Przepraszam — znów zwróciłem się do policjantki. — Nie pani może, ile jeszcze będą nas tu trzymać? 
Dziewczyna momentalnie się rozpromieniła, by zaraz zmarkotnieć. 
— Niestety nie — westchnęła. — Ja tu tylko pilnuje. 
Zakląłem pod nosem. Czyli tak jak zawsze. Nikt nic nie wie, nikt nic nie ogarnia.  
Dokładnie w tym momencie otworzyły się stare, metalowe i do środka weszła sierżant Pomona. Tylko, że nie była sama. Towarzyszyła jej… 
— Aisha! — Na widok przyjaciółki podskoczyłem tak wysoko, że jeszcze milimetry, a wybiłbym dziurę w suficie. — Nawet nie wiedz, jak strasznie się cieszę, że cię widzę! Wyglądasz, y…. — w porę ugryzłem się w język. 
Nie odezwała się ani słowem. Zamiast tego posłała mi spojrzenie, którym jej przodkowie od wieków ślepego posłuszeństwa, wrogów do desperackiej ucieczki, a kochanków do... cóż, po prostu do płaczu. 
— Przymknij się, Walt. 
Przełknąłem głośno ślinę. Cóż jednak miałem poradzić na to, że wyglądała strasznie. Była przeraźliwie blada, miała tak podkrążone oczy, że wyglądała jak wampir, a dodatkowo spod hijabu wystawały jej pojedyncze kosmyki włosów. 
Zawsze bardzo dbała, by wszystko było porządnie zakryte. 
— Wypuść ich — warknęła starsza policjantka, a młodsza momentalnie poderwała się z miejsca. 
Przez ułamek sekundy myślałem, że to tylko żart. Wypuszczają nas? Naprawdę? Jednak ktoś przemówił do ich małych móżdżków i zrozumieli, że jesteśmy kompletnie niewinny? 
Ale wzrok Aishy nie pozwalał na zbyt długie myślenie. Pospiesznie obudziłem Zana po prostu zrzucając go z pryczy. Oczywiście próbował protestować. Pewnie śnił mu się Pikachu. Jednak gdy zobaczył, że kraty zniknęły, odnalazł wręcz niespotykanie pokłady energii. Dosłownie wypruł z celi po czym padł na ziemię i zaczął obcałowywać zimne kafelki. 
— Ziemia, ziemia! Wolność! Moja kochana wolność! Dziękuję, dziękuję, dziękuję!
Patrzyliśmy na niego w osłupieniu. Przynajmniej ja. Bo oczywiście Aisha tylko prychnęła kpiąco. Czy ona robi coś poza prychaniem? 
— Zan rusz swój chudy tyłek — warknęła po francusku. — Musimy się stąd jak najszybciej zmyć. 
Okej, chyba jestem zmuszony podzielić się z wami wnioskami z moich dotychczasowych obserwacji. Zan był dziwny. Kochał Pokemony. I tęczowe szelki. A przy Aishy zachowywał się jak pies. Dosłownie. Co mu powiedziała, tak robił. Nie mam pojęcia, skąd się to wzięło, ale było odrobinę niepokojące. 
Policjanci nie tylko nas wypuścili, ale również oddali wszystkie rzeczy. Odzyskałem telefon i dżinsową kurtkę, którą wieki temu podrąbałem Timiemu. Cóż, nie moja wina, że wyglądałem w niej milion razy lepiej. 
Zerknąłem na ekran komórki i… 
— Kurwa!
Miałem dziesięć nieodebranych połączeń od Julci. I jednego sms-a. 
Jesteś martwy. 
Czyli o wszystkim już wiedziała. 
Może jednak ta cela nie była taka zła? 
Powłócząc nogami, dowlokłem się z pozostałymi do najbliższej knajpy. Obskórny bar z naleśnikami wyglądał mało zachęcająco, ale Zan uparcie twierdził, że jeśli zaraz czegoś nie zje to umrze. Był gotów dostać napadu histerii na środku drogi. Bezpieczniej było dać mu naleśniki. 
W trakcie, gdy Zan uzupełniał kalorie, a Aisha z głową na stole odsypiała noc ( nie chciała odpowiadać na żadne pytania), ja zabarykadowałem się w toalecie. 
