sobota, 22 czerwca 2019

Rozdział 13

Warszawa, 5 marca 2019

Przygryzłam końcówkę długopisu i w zamyśleniu postukałam nim w zęby. Leżąca nas stole ozdobna papeteria patrzyła na mnie z wyrzutem. 
— Oh, daj spokój — fuknęłam. — Przecież naprawdę staram się myśleć. 
Miałam wrażenie, że mała, beżowa różyczka roześmiała się kpiąco. Super, już kompletnie wariuję. Jeszcze tego brakowało żeby śmiały się ze mnie kwiaty. Może powinnam zostać profesjonalną wariatką? Albo wróżką? Wróżyłabym im przyszłość z kartek papieru. Fajnie, co nie? 
— Będziesz pisać cały dzień? — Głowa Nicolasa na moment wychyliła się zza lodówki. Od dziesięciu minut próbował znaleźć coś do jedzenia. Coś, co nie byłoby zieleniną i jogurtem. Na razie było 1 do 0 dla lodówki. 
— Mam czas — burknęła. — Wzięłam poranną zmianę. Byłam w pracy od piątej, więc teraz mam już wolne. 
Chłopak skwitował to tylko wzruszeniem ramionami po czym wrócił do dyskutowania z lodówką na temat składników odżywczych niezbędnych w rozwoju młodego mężczyzny. 
Z cichym westchnięciem wróciłam do pisania listu. Choć jeszcze wczoraj pomysł z tajemniczym wielbicielem wydawał się genialny, to z samego rana wyparowała ze mnie cała ekscytacja. Możliwe, że było to związane z wczesną pobudkę. Ewentualnie z faktem, że to ja miałam napisać ten cholerny list. Romantyczną wiadomość do własnej matki. Czy mogło być jeszcze dziwniej? 
Oparłam głowę na ramiona i wyjrzałam przez okno. Był początek marca, temperatura zaczynała nieznacznie rosnąć, ale nadal nie było ciepło. Mimo tego, rano znalazłam na wieszaku nie czerwony, zimowy płaszcz, a lżejszą szarą kurtkę z różowym podbiciem. Ivy musiała się tym zając w nocy. Oczywiście na pytanie, jak to zrobiła, nie udzieliła odpowiedzi. Milczała również, gdy po raz setny pytałam o rodziców, czy powrót do przyszłości. Zachowywała się tak, jakby zupełnie o mnie zapomniała. Co było troszeczkę niepokojące. 
Ale tylko troszeczkę. Po tym wszystkim co przeszłam już nic, ale to nic by mnie nie zaskoczyło. 
Dobra, Pretty weź się w garść. Uruchom kobiece instynkty, czy co to tam jeszcze, wylej z siebie całe pokłady romantyzmu wszelakiej maści i napisz w końcu ten list. Przecież nie musi być długi!
Róża znów zarechotała.  
— Nie mógłbyś mi chociaż pomóc? — warknęłam do Nicolasa. — Jesteś w końcu facetem! Na pewno już nie jeden list napisałeś!
— No właśnie nie do końca! — Zakłopotany, z buzią wypchaną tostem, podrapał się po głowie. — Wiesz, to raczej... raczej je dostawałem. Cóż poradzę, że w szkole dziewczyny do mnie lgnęły. 
Prychnęła kpiąco. Czyli jednym bycie casanovą od swemu boleści zostało zapisane w genach? Biedny Walter, nie ma już dla niego ratunku. 
— Dobra, to musi być krótkiego — w zamyśleniu odchyliłem się na krześle. — I tajemniczego. Żeby tylko delikatnie musnęło temat. 
— Wierszyk? — zasugerował Nico. — Jakaś sentencja? 
— A masz coś trafnego? 
Nie odpowiedział. Był równie zirytowany co ja. Obiecaliśmy sobie, że dostarczymy list jeszcze dzisiaj. Nakleimy znaczek, żeby na pierwszy rzut oka wyglądał, jakby przyniósł go listonosz. Musieliśmy zachować jak najwięcej środków ostrożności. Za godzinę miałam zacząć opiekować się bliźniakami, ale przez to, że Timo i Manoline również zostawiali w domu, Nico miał mi pomóc. Co stanowiło idealną okazję, by dowiedzieć się, czy mama przeczytała wiadomość. 
— Myśl Pretty, myśl! — masochistycznie przywaliłam sobie otwartą dłonią w łeb. 
I nagle mnie olśniło!
Kto teraz powie, że przemoc jednak nie działa? 
Zaczęłam szybko pisać. Twój uśmiech rozświetla każdy dzień niczym wschód słońca...Głos jak śpiew ptaków... spojrzenie, poruszające serca... Choć mnie nie widzisz, ja zawsze cię słyszę... 
I jeszcze podpis: Skryty wielbiciel. 
Raczej Romeo od siedmiu boleści.
Starałam się zachować neutralny charakter pisma, ale średnio mi to wychodziło. Gdy postawiłam ostatnią kropkę, wsadziłem list do koperty i triumfalnie ją zakleiłam. 
— Voila! Jestem genialna! 
— Co napisałaś? — Nicolas z zaciekawieniem chwycił list. Delikatna, błękitna koperta wyglądała bardzo romantycznie. 
— Tajemnica — uśmiechnęła się chytrze. — Tylko mama będzie wiedzieć. 
— Chciałbym zobaczyć jej reakcję. Myślisz, że będzie zła? 
Przygryzłam nerwowo wargę. Obydwoje trochę się baliśmy, że mama będzie wściekła, gdy zobaczy, że ktokolwiek próbuje zdobyć jej względy wiedząc, że jest mężatką. Do tego może obawiać się reakcji taty. 
Z drugiej jednak strony. Tata właśnie miał być zazdrosny. A może taki list poprawi samoocenę mamy i dzięki temu, znów zacznie wierzyć w siebie. 
— Nie możemy niczego przewidzieć — przyznałam. — Ale wierzę, że wpadłam na najgenialniejszy pomysł w swoim życiu. I że to naprawdę pomoże. 
Nico powoli pokiwał głową. Oddał mi list, a ja ostrożnie schowałem go do torebki. 
— Tak jak się umawialiśmy. Wrzucamy list do skrzynki i oddalamy się jak najszybciej — przypominałam, gdy już szliśmy w stronę domu rodziców. — Wracamy po pół godzinie. Na dziesięć minut przed wyjściem rodziców. Mówisz, że wpadłeś na mnie po drodze. Jeśli jeszcze nie wyjęli poczty, to napomykasz, że chyba coś jest w skrzynce. Ktoś idzie po listy. Ukrywamy się z bliźniakami w salonie, by niepostrzeżenie oglądać reakcje mamy... 
— I taty — przypomniał Nico. — Tata też będzie. Trening ma dopiero wpół do szóstej. 
Powoli pokiwałam głową. Tata... Czy na pewno będzie zazdrosny? Czy Amelia już posmakowała naszej małej zemsty? Czy może choć na jeden odpuściła podrywanie zajętego faceta? 
Chyba będę musiała potem podpytać Mateusza o zachowanie Amelii na dzisiejszych treningach. Oczywiście pod warunkiem, że w ogóle przyszła. 
Tak jak zaplanowaliśmy, tak zrobiliśmy. List wylądował w skrzynce. Pochyleni, przemknęliśmy pod płotem, tak, by nikt nas nie zauważył. Ukryliśmy się w pobliskich alejkach. Nico kupił dwa hot-dogi z budki, więc siedzieliśmy na zimnej ławce, zajadaliśmy i w napięciu odliczaliśmy kolejne minuty. 
W końcu wybiła godzina zero. Na drżących nogach ruszyliśmy do domu. Skrzynki nikt nie ruszał, list nadal był w środku. 
Nico wszedł bez pukania. Przełknęła głośno ślinę, przekraczając próg. 
— Już jestem! — krzyknął. — Zobacz mamo, kogo spotkałem po drodze. 
Z kuchni wyłoniła się mama. Wyglądała na jeszcze bardziej zmęczoną niż zwykle, na rękach trzymała rozpłakanego Waltera, ale uśmiechnęła się nieznacznie, gdy mnie zobaczyła. 
— Oh, Penny, jak dobrze, że już jesteś. Bliźniaki nieźle dziś dają w kość. We dwójkę jakoś dawaliśmy radę, ale dzieci mamy pięcioro, więc Stephane postanowił się zająć jakże poważnymi problemami starszaków. — Znacząco spojrzała w kierunku schodów. 
Dokładnie w tym momencie rozległ się płacz drugiego dziecka. Mała ja właśnie obudziła się z krótkiej drzemki i teraz obracała się w turystycznym łóżeczku, domagając się uwagi. 
— W takim razie już się biorę do pracy. — Wzięłam małą na ręce, co sprawiło, że momentalnie się uspokoiła.
— Sprawdzałaś pocztę? — Nico płynnie zmienił temat. — Bo chyba coś przyszło. 
Mama zmarszczyli ze zdziwieniem brwi. Wcisnęła Nicolasowi młodszego brata po czym pospiesznie ruszyła do skrzynki. Wymieniliśmy znaczące spojrzenia. Na razie zapowiadało się świetnie. 
Dokładnie w momencie, w którym mama wróciła z listem, z piętra zszedł tata. Spotkali się dokładnie w przejściu, prawie na siebie wpadając. Tata wyszeptał ciche przepraszam, mama uśmiechnęła się smutno, nie patrzyli sobie w oczy. 
Jęknęłam w myślach. To musiało się jak najszybciej skończyć. 
— To.. przyszło coś ciekawego? — zapytał tata, chyba próbując rozładować napięcie. 
— Tylko jeden list. — Mama beznamiętnie wzruszyła ramionami. — Do mnie. 
Tata uniósł ze zdziwieniem brew. Wziął Waltera, usiadł na fotelu i posadziło sobie syna na kolanach. 
Razem z Nicolasem ostrożnie wycofaliśmy się do korytarza. Z jednej strony chcieliśmy wszystko słyszeć, ale woleliśmy się nie narzucać. Zresztą przy nas reakcja rodziców mogła nie być do końca szczera. 
Mama przygryzłam wargę. Powoli otworzyła list i przeczytała te kilka zdań mojej wątpliwej twórczości. Zza ściany widziała, jak czerwieni się gwałtownie i zaczyna się delikatnie trząść.
— Od kogo to? — Tata zmarszczył podejrzliwie brwi. 
— Od nikogo ważnego — szepnęła. 
— W takim razie chyba możesz mi powiedzieć, prawda? 
— Niby po co — warknęła. — To naprawdę nic ważnego. Ktoś sobie stroi żarty i tyle. Zresztą ty masz swoje tajemnice, a ja mam swoje. 
Oj, nie dobrze, nie dobrze. 
— Wydawało mi się, że już wszystko sobie wyjaśniliśmy — oddychał ciężko, z trudem zachowując spokój. — Rozmawialiśmy o tym wiele razy. 
— Ale jakoś nigdy nie byłeś ze mną szczery — prychnęła. — Nawet nie próbuj zaprzeczać, ślepa nie jestem. 
— Co jest w tym liście?! 
Nie spodziewałam się nawet, że tata tak szybko wybuchnie. Poderwał się na równe nogi i w dwóch susach znalazł się obok mamy. Zdezorientowany Walter spoglądał na rodziców z coraz większym przerażeniem w oczach. 
— Sam sobie przeczytaj — żachnęła, dosłownie rzucając w męża listem. 
Tata złapał go jedną ręką. Ostrożnie odłożył Waltego, a potem rozłożył kartkę. 
Szczerze? Ciężko było określić jego reakcję. Po prostu brakowało na nią właściwego słowa. Zaczerwienił się gwałtownie, słyszałam jak dyszy ciężko. Choć stałam daleko, widziałam jak jego oczy nabiegłe krwią. Wydawało się, że jeszcze sekunda i zaryczy niczym ubite zwierzę. 
— Od kogo to jest? — wydukał słabym głosem. Ledwo go słyszeliśmy, ale napięcie w powietrzu było wręcz namacalne. Nawet mała Pretty przestała na moment się uśmiechać. 