Przez długi czas po prostu siedziałem na sedesie i pustym wzrokiem wpatrywałem się w komórkę. Zadzwonić, czy nie zadzwonić? Będzie bardzo zła? A może mi się upiecze? Ciekawe ile kosztuje lot na Antarktydę? 
W końcu wybrałem numer. Na szczęście rozmowy holograficzne nadal działały. 
Nawet nie zdążyłem wsłuchać się w najnowszy przebój Five Direction, gdy zostałem oficjalnie zamordowany przez własną dziewczynę. I to wzrokiem. Od teraz rozmawiacie z duchem. 
— Masz przerąbane — wysyczała Julcia. — Zabiję cię. Ukręcę łeb. Poszatkuję na małe kawałeczki, a potem zamarynuję. A potem zszyję i znowu poszatkuję. 
— Wiem, wiem — nerwowo przeczesałem palcami włosy. — Zrozumiałem, serio. 
— Coś ty sobie w ogóle wyobrażałeś! — wybuchnęła bez ostrzeżenia. — Przecież prosiłam byś nie robił niczego głupiego. Ledwo wylądowałam w Bostonie i co widzę? Wszystkie sportowe serwisy trąbią tylko o tym. Genialny Walter Antiga aresztowany! I to we Włoszech! Czy tobie jeszcze zależy na karierze? Na normalnym życiu? Czy masz wszystko gdzieś i liczy się tylko zabawa? 
— Nie zrobiłem nic złego! — Też straciłem cierpliwość. Nikt, ale to nikt nie miał prawa zarzucać mi, że sport przestał się liczyć. Nawet Julcia. — Nie mam pojęcia, dlaczego nas aresztowali! Po prostu szukaliśmy informacji o tacie, gdy zaczęli nas gonić mafiozi! Uciekli, jak zobaczyli policję! Ledwo uszliśmy z życiem! 
Julka nie wyglądała na specjalnie przekonaną. Ale przynajmniej przestała mordować mnie wzrokiem. 
— Niech będzie — westchnęła w końcu. — Ciężko będzie to odkręcić. Media uwielbiają takie tematy. 
— Spróbujesz coś zrobić? — jęknąłem błagalnie. — Serio, nie chcę mieć na głowie dziennikarskich hien, gdy wrócę. 
— Może coś zaradzą — burknęła. — Jednak i tak będziesz musiał tłumaczyć się przed zarządem. 
— Jestem niewinny. 
— Ale wszyscy już wiedzą, że cię aresztowali. Wypuścili po przesłuchaniu, tak? 
Chciałem potwierdzić, ale w porę zdałem sobie sprawę z tego, że tak naprawdę nie wiem, dlaczego nas wypuścili. Nie odsiedzieliśmy obowiązkowej doby i nie dzwoniłem po nikogo, by wpłacił kaucję. 
— Raczej zrobili to pod wpływem mojego naturalnego uroku — odparłem kokieteryjnie. 
Julcia jedynie parsknęła śmiechem. 
— Postaraj nie wpakować się w kolejne kłopoty — powiedziała, a potem tak po prostu rozłączyła. 
Jeszcze przez chwilę pustym wzrokiem wpatrywałem się w hologram. Czerwona słuchawka smętnie kręciła się w okół własnej osi. 
W końcu westchnąłem głęboko i postanowiłem wrócić do świata żywych. Aisha nadal spała, a Zan właśnie kończył naleśniki.
— Cześć! — wyszczerzył się z buzią pełną bitej śmietany. — Rozmawiałeś z dziewczyną? Co robiliście tak długo? Normalnie myślałem, że nigdy z tamtąd nie wyjdziesz? 
— Uprawialiśmy seks transatlantycki — warknąłem. — My, Antigowie jesteśmy wyjątkowo utalentowanym rodem. 
To wystarczyło, by Zan odpuścił. W milczeniu skończył jeść, a potem rozparł się na krześle i przez chwilę przyglądał się Aishy. 
— Myślisz, że możemy ją obudzić? 
— A chcesz być martwy? 
—Chyba jednak powinniśmy… Bo jeśli to ona nas wypuściła, to powinniśmy podziękować? 
— Uważasz, że to ona? 
— A kto inny? 
— Niby jak? 
— Nie wiem — Zan wzruszył ramionami. 
— Normalnie, głąby. 
Aż podskoczyliśmy, gdy dziewczyna niespodziewanie uniosła głowę. 
— Myślicie, że nad czym pracowałam przez całą noc.
— Ale jak to zrobiłaś? — Zan wpatrywał się w Aishę z coraz większym uwielbieniem. 
— Normalnie. Skorzystałam z pomocy taty. 
— Że niby co? — z wrażenia aż upuściłem widelec. 
— No to — burknęła — Całą noc spędziłam na przekonywaniu ojca, że warto zapłacić za was kaucję. I w ogóle żeby się za was wstawił. 
Zamrugałem zaskoczony. Aisha bardzo, żądło mówiła o ojcu. W ogóle rzadko wspominała rodzinę. Wiedziałem, że ma trzy siostry, dwie młodsze i jedną starszą. Spotkałem tylko starszą, Hudę, która miała długie, proste, ciemne włosy, sztucznie doklejane rzęsy i chodziła w koszulkach na ramiączkach. Ich ojciec był biznesmenem z wpływami na całym świecie, a matka poświęciła życie działalności charytatywnej. 
Przynajmniej tak twierdziła Pierrette. 
— Naprawdę on nas wyciągnął? — jakoś nie mogłem uwierzyć, że człowiek, który codziennie obracał milionami dolarów zainteresował się dwójką przypadkowych chłopaków. — Przecież nawet nas nie zna. 
— Dlatego mówię, że spędziłam nad tym całą noc — warknęła. — Wypuścili mnie zaraz po przesłuchaniu, tym razem fakt, że jestem dziewczyną podziałał na moją korzyść. A może bali się, że ich o coś oskarżę? W każdym razie miałam dużo czasu, by znów ratować wam tyłki. 
— W takim razie wisimy ci dożywotni zapas orzeszków ziemnych! — zarechotał Zan. 
— No raczej — uśmiechnęła się krzywo. — Ale żeby nie było, tatulek rzadko działa zupełnie bezinteresownie. — Posłała mi znaczące spojrzenie. 
Przełknąłem głośno ślinę. To nie wróżyło dobrze. Jeden z minusów być sławnym, kochanym przez tłumy koszykarzem — ludzie zawsze coś od ciebie chcą. 
Do baru weszło dwóch facetów. Niscy, napakowani, w dżinsowych kurtkach. Usiedli kilka stolików dalej, pod oknem i zamówili po kawie. 
— Czego chce w zamian? — westchnąłem, przeczesując palcami włosy. 
— Tego co zawsze. Żebyś zareklamował kilka jego produktów, pokazał się w jego towarzystwie. A, no i biletami na mecze też nie pogardzi. A najlepiej karnetem.
— Twój ojciec interesuje się koszykówką? 
— Od zawsze. Jest wielkim fanem NBA. Zresztą po wygranych meczach najlepiej ubija się interesy.
— I będzie co tydzień latał do Stanów? 
— Mówisz o człowieku, który nie kupił prywatnego odrzutowca, bo stwierdził, że to zbędna zabawka. 
Powoli pokiwałem głową. Zdałem sobie sprawę, że choć rodzina Aishy była obrzydliwie bogata, to starali się żyć normalnie. Dlatego Aisha poszła do tej samej szkoły co Pretty i dlatego pojechała z nami do parku..... 
Choć sama twierdziła, że tam nie była. 
Mężczyźni pod oknem nie rozmawiali ze sobą, w milczeniu sączyli kawę. 
Przełknąłem głośno ślinę. Pochyliłam się i ściszyłem głos. 
— A czy twój ojciec nie mógłby trochę pogrzebać... w naszej sprawie? — konspiracyjnie poruszyłem brawami, na co Aisha zareagowała parsknięciem śmiechem. Pff, niedoceniana moich zdolności aktorskich. 
— Osobiście nie. Ale poprosiłam Franka, aystenta żeby się tym zajął. Może paradoksalnie oficjalnymi ścieżkami będzie łatwiej. W końcu chodzi o mafię. 