— Skąd mam to wiedzieć — prychnęła mama. — Podpisał się? Nie. Więc jak narazie chce pozostać anonimowy.
— Ale przecież musisz go znać! — tata już nawet nie próbował sprawiać wrażenia spokojnego. Jego wściekły głos odbijał się echem od ścian. 
— Nie wrzesz.
— Jakiś facet pisze do ciebie miłosne liściki. Jak mam niby nie wrzeszczeć?! I jeszcze nie chcesz mi powiedzieć, kto to jest!
— Bo nie wiem. — Mama również straciła cierpliwość. Z trudem powstrzymywała łzy. — Naprawdę nie wiem. Dlaczego znów mi nie wierzysz? 
— Bo nie mówisz wszystkiego?
— Tak jak ty nie mówisz mi o Amelii! — krzyknęła. — A może doszedłeś do wniosku, że nie warto mi o niej mówić? Czyżby była aż tak nieważną tajemnicą?
Aż mnie zmroziło. Mama pierwszy raz otwarcie przyznała, że wie o Amelii. Że ją widziała. Że jest wściekła właśnie o nią. 
Widziałam, jak tata zamarł w pół kroku. Krew odpłynęła mu z twarzy. Poruszał bezgłośnie ustami niczym ryba.
— Ty myślisz... — wydukał w końcu. — Ty naprawdę myślisz... że ja... że ja mógłbym... że ja i Amelia... — zachłysnął się powietrzem. Pokręcił stanowczo głową, a potem odwrócił się i po prostu wybiegł z domu. Tak jak stał, w kapciach i koszulce. Słychać było jeszcze trzaśnięcie drzwiami, a potem w domu zapanowała przeraźliwa cisza. 
— O cholera — tylko tyle był wstanie wydusić z siebie Nicolas
Westchnęłam cicho. Cholera. To było najlepsze skwitowaniem tego, co właśnie się wydarzyło. 
Ależ byłam głupia. Przecież mogłam to przewidzieć. Tata nie mógł być tak po prostu zazdrosny. Musiał od razu zrobić awanturę. A gdy mama wspomniała o Amelii, kompletnie stracił cierpliwość. Dlaczego? Dlaczego tak gwałtownie zareagował na wzmiance o koleżance z pracy. 
— Pójdę pogadać z tatą — szepnęłam do Nicolasa, oddając mu Pierrette. — Może uda mi się czegoś dowiedzieć. Udobruchać trochę mamę, okej? 
Przytaknął szybko. Minę miał jednak nadal tak zmartwioną, że przez ułamek sekundy miałam wrażenie, że stoi przede mną tata. 
Tata z czasów, gdy mama odchodziła. 
Potrząsnęła stanowczo głową. Weź się w garść Pretty. Nawaliłaś i teraz musisz to naprawić. Inaczej stracisz szansę na powrót do domu. Inaczej zniszczysz swoją przyszłość. Inaczej rodzice nigdy się nie pogodzą. 
A to zniszczy ich obydwoje. 
Nie miałam pojęcia, dokąd mógł pójść tata. Coś jednak kazało mi wrócić do pobliskiego parku. Budka z hot-dogami gdzieś odjechała, odstraszenie brzydką pogodą i zbliżającym się zmierzchem ludzie, zostali w domach. Jedynie na starej ławce, w świetle ulicznej latarni, siedziała zgarbiona postać. 
Zacisnęła pięści. Spokojnie, Penny, spokojnie. Przecież to tylko tata. Twój ukochany tatuś. Najważniejsza osoba w twoim życiu. Rozmawiałaś z nim już milion razy. Możesz mu zaufać. 
Wzięłam głęboki oddech, wyprostował się dumnie, a potem w końcu podeszłam bliżej i usiadłam. 
— Ta... Proszę pana? Wszystko w porządku? — dobra, to było głupie. Przecież doskonale wiedziałam, że nic nie jest w porządku. 
Tata powoli podniósł głowę. Spojrzał na mnie nieprzytomnym wzrokiem, jakby zastanawiając się, czy nie jestem przypadkiem wytworem jego wyobraźni. 
— Ah, to ty — sarknął w końcu. — Przyszłaś w jakimś konkretnym celu? 
— Chciałam tylko sprawdzić, że wszystko u pana w porządku — wyjaśniłam cicho. Musiałam się bardzo starać, by zwracać się do niego per „pan”. — Ale widzę, że raczej nie jest. 
Zacisnął usta w wąską kreskę. Odwrócił wzrok, przeczesując palcami włosy. 
— Wszystko słyszałaś? 
— Większość. Ciężko było nie słyszeć. 
Znów przeczesał włosy. Prawie dosłownie widziałam obracające się w jego głowie trybiki. 
— Myślisz, że Timi i Manoline też słyszeli? 
— Raczej nie. Piętro jest dobrze wyciszony — uśmiechnęłam się z trudem. Jakby to było choć odrobinę pocieszające. 
Wiedziałam, że bardzo, bardzo chce w to wierzyć. Mimo wszystko dzieci nadal były najważniejsze. Nie powinny martwić się kłótniami rodziców. 
Przez kilka długich minut siedzieliśmy w zupełnie ciszy. Tata znów schował twarz w dłoniach. Jego plecy unosiły się co jakiś czas. Zawsze z trudem, powoli, jakby walczyły z jakimiś niewidzialnymi barierami. 
Intensywnie próbowałam wymyślić choć jedno zdanie. Chciałam porozmawiać, chciałam usłyszeć, co tak naprawdę czuje tata. Chciałam upewnić się, że nadal kocha mamę, że po prostu trochę się pogubił. Przecież miał tyle na głowie. A ludzie czasami się gubią. 
— Może mogę jakoś pomóc? — zasugerowała niepewnie. — Wiem, że mam tylko dwadzieścia lat, ale coś tam w życiu przeszłam. Do tego patrzę na sytuację z boku, jestem obiektywna. 
I po prostu chcę, żebyście się pogodzili — dodałam w myślach. 
— To nie takie proste. — Tata znów westchnął. 