Aż zadrżałem. Mafia, mafia, mafia... Stanowczo pokręciłem głową. Nie, to przecież niemożliwe. Dlaczego rodzice mieliby mieć cokolwiek wspólnego z  mafią? Przecież to bez sensu. Tata miał wyrzuty sumienia, gdy musiał zabić komara. Prędzej uwierzyłbym, że całe życie ukrywał orientację i od jutra zaczyna szukać sobie chłopaka, niż że wplątał się w coś nielegalnego. 
Chociaż z drugiej strony... Nigdy nie przypuszczałem, że rodzice mogliby choćby pomyśleć o rozwodzie. A przecież prawie do niego doszło. 
Odruchowo zerknąłem na telefon. Co ciekawe ani tata ani Nicolas nie dzwonili. Albo byli tak zajęci stanem Pierrette, że jeszcze o niczym nie wiedzą, albo po prostu stwierdzili, że jakoś sobie poradzą. A to akurat było bardzo w ich  stylu. 
Oparłem się na stole i schowałem twarz w dłoniach. Znów miałem wrażenie, że kręci mi się w głowie. 
— Trzeba będzie wrócić do tej kamienicy — stwierdziłem w końcu. — Czuję...z każdą sekundą jestem coraz bardziej przekonany, że ci ludzie odpowiadają za stan Pierrette. 
— O nie, nie ma mowy! — zaprotestował Zan. — Jak już gdzieś wracamy to do Francji. Serio, nie zamierzam znów napatoczyć się na jakiś zbirów, którzy koniecznie będą chcieli „porozmawiać”. Jeszcze cenię sobie swoje życie. 
Wymieniliśmy z Aishą znaczące spojrzenia. Już chciałem coś powiedzieć, gdy nagle wydarzyło się kilka rzeczy na raz. 
Trzy krótkie wystrzały rozbiły klosze lamp pod sufitem. Na podłogę posypały się odłamki szkła.  Ktoś gwałtownie zasunął żaluzje. Kobieta za kasą pisnęli przeraźliwie i zwiała do kuchni. Poderwaliśmy się na równe nogi. Z hukiem przewróciliśmy krzesła. 
— Ładnie to tak uciekać? 
Mężczyźni, którzy wcześniej w spokoju pili kawę, teraz stali obok drzwi i uśmiechali się obleśne. Jeden trzymał pistolet, a drugi rozmasowywał pięści. 
— A przecież nasi koledzy chcieli tylko grzecznie porozmawiać — niższy, rudy, mówił czymś, co w założeniu miało być łamanym angielskim z dziwnym, jakby wschodnim akcentem. — A wy po prostu zwialiście. Toż to niekulturalne. 
— Niekulturalne! — zarechotał drugi. 
Przełknąłem ślinę, próbując opanować szaleńcze drżenie rąk. Kątem oka zerknąłem na Aishę. Dziewczyna była blada jak trup i byłem przekonany, że jeszcze sekunda i zemdleje. Zan również. 
Dobra, Walt, weź się w garść. Jak widać jesteś jedyną jeszcze myślącą osobą w towarzystwie. Czas użyć uroku osobistego. 
— Hej, hej spokojnie, może po prostu wyjaśnimy sobie kilka rzeczy. — Zrobiłem kilka kroków do przodu i uniosłem ręce, pokazując, że mam dobre zamiary. — Nie mamy pojęcia kim jesteście, ani czego chcecie. Tak szczerze, to nawet mało nas to obchodzi. Znaleźliśmy się w tamtej alejce kompletnie przez przypadek. Więc czy nie możemy teraz po prostu sobie pójść? I wszyscy zapomnimy o tej nieprzyjemnej sprawie? 
Rudy tylko parsknął śmiechem. Obydwaj zaczęli się do nas zbliżać. Nie wyglądali, jakby chcieli wymienić uściski przyjaźni. 
— Powiedzmy, że nie bardzo ci wierzymy — uśmiechnął się krzywo. — Ładna bajeczka, ale zostaw ją dla dzieci. 
Byli coraz bliżej. Desperacko rozejrzałem się po pomieszczeniu, szukając drogi ucieczki. Nic, zero. W oknach nie było klamek. Sprzedawczyni pewnie zatrzasnęła drzwi do kuchni. Od głównego wejścia oddzielało nas dwóch napakowanych idiotów. Byłem od nich wyższy, ale też lżejszy. I raczej nie spędziłem całego życia obijając ludziom gęby. 
Choć pewnie Theodore „byłem w toalecie, gdy rozdzielali komórki mózgowe”, mógłby powiedzieć inaczej. 
W każdym razie mieliśmy przerąbane. Wielki stwórco rzutów za trzy punktu, miej w opiece swojego najwierniejszego sługę. 
— Jeśli będziecie współpracować, to nie zrobimy wam krzywdy — obiecał zbir. — A przynajmniej nie doznanie trwałego uszczerbku na zdrowiu. 
No, normalnie super. Już lecę, prawie sobie nóg nie połamie. 
Myśl, Walt, myśl... 
Tu poczta głosowa logicznego myślenia Waltera Antigi. Obecnie udałam się na wakacje. Zostaw wiadomość, jak już zginiesz marną śmiercią. I tak jej nie odsłucham.
Okej, czyli porzucamy nadzieję na racjonalne wyjścia z sytuacji. 
Czas posłużyć się instynktem. 
Szczerze? To co później zrobiłem, to była najgłupsza rzecz w moim życiu. Gdyby Julcia kiedykolwiek o tym usłyszała zapewne zarechotałaby się na śmierć. Ba, rechotałaby pewnie nawet po śmierci. 
Pewnie powiecie, że to niemożliwe. Że tak genialna osobowość jak ja nie mogła się jakoś bardzo wygłupić. Przecież wszystko co robię, jest świetne, wspaniałe i zawsze wychodzi na końcu, że mam rację. 
Cóż, normalnie przyznałbym wam rację. Ale tamtego dnia moim umyłem zawładnął ogłupiały brat bliźniak. 
Dobra, ale przejedźmy może do rzeczy. Pewnie chcecie wiedzieć, co takiego zrobiłem? Otóż, niczym najodważniejszy człowiek na świecie, Herkules z krwi i kości, rzuciłem się na zbirów. Miałem zamiar ich staranować, przewrócić, bohatersko pozbawić przytomności, ratując przy tym damy w potrzebie. `Wspaniałe, nieprawdaż? 
No właśnie nie do końca. Genialny plan szlag trafił. Goryle po prostu chwili mnie za pod ramiona, podnieśli kilka centymetrów nad ziemię i nie zważając na waleczne prostaty, rzucili o ziemię. 
Nie zdążyłem nawet podnieść głowy. Ostatnim co widziałem, była noga metalowego krzesła. 
Potem zapadła ciemność.



Hej, cześć i czołem. Z wielką przyjemnością przedstawiam wam rozdział dwunasty. Trochę się w nim działo. szczególnie u Pierrette i Nicolasa. Mam nadzieję, że przypadł wam do gustu. szczególnie, że nieźle się namęczyłam, by go wstawić ( blogspot mnie dzisiaj nie lubi). 
W każdym razie, jak zwykle z niecierpliwością czekam na wasze opinie i za wszystkie komentarze z góry dziękuję. 
Pozdrawiam
Violin

10 komentarzy:

  1. Przebieranki Pretty i Nico były kwintesencją całego mojego dnia. W ogóle te stroje, jak sobie wyobraziłam ten tyłek i grę aktorską, o mój boże, kłaniam się nisko xDD
    Chociaż jej nie lubię, chcę więcej Amelii. Szczególnie kolejnych pomysłów Nicolasa. Potrzebuję tego, tak jak Walter kawy i Julci.
    W OGÓLE CO TO MA ZNACZYĆ, ŻE BIJĄ MI WALTERA?!
    Biedny Walt :c
    Swoją drogą byłam święcie przekonana, że jest siatkarzem, a nie koszykarzem xD
    W sumie jak tak dalej pójdzie, w końcu skończy jako dostawca pizzy, chociaż nie wiem czy bliżej mu nie jest do wąchania kwiatków od spodu. Mam nadzieję, że nikt więcej nie ginie w tym opowiadaniu, bo ja nie wiem, jak Walt i ekipa poradzą sobie z mafiozami. Chyba, że są fanami koszykówki a Walt przekupi ich karnetem.