— Jest szansa, że gdy się pan tym podzieli, to stanie się prostsze. 
Przecież sam mi to powtarzałeś. Za każdym razem, gdy miałam jakiś problem. Co dwie głowy to nie jedna. Mówiłeś to tak często już gdy byłam malutkim dzieckiem, że kiedyś narysowałem cię z dwiema głowami. Dzieciaki w przedszkolu miały niezły ubaw. 
— Może i masz racje. Tylko, czy w ogóle jest o czym rozmawiać? Zawaliłem i to na całej lini. Tak bardzo skupiłem się na chronieniu swoich bliskich, że zupełnie o nich zapomniałem.
Zmarszczyłam podejrzliwie brwi. Dlaczego tata wspominał o ochronie rodziny? Okej, był głową rodziny, to był jeden z jego obowiązków, ale bez przesady. Na pewno nie stanowił problemu, która prawie doprowadził do rozpadu małżeństwa. 
— Mógłby pan rozwinąć? — poprosiłam ostrożnie. 
— Nie bardzo — pokręcił głową. — Wiesz, że ktoś nam grozi, prawda? Wybite okno, te wszystkie wiadomości... One nie są przypadkowe. Piętnaście lat temu zrobiłem coś, co nie spodobało się kilku wpływowym osobom. Tym po ciemnej stronie mocy. 
— I teraz się mszczą? — jakoś niespecjalnie chciało mi się w to wierzyć. Tata i nielegalne działania? Jeszcze czego. Jeszcze powiedz ile , że Ziemia jest płaska i sterują nami ufoludki. 
— Jeden się mści. Uważa, że zniszczyłem mu życie. Okej, poniosło mnie. Ale sam zrobił coś, czego się nie wybacza! — Zacisnął wściekle pięści. Oddychał ciężko, w jego oczach pobłyskiwały rządzą mordu. 
— Co takiego? 
Chciałam wiedzieć, chciałam poznać szczegóły historii, którą przez lata ukrywali przed swoimi dziećmi. Niecierpliwie wpatrywałam się w ojca. Jak pięciolatka, której czyta bajkę na dobranoc. 
— I tak już za dużo powiedziałem. — Tata wyprostował się gwałtownie. — To sprawa między mną i tym człowiekiem. 
— A ma... znaczy pana żona wie? — zapytała, czując, że skacze mi ciśnienie. — Trudno opierać wspólne życie na kłamstwie. 
— Problem w tym, że okłamywałem ją przez ostatnie piętnaście lat. 
Zamarłam. Czy spodziewałam się usłyszeć coś podobnego? Nie, na pewno nie. Nie mógł okłamywać mamy. Byli przecież małżeństwem idealnym. Przez dobre czterdzieści lat. Kochali się. Wspierali. Kłócili, by zaraz pogodzić. Nie mieli przed sobą żadnych tajemnic. 
A przynajmniej tak mi się dotychczas wydawało. 
Tata przypatrywał mi się z zainteresowaniem. Chyba nie spodziewał się takiej reakcji po tak naprawdę zupełnie obcej dziewczynie. Musiałam wyglądać idiotycznie. Jakby ktoś przywalił mi patelnią w łeb. Mrugałam w zwolnionym tempie, to otwierając, to znów zamykając buzię. 
— Ale jak to? — wydukałem w końcu. — Jak można okłamywać kogoś przez tyle lat?! I to kogoś kogo podobno się kocha!
Okej, poniosło mnie. Nie powinnam krzyczeć. I gwałtownie podrywać się z ławki. I zaciskać wściekle pięści. I możliwe, że trochę przesadziłam z morderczym spojrzeniem.
Cóż, panowanie nad emocjami nigdy nie było moją mocną stroną. 
Westchnął głęboko. Znowu. Potarł palcami skroń. Nagle jakby postarzał się o dziesięć lat. Niepokojąco zaczął przypominać siebie z przyszłości. Z tych strasznych miesięcy, gdy świat był czarny. 
- To było dawno temu - mruknął. - Niewiele mogę ci powiedzieć. Wiesz, dla bezpieczeństwa wszystkich. Tak naprawdę nie wiedziałem, co robię. Byłem młody, głupi. Kierowały mną emocje. Jak najbardziej właściwe. Ale nie potrafiłem panować nad nimi wystarczająco, by nie wpakować się w kłopoty. Przez przypadek zadarłem z niewłaściwymi ludźmi. Myślałem, że udało mi się wykręcić, zatuszować sprawę, ale niestety nic nie trwa wiecznie. A są tacy, którzy nade wszystko przekładają zemstę. 
Przełknęłam głośno ślinę. Tata nie podawał szczegółów, ale oczami wyobraźni widziałam najgorsze sceny. Jak trafia na tajną organizację złoczyńców. Jak torturami wymuszają na nim milczenie. Jak z trudem udaje mu się uciec. Jak dzięki jego informacją, policja rozbija szajkę przemytników. Ale oni zaprzysięgają zemstę. 
Może tak naprawdę nie nazywałam się Pierrette Antiga? Może rodzice byli w programie ochrony świadków i całe moje życie było kłamstwem? 
Dobra, teraz to przesadziłam. 
— Ale dlaczego ma... pana żona o tym nie wiedziała? — zapytałam. — Przecież chodziło o jej bezpieczeństwo! 
Znów odwrócił wzrok. Widziałam jak bije się z myślami, jak rozważa wszystkie za i przeciw. Czy może mi zaufać? Czy nikomu nie powiem? 
— Nie chciałem jej martwić — szepnął. — Trochę... trochę już w życiu przeszliśmy. Znasz historię Nicolasa?*
Zawahałam się, ale twierdząco pokiwałam głową. Przecież mógł mi powiedzieć, prawda? Albo mogłam przeczytać w Internecie. 
Tu chyba powinnam się zatrzymać i wyjaśnić wam, nieokreślonym słuchaczom w mojej głowie, o co chodzi. W takim razie przygotujcie popcorn i paczkę chusteczek. Żebyście mieli w co wytrzeć ręce. Będzie nudno. 