    Z niecierpliwością czekam na następny rozdział.

    Pozdrawiam bardzo serdecznie
    Eden

    https://untilthedawn.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No cóż, Walter też czasami musi oberwać. Teraz będzie podrywać Julcię na seksowne blizny xd
      Dziękuję za komentarz!
      Pozdrawiam
      Violin

      Usuń
  2. Nie mogę uwierzyć w to, jak Polly i Mati każdego dnia, każdej godziny i minuty zbliżają się do siebie. Widać na pierwszy rzut oka, że oboje są sobą zafascynowani i chociaż nie dochodzi między nimi to niewiadomo czego, to jednak jest ta bliskość w potwierzu.
    Jak ja się uśmiałam czytając szalony plan Nicolasa! Ten chłopak jest po prostu genialny i sama się dziwię, że jego pomysł przeszedł. Oczywiście czymś takim nie załatwią biletu powrotnego dla Amelii do piekła, ale chociaż trochę uprzykrzą życie tej zołzie. Jestem również ciekawa tego, co Nicolas wymyśli dalej. I moim skromnym zdaniem Polly wpadła na genialny pomysł z wielbicielem. Stephane zobaczy, że nie tylko nim ktoś się interesuje i może dzięki temu obudzi się w mężczyźnie waleczne serce i nie wypuści żony z rąk.
    Dobrze, że wypuścili naszych turystów z więzienia. Widać, że Aisha jest dobrą dziewczyną oraz koleżanką i poprosiła ojca o pomoc w wyciągnięciu chłopaków. Myślę, że kilka biletów i reklama produktów to mała cena, jaką Walt będzie musiał zapłacić za nie siedzenie w więzieniu. Swoją drogą Julcia jest naprawdę fantastyczna i oby udało jej się załagodzić całe zamieszanie w klubie. Walt... Walt... On naprawdę kocha kłopoty! Co on sobie myślał rzucając się na mafiozów? Nie wiem! Oby tylko nic mi się poważnego nie stało, ale jak dobrze pójdzie to naruszy sobie wszystkie kości i mięśnie, a to będzie oznaczało koniec kariery.

    Buziaki!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nicolas czasami potrafi być naprawdę szalony. A to jeszcze nie koniec jego możliwości.
      Bardzo dziękuję za komentarz!
      Violin

      Usuń
  3. Pretty spędziła jakże uroczy wieczór w towarzystwie dumetrowców, makaronu i wina ^^ ok, wszyscy wiemy że jej wystarczyło towarzystwo Mateusza. Pomiędzy nimi czuć wręcz namacalną więź i tą przysłowiową chemię. Jeszcze kilka takich sytuacji jak ta na klatce i fajerwerki wybuchną. I nie będzie czasu na pytania "Co się z Tobą dzieje, Pretty?". Chociaż podejrzewam, że ona doskonale wie, co się z nią dzieje ^^ Mówiłam już że lubię ich jako teoretyczną parę?
    Krokodylica ^^ co jak co, ale to się Mateuszowi udało! Już prawie wszyscy zauważyli jaką osobą jest Amelia. Dlaczego więc Stephan nadal jest irytująco dla niej miły? Ok, ja rozumiem że mamusia uczyła szacunku do ludzi, ale ten osobnik na to wcale nie zasługuje! Zastanawia mnie czy on na prawdę jest taki ślepy czy jest to po prostu jego gra. Może nie chce robić zamieszania w klubie, dlatego stara się ignorować całą sytuację.