Nico urodził się, gdy rodzice mieli nieco ponad dwadzieścia lat i nie byli jeszcze małżeństwem. Moja mama pochodzi z bogatej rodziny, ale jej rodzice zmarli, gdy była nastolatką. Trafiła pod opiekę ciotki, która chciała przejąć majątek. Ale na drodze stanął jej tata. Gdy dowiedziała się, że mama jest w ciąży uknuła chytry plan. Użyła wpływów i pieniędzy, by przekonać rodziców, że ich syn zmarł tuż po narodzinach. Prawdę wyjawiła dopiero po dwudziestu latach, na łożu śmierci. Rodzicom udało się odnaleźć Nicolasa i wszyscy żyli długo i szczęśliwie. 
Dobra, koniec wzruszających bajeczek. Czas wracać do rzeczywistości. 
— Coś tam słyszałam — przyznałam. — Ale co to ma wspólnego z groźbami? 
— Teoretycznie nic. Ale zaraz po tym jak się pobraliśmy, zaczęliśmy starania o kolejne dziecka. Tylko, że... no nie bardzo nam szło. — Z zakłopotaniem podrapał się po głowie. 
Mimowolnie parsknęłam śmiechem. Tata spojrzał na mnie jak na wariatkę (super), więc momentalnie spoważniałam. 
— Przepraszam. 
Ale tak, to było śmieszne. Wiecie dlaczego? Bo ja i Walt byliśmy wpadką. I to tak jaką stąd do Australii i powrotem. Rodzice mieli po czterdzieści dwa lata, nastoletnie dzieci i zdecydowanie nie planowali kolejnych. A tu nagle, bum! Bliźniaki!
Fajną mam rodzinkę, co nie? 
— Stephanie bardzo to przeżywała — kontynuował tata. — Nie chciałem jej dodatkowo martwić. Pomógł mi mój młodszy brat. Wszystko zatuszował i byłem przekonany, że mam spokój. Ale to wybite okno... i kolejne wiadomości... Wszystko wróciło. — Schował twarz w dłoniach, jego ciałem wstrząsnęły dreszcze. 
Przygryzłam nerwowo wargę. Co miałam zrobić? Miałam przed sobą roztrzęsionego, dorosłego mężczyznę, który był bliski rozpłakania się jak małe dziecko. Czy ja wyglądam na wykwalifikowanego psychologa?
Po chwili wachania, ostrożnie położyłam dłoń na plecach taty. 
— Może jeszcze jest nadzieja... 
— Nie rozumiesz. — Pokręcił stanowczo głową. — Tak bardzo starałem się chronić moją rodzinę, że kompletnie ją zaniedbałem. I nie chodzi tylko o groźby. Słyszałaś, co powiedziała Stephanie — myśli, że ją zdradzam. A Amelia... ja po prostu staram sie być miły. Muszę być. Próbuję jakoś zachować posadę. Mam nadzieję, że jeszcze przekonam zarząd. A Piotrek uwielbia Amelia. Nie chcę wyrywać dzieciaków z środowiska, które znają. Znienawidzą mnie jeśli będziemy musieli opuścić Polskę. Są tu od zawsze. Choć na razie wygląda na to, że nasz świat i tak się rozpada. 
Ze zrozumieniem pokiwałam głową. Mama poświęciła dla rodziny swoją własną karierę, a tata robił wszystko, by tego nie zepsuć. Niestety pogubił się. 
— Przecież jeszcze nie wszystko stracone! —  zaoponowałam.    
— Naprawdę? — prychnął. — Stephanie uważa, że ją zdradzam, a przynajmniej okłamuję. Cokolwiek teraz nie zrobię i tak mi nie uwierzy. Przestała mi ufać i wcale jej się nie dziwię. 
— Więc zamierza pan tak dalej siedzieć i użalać się się nad sobą? — z trudem panowałam nad wściekłością. — Ktoś wysyła pańskiej żonie romantyczne liściki, a pan nawet nie jest zazdrosny?!
— Oczywiście, że jestem! — poderwał się z ławki. — Jestem zazdrosny jak cholera! Gdyby tylko dorwał faceta, który przystawia się do Stephanie, do mojej Stephanie, to od razu by w pysk dostał. 
— Więc w czym problem? Niech pan weźmie się w garść i odzyska względy żony. Odrobina romantyzmu jeszcze nikomu nie zaszkodziła. Kwiaty, jakaś kolacja. 
— Naprawdę nie widziałaś jak uśmiechała się Stephanie, gdy czytała liścik? Jak się rumieniła? Już nie pamiętam kiedy reagowała tak w mojej obecności. 
Schował ręce do kieszeni. Chciałam coś powiedzieć, jakoś go pocieszyć, ale wiedziałam, że to i tak nic nie da. List przynajmniej w pewnej kwestii odniósł sukces — mama nie była zła, gdy go przeczytała. Wręcz przeciwnie, nagle jakby polepszyło jej się samopoczucie. Jakby na moment znów uwierzyła w siebie. 
— Ale przecież jest jeszcze...
— Jest jeszcze szansa? Może i tak. Nawet nie wiesz, jak bardzo chciałbym coś zrobi. Jak bardzo chciałbym ratować nasze małżeństwo. Ale boję się — westchnął głęboko. — Boje się, że już nie ma co ratować. — Powiedział, a potem odwrócił się na pięcie i po prostu odszedł. 
A ja nadal stałam jak idiotka, zastanawiając się, czy przypadkiem całe moje życie nie było kłamstwem. 

Modena, 5 marca 2039

Czy wspominałem już kiedyś, że nie cierpię latać samolotami? Nie? W takim razie teraz już wiecie. To taka niechęć zapisana w genach. Jak ma się dwa metry wzrostu, to w niewielu środkach transportu możesz sobie wygodnie usiąść. A nawet jeśli jakimś cudem znajdzie się miejsce na nogi, to i tak musisz przywalić łbem w sufit. 
Dlatego, gdy zacząłem się budzić, byłem przekonany, że jestem w samolocie. 
Przede wszystkim powietrze było suche i zimne. Jednostajny szum drażnił nadwrażliwe bębenki. Próbowałem poruszyć zdrętwiałymi nogami, ale to wywołało tylko kolejną fale tępego bólu. Powoli uchyliłem powiek, psychicznie przygotowując się na falę ostrego światła. 
Nic takiego się jednak nie stało. Gdy w końcu otworzyłem oczy nadal otaczała mnie ciemność. Nie aż tak nieprzenikniona, ale nadal ciemność. 
Dopiero, gdy mój wzrok zaczął się przyzwyczajać, zrozumiałem, że nie jestem w samolocie. Siedziałem w niedużym, pomalowanym na szaro pomieszczeniu, przywiązany do drewnianego krzesła. Obok powoli budzili się Zan i Aisha. 
— Gdzie... gdzie jesteśmy? — wycharczał. — I co w ogóle się stało? 
— Chyba znów wpakowałem nas w kłopoty — burknąłem. Powoli zaczynałem przypominać sobie ostatnie wydarzenia. Ciężko mi było jednak powiedzieć, kiedy do nich doszło. W pokoju nie było żadnych okien. Jedynie pod sufitem słabo migała pojedyncza żarówka. 
— Naprawdę przywiązali nas do krzeseł — parsknął Zan. — Jak w kiepskim amerykańskim filmie. 
— Cóż, stare metody potrafią być najskuteczniejsze. 
Jednocześnie odwróciliśmy głowy. W drzwiach stał niski, pulchny mężczyzna w spranych dżinsach i zupełnie zwyczajnej, zielonej koszuli. Czarne, przylizane włosy i śniada cera wskazywały, że najprawdopodobniej jest miejscowym. 
Zresztą, jakie to miało znaczenie. I tak mieliśmy totalnie przerąbane. 
— Kim jesteś? — wycharczałem. — I czego od nas chcesz? 
Mężczyzna spojrzał na mnie z zaciekawieniem. Przez chwilę przypatrywał mi się tak, jakbym był wyjątkowo ciekawym okazem w Zoo. W końcu jednak po prostu wybuchnął głośnym śmiechem. 
— To bardzo ciekawe, bo chciałem zadać dokładnie to samo pytanie. — Dopiero teraz zauważyłem, że pod ścianą stoi jeszcze jedno krzesło. Usiadł na nim, założył nogę na nogę i uśmiechnął się chytrze. — Może zaczniemy od przedstawienia. Możecie mówić mi Zachary. Miło mi was poznać. Teraz wasza kolej. 
Wymieniliśmy zaskoczone spojrzenia. Zrobiło się dziwnie. Nawet bardzo dziwnie, choć jeszcze nie dawno wydawało nam się, że dziwniej być nie może. Facet, który najprawdopodobniej odpowiedzialny był za nasze porwanie, tak po prostu siedział przed nami. I twierdził, że możemy mówić do niego Zachary. Oczywiście byliśmy pewni, że to nie jest jego prawdziwe imię. Mafiosi nie zdradzają swoich prawdziwych imion. 
— Pewnie wiesz kim jesteśmy — powiedziałem ostrożnie. — W końcu nas porwałeś. 
— Cóż, wiem jak się nazywacie — przyznał. — Walt, Aisha i Zan. Ładne imiona. Wasi rodzice mieli dobry gust. Choć zastanawia mnie, skąd wziął się Walter. To raczej nie jest typowo francuskie imię. 
Wzruszyłem tylko ramionami. Mama nigdy nie wyjaśniła dlaczego wybrała takie, a nie inne imię Nie było ani dziwne, ani nie oznaczało czegoś wyjątkowego, więc całkiem je lubiłem. Szczególnie, że podobno równie dobrze mogłem być Cedrickiem albo Benedyktem. 
O nie, zdecydowanie Walter był lepszy. 
— Czy możemy przejść do konkretów? — warknęła Aisha. — Dlaczego nas uprowadziłeś? Jesteś szefem mafii? Albo przynajmniej jakiejś jej komórki? Ci idioci z policji myśleli, że dla was pracujemy. Wszystko super, szczególnie, że do wczoraj nawet nie wiedzieliśmy, że istniejecie!
Zachary zmarszczył ze zdziwieniem brwi. ( Zachary? Zack? Czy mogę nazywać złoczyńców zdrobnieniami? Wiecie, Volduś, Dundek czy coś podobnego).
— Cóź, to oczywiste, że nie pracujecie dla nas — powiedział w końcu. — Przecież chcieliście się włamać do naszej... hm... siedziby. — Uśmiechnął się kpiąco. — Jestem stanowczym szefem, ale znam wszystkich swoich pracowników. 
W to akurat łatwo mogłem uwierzyć. Bez problemu wyobraziłem sobie, jak monitoruje podwładnych, by zareagować, gdy tylko któryś coś przeskrobie. Pewnie znał mnóstwo mnie lub bardziej przekonywujących kar. 
— Dobra, za nim przejdziemy do dalszej części, wyjaśnijmy coś — pałeczkę przejęła Aisha. Determinacja na jej twarzy była wręcz namacalna. Chciała jak najszybciej wyciągnąć nas z tego bagna. — Nie wiedzieliśmy, gdzie się włamujemy. Zresztą ciężko to nawet nazwać włamaniem. Jaki szanujący się mafios zamyka drzwi tylko na drucik? Dzieci w przedszkolu wiedzą, że potrzebny jest przynajmniej pożądny zamek. Przecież to podstawa!
— Aisha! — syknąłem ostrzegawczo, ale w odpowiedzi dziewczyna tylko rzuciła mi mordercze spojrzenie. 
No to już byliśmy martwi. Przecież ona otwarcie kpi z Zacka. Ze złoczyńczy! Bardzo, bardzo złego złoczyńczy! Faceta, który mógł bez problemu ukrócić nasz ciężki żywot na tym świecie. A wierzcie mi lub nie, wbrew pozorom ceniłem sobie egzystencje jako taką. Szczególnie, gdy ograniczała się do leżenia w łóżku. Oczywiście w towarzystwie Julci. 
— Oh, dajcie spokój. — Zachary machnął lekceważąco ręką. — Skoro nie wiedzieliście, gdzie się włamujecie, to skąd mieliście adres? Po prostu byliście na spacerze?