    Plan Nicolasa ... padłam! ^^ Ale muszę zauważyć jedną dość ciekawą rzecz. Pretty i Nico dogryzają sobie jak typowe rodzeństwo :D No ok, są rodzeństwem, ale w ich sytuacji wszystko jest raczej skomplikowane. W końcu Nico do końca nie mógł we wszystko uwierzyć ^^ Ale! Plan genialny! Oczywiście śmiałam się jak głupia i z jednej strony wydaje się być to nierealne, ale z drugiej sobie myślę "dobrze Ci tak krokodylico"! Szacun dla Nico, że z niego taka złota rączka. Wiedział co i jak do czego dokręcić, aby zrobić śmierdzące boom ... wcale Amelii nie współczuję :D
    Pomysł z cichym wielbicielem również mi się podoba :) A niech Stephan szaleje z zazdrości, a co! ^^
    Sama już nie wiem co jest dla Walta gorsze ... cela włoskiego aresztu + brak kofeiny + hot fanka czy wściekła Julcia. Podejrzewam, że raczej wolałby uniknąć tego drugiego ^^ ale tak to już jest z facetami! Spuść ich z oczu to narobią dziadostwa. Dlatego absolutnie nie dziwię się Julce. Na całe szczęście długo się nie gniewała ... chyba xD
    Dzięki wspaniałomyślności ojca Aishy, cała trójka mogła opuścić areszt. Co tam dla Walta takie "warunki" jakie mężczyzna postawił. Raz dwa i po sprawie ^^
    I gdy wydawało się, że kłopoty mają za sobą ... no ok, to mafia, a oni tak łatwo się nie poddają. Bez problemu "wywęszyli" ich lokalizację. Podejrzewam, że Ci mężczyźni wiedzą więcej niż nam się wydaje i doskonale wiedzą, że nasza trójca nie zjawiła się we Włoszech przez przypadek.
    Ugh, mam nadzieję że te komentarz ma sens, bo te upały wcale nie działają na mnie dobrze ^^ Pozdrawiam serdecznie :

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Krokodylicę wymyślałam na szybko, ale cieszę się, że się przyjęła. Prawdą jest, że wyjątkowo pasuje do Amelii.
      Bardzo dziękuję za komentarz!
      Pozdrawiam
      Violin

      Usuń
  4. Między Pierette a Mateuszem coraz więcej się dzieje. Chłopak chce z nią spędzać, jak najwięcej czasu i już nawet nie ukrywa, że jest dla niego kimś ważnym.
    Krok po kroku powoli udaje się mu przekonać do siebie dziewczynę o czym świadczy choćby ich pożegnanie czy późniejsze przemyślenia Polly.
    Między tą dwójką iskrzy i takie sytuacje, jak pod drzwiami jej mieszkania na pewno jeszcze się powtórzą. Wszystko jednak zależy od Pierette i tego czy da się temu wszystkiemu porwać. W końcu znajduje się w dosyć trudnym położeniu.
    Na Amelii poznali się już chyba wszyscy oprócz Stephana. Każdy widzi, że to wstrętna manipulantka, której za grosz nie można ufać. Nic więc dziwnego, że dorobiła się takiego żadnego przezwiska. 😂
    Plan Nicolasa nareszcie ujrzał światło dzienne. Świetnie to wszystko przygotował i wymyślił. Ma chłopak głowę do takich rzeczy.
    Nie mogłam się przestać śmiać, gdy czytałam o wizycie naszych hydraulików w domu Amelii. To było po prostu genialne!
    Na "Krokodylicę" czeka niemiła, ale w pełni zasłużona niespodzianka. Oby to był pierwszy skuteczny krok do wykurzenia jej z Warszawy.
    Pomysł na stworzenie wielbiciela dla Stephanie naprawdę może się opłacić. Może, gdy Stephane zrozumie, że może stracić swoją żonę opamięta się i zawalczy o ratowanie ich małżeństwa.
    Po niezbyt przyjemnej nocy spędzonej w areszcie Waltera czekał jeszcze gorszy poranek. Brak kawy i fanka w postaci policjantki to na pewno niezbyt dobre połączenie. Na szczęście Aishy udało się wyprosić u ojca zwolnienie z aresztu dla Walta i Zana. Trochę to będzie kosztowało, ale lepsze to niż kolejny dzień spędzony z towarzystwie włoskich policjantów.
    Oczywiście na nieszczęście Walta prasa i Julcia wiedzą już o tym aresztowaniu. Nic dziwnego, że dziewczyna była na niego wściekła. Na jego szczęście udało się mu jakąś ją udobruchać.