— Dobra, to jest trochę bardziej skomplikowane — skrzywiłem się z zakłopotaniem. — Szukaliśmy kogoś. To stary... przyjaciel rodziny. Adres znaleźliśmy przez przypadek. Nie wiedzieliśmy, że ma coś wspólnego z „wami”. — W ostatniej chwili powstrzymałem się przed użyciem słowa mafia. Może wcale nią nie byli? Może tak naprawdę stanowili tajne stowarzyszenie miłośników różowych króliczków zombie? Przecież nie należy oceniać ludzi po pozorach.
— A cóż takiego ten przyjaciel rodziny zrobił, że go szukacie? — Zachary nie wyglądał na specjalnie przekonanego. Wręcz przeciwnie, wyglądało, że nieźle się bawi, przekonany, że próbujemy wywinąć się od kary. 
— No właśnie nie wiemy — burknąłem. Wodząc wzrokiem po pomieszczeniu, próbowałem wymyślić plan ucieczki. Ba, miałem ich nawet kilka, ale wszystkie kończyły się śmiercią w męczarniach. 
— Nie wiecie? 
— Dlatego właśnie go szukamy — wyjaśniła Aisha. Chyba również zaczynała tracić cierpliwość. Nie żebym się jej dziwił. Zachary wydawał się nie pojmować najprostszego z najprostszych przekazów. Byliśmy niewinni. To, grupka zagubionych dzieciaków, która znalazła się w nieodpowiednim miejscu w nieodpowiednim czasie. Byliśmy skłonni obiecać, że nikomu o niczym nie powiemy ( zresztą i tak by nie uwierzyli). Chcieliśmy tylko odzyskać wolność. 
I może przy okazji usłyszeć kilka słów o Mario. 
— Powiedzmy, że człowiek, którego szukamy może mieć coś wspólnego z faktem, że moja siostra znajduje się na skraju życia i śmierci — powiedziałem ostrożnie. — Lekarze nie wiedzą, co jej dolega, a my bardzo, bardzo chcemy się dowiedzieć. Tamten adres był naszym jedynym tropem. 
— Naprawdę nie wiedzieliśmy, że pakujemy się na wasze tereny — przytaknął Zan. 
— Więc dlaczego uciekaliście? 
— Bo goniło nas dwóch, napakowanych goryli z mordem w oczach! Kto by nie uciekał!
— Cóż, uciekać mogą różne osoby — złoczyńca uśmiechnął się chytrze.— Na przykład członkowie konkurencyjnej... hm... organizacji. Wielu ludzi tylko czeka na odpowiedni moment, by przejąć mój mały biznesie. — Czule pogłaskał złoty zegarek na nadgarstku. 
Mały biznes? A jestem królową Anglii? 
— Tia, ale my nimi zdecydowanie nie jesteśmy — prychnąłem. — Serio, mamy głęboko gdzieś czym się zajmujesz i ile zarabiasz. Możesz nawet zawodowo tańczyć makarenę na pokazach w przedszkolach, ale wiesz co? Niewiele mnie to obchodzi. 
Zachary zmierzył mnie zaciekawionymi spojrzeniem. Wyglądał tak, jakby myślał nad czymś bardzo, bardzo intensywnie. 
— Ciekawe, bardzo ciekawe - w zamyśleniu podrapał się po głowie. — Może jednak zamiast raczyć mnie zmyślnymi bajeczkami. Powiecie w końcu prawdę? To naprawdę nie boli. - Uśmiechnął się krzywo. 
Jęknąłem w duchu. Oczywiście, że nam nie wierzył. Oni co do zasady nie wierzyli nikomu. Pewnie za chwilę wpadnie tu kilku osiłków i zaczną wymuszać zeznania siłą. 
— Przecież  właśnie panu powiedzieliśmy! — Zan zaczął panikować. Byłem przekonany, że zaraz wpadnie w histerię. Co byłoby bardzo, bardzo w jego stylu. 
Dobra, Walt musisz ruszyć mózgiem. Ostatnią rzeczą, której potrzebowaliśmy był rozhisteryzowany Zan. Serio, czasami zastanawiałem się, ile ma lat. Dobrze, że zawsze miał obok siebie Aishę, która wykazywała się wyjątkowym talentem do kontrolowania facetów. I w takich momentach jak ten naprawdę zaczynałem to doceniać. Zresztą, tak jak z każdą kolejną minutą coraz bardziej doceniałem samą Aishę.
Która oczywiście i tym razem skorzystała ze swoich umiejętności. Z gracją kopnęła Zana w kostkę, a potem posłała mu jedno ze swoich najbardziej morderczych spojrzeń.
— Jeszcze jedno słowo i wypcham tobą wielbłądy w salonie taty — wycharczała po francusku. 
Zapamiętać — omijać szerokim łukiem wszystkie wielbłądy. 
— W takim razie uważasz, że wysłali nas twoi przeciwnicy, tak? — prychnąłem kpiąco. — Są aż tak słabi, czy ty aż tak głupi, że dałeś się podejść bandzie dzieciaków?
Okej, to było trochę głupie. Nawet bardzo głupie. Prowokowanie faceta, który w każdej chwili mógł nas zabić. Nie ma co, popisałem się wyjątkową inteligencją. 
Ale prawda była taka, że cała sytuacja naprawdę zaczynała mnie irytować. Sznury wrzynały mi się w nadgarstek, odcinając krew od złamanego palca. Gdzieś z tyłu głowy pojawił się irracjonalny strach, że go stracę. I będę musiał zrezygnować z koszykówki. I co wtedy zrobię z życiem? 
Ah tak, zostanę modelem. Już dawno to z Julcią ustaliliśmy. 
Cholera, zabiłaby mnie, gdyby dowiedziała się o czym myślę w chwili zagrożenia życia. 
Choć z drugiej strony myślę o niej. To chyba dobrze, prawda? 
Skup się, Walt! Bo jak tak dalej pójdzie, to w dupę będziesz sobie mógł wsadzić wszystkie plany. 