    Oczywiście potem musiały pojawić się kolejne problemy na horyzoncie. Członkowie mafii bez żadnych problemów odnaleźli trójkę samozwańczych detektywów. Nie rozumiem czego oni od nich chcą, ale nie wygląda to dobrze. W dodatku Walt mocno oberwał. Mam tylko nadzieję, że jakoś się z tego wywiną.
    Jak zawsze czekam z niecierpliwością na następny rozdział. 😊

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tajemniczy wielbiciel dla Stephanie to pomysł, na który wpadłam totalnie spontanicznie. Zobaczymy jak się sprawdzi dalej ;)
      Bardzo dziękuję za komentarz!

      Usuń
  5. Wszystkie znaki na niebie, na ziemi i w teraźniejszości wszelakiej wskazują na to, że Polly i Mateusz mają się ku sobie coraz bardziej <3 Naprawdę, ich relacja jest urocza :) Nie spieszą się z niczym, tylko każdego dnia dowiadują się o sobie coraz nowszych rzeczy i cieszą się swoim towarzystwem. Wieczór spędzony z kolegami Mateusza okazał się być nad wyraz owocny i Polly mogła być sobą, nie martwiąc się sytuacją, w jakiej się znalazła. Ach, ten Mati i jego zbawienny wpływ! ^^ Tak... Tak coś czuję, że Mati miał ochotę na coś więcej, gdy tak stał pod drzwiami Polly, ale na wszystko przyjdzie pora, prawda? :D Ja kibicuję! ^^
    Polly w końcu poznała szalony pomysł swojego starszego braciszka na to, jak pozbyć się wkurzającej Amelii z Warszawy. Przyznam się, że czegoś takiego kompletnie się nie spodziewałam, ale Nico to Nico i potrafi zaskoczyć :D Nie dziwię się Polly, że początkowo była sceptycznie nastawiona do całego tego pomysłu z przebierankami, ale najważniejsze, że podziałało! Amelia nie zadawała zbędnych pytań, tylko wpuściła naszą parę fachowych hydraulików do swojego domu. Kto by pomyślał, że Nico aż tak zna się na rzeczy! Coś powykręcał, coś poprzestawiał i tadam! Teraz tylko czekać, aż Amelia postanowi zażyć kąpieli, czy coś... :D Jej wrzask będzie melodią dla moich uszu haha :D Krok pierwszy wykonany :) Rodzeństwo spisało się na medal i jestem ciekawa, co Nico przygotował jeszcze ^^ Jestem przekonana, że śmiechu na pewno nie zabraknie :D A pomysł Polly, by stworzyć fikcyjnego wielbiciela Stephanie to strzał w dziesiątkę! Stephane z pewnością dostanie białej gorączki, ale wyjdzie mu to na dobre. I raz na zawsze odechce mu się jakichś Amelii :D
    Walt obudził się w celi i początkowo nie ogarniał, co się wokół niego dzieje. Ale nie dziwię mu się! Kto mógłby normalnie funkcjonować po takiej nocy i bez kawy o poranku? Na szczęście za sprawą policjantki, która okazała się być jego fanką dostarczył do organizmu odpowiedni zastrzyk kofeiny. Na całe szczęście Aisha zdziałała cuda i udało im się opuścić areszt. Cóż, informacja o tym zdarzeniu zdążyła już obiec świat i Walt musiał jakoś udobruchać wściekłą Julcię. On naprawdę nie szukał kłopotów... To, że kłopoty znalazły jego i jego towarzyszy to już inna sprawa :D W ogóle, kiedy myślałam, że wszystko się poukłada to znów na horyzoncie pojawiła się mafia. Podejrzane to wszystko! I skomplikowane! Nie wygląda to zbyt dobrze, a w dodatku dla Walta jego próba walki nie skończyła się zbyt optymistycznie. Bardzo jestem ciekawa, co będzie dalej, dlatego czekam na nowość z niecierpliwością :)
    Pozdrawiam ;*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kawa to podstawa. Choć sama niespecjalnie przepadam za jej smakiem, to już kilka razy uratowała mi życie.
      Bardzo dziękuję za komentarz!
      Pozdrawiam
      Violin

      Usuń

.
.
.
.
.
.
GrafikaCentaura