— Cóż, moi przeciwnicy potrafią być naprawdę chytrzy — przyznał Zachary. — A wy wyglądaliście wyjątkowo podejrzanie. Niedość, że znaliście adres, to wasza ucieczka zakończyła się spektakularnym złapaniem przez policję. To chyba dobitnie świadczy o tym, że macie sporo za uszami. — Znów uśmiechnął się chytrze. 
— Niby co takiego mielibyśmy zrobić? — prychnęła Aisha. 
— Oh, wiele rzeczy — lekceważąco machnął ręką. — Mogliście na przykład chcieć mnie okraść. 
— Jasne… 
— Albo donieść szanownemu państwu o kilku interesach, które prowadzę. 
— To akurat z chęcią. 
— Lub też po prostu zdemolować tamtą jakże uroczą kamieniczkę. 
— Już i tak była wystarczająco zdemolowana. 
— W każdym razie nie mogłem pozwolić byście tak po prostu pałętali się po świecie. Nie dość, że coś knujecie, to już i tak za dużo widzieliście. 
Jęknąłem w myślach. Czyli jesteśmy martwi. Pa pa, świecie, miło było, ale się skończyło. 
Ciekawe jaką będę mieć trumnę? I czy Julcia zgodzi się na postawienie kopi Wenus z Milo jako nagrobka? 
I w tym momencie w moim mózgu coś zaskoczyło. Kliknęła nieużywana od lat przełączka. Ta, o której próbowałem zapomnieć. Ta, która przez trzy lata zdążyła pokryć się kurzem i pajęczynami zużytych neuronów. Ta, która po śmierci mamy odpowiedzialna była za rozpacz. Za załamanie. Za żal. 
Wtedy musiałem się tego pozbyć. Teraz tłumiona przez tyle lat wściekłość pojawiła się z zdwojoną siłą. Nie mogłem umrzeć. Nie mogłem pozwolić, by tata znów cierpiał. Nie mogłem by stracił i mnie i Pierrette. Nie zasługiwał na to. 
Nie mogłem zostawić Julci.
— Szukamy tylko Mario Quilliana! — wybuchłem, podrywając się na równe nogi. Jakimś cudem napiąłem mięśnie tak mocno, że sznury u nóg pękły. Dyszałem ciężko, próbując to samo zrobić z dłońmi. Niestety moje wysiłki okazały się próżne. Nadal byłem przywiązany do krzesła, choć przynajmniej mogłem już stać. Bardzo pocieszające to to nie było. Musiałem wyglądać śmiesznie. Jak wściekły byczek, któremu przyklejono coś do karku. 
Ale przynajmniej złoczyńca zamarł. Przez moment wydawało się, że coś sobie przypomniał. Jakby nazwisko przypadkowego Włocha, przywołało jakieś odległe wspomnienia. 
Zaraz jednak to zniknęło. 
— Może jednak usiądziesz, chłopcze — poprosił cicho. 
Z rezygnacją wykonałem polecenie. Co innego mógłbym zrobić? 
— Naprawdę szukacie Quilliana? — zapytał, w zamyśleniu głaszcząc się po nadgarstku. 
Wymieniłem z Aishą zaskoczone spojrzenia. Czyżbyśmy przez przypadek znaleźli coś ciekawego?
— Pan… pan go zna? — wydukałem ostrożnie. Wolałem nie ryzykować podrażnienia mafioza. Jednocześnie jednak jeśli wiedział coś na temat stanu Pretty, to musiałem się dowiedzieć, co to było. 
— Cóż, można tak powiedzieć. — Zachary przygryzł wargę. Zastanawiał się pewnie, ile tak naprawdę może nam powiedzieć. — Kiedyś dla mnie pracował. Wiele, wiele lat temu. Nie był nikim ważnym, ale wpakował się w kłopoty, które mogły zaszkodzić całemu interesowi. Więc się go pozbyliśmy. 
— Zabiliście go! — krzyknąłem za nim zdążyłem ugryźć się w język. 
— Oh, oczywiście, że nie. — Zack wydawał się wręcz urażony takimi insynuacjami. — W ten sposób pozbywamy się tylko ludzi, którzy naprawdę coś wiedzą. A Mario był… głupkiem. Tak po prostu. Pozwoliliśmy, by zajęły się nim władze. 
— Nie bałeś się, że cię zdradzi? — zapytała Aisha. Na jej twarzy malowało się coś, co można było uznać za zainteresowanie. W ogóle nie wydawała się być przerażona całą sytuacją. 
— Nawet nie wiedział o moim istnieniu. Był dżdżownicą w łańcuchu pokarmowym. O tym, że w ogóle dla mnie pracuje dowiedziałem się, gdy dorwał go wymiar teoretycznej sprawiedliwości. Okazało się, że ma więcej za uszami niż się spodziewaliśmy. 
Powoli pokiwałem głową. Mój mózg znów pracował na podwyższonych obrotach. Potwierdziło się, że Mario pracował dla mafii i że zrobił coś, za co trafił za kratki. W to coś zamieszony był również mój ojciec. Ale jakoś ciężko było mi uwierzyć, że tata również mieszał się w ciemne interesy. 
— Mówi ci coś nazwisko Antiga? —rzuciłem, za nim zdałem sobie sprawę jak idiotyczne to było pytanie. 
— Oczywiście. — Zachary spojrzał na mnie pobłażliwie. — Przecież wiem, kogo wierzę. 
— Ale nie spotkałeś się z nim wcześniej?
— Nie przypominam sobie. 
Westchnąłem z ulgą. Tata nie był zły. Przynajmniej to sobie wyjaśniliśmy. 
— Czyli szukaliście Quilliana, tak? — Mafioz wrócił do tematu. — Bo podobno ma związek z jakąś rodziną sprawą? 
— To długa historia — westchnąłem. — Moja siostra znalazła się ostatnio w ciężkim stanie. Nikt nie wie co jej jest. Udało nam się dowiedzieć, że Mario mógł mieć na pieńku z moim ojcem. 
— I myślicie, że jest odpowiedzialny za stan twojej siostry tak? — Zack zachowywał się tak, jakby z trudem powstrzymywał się przed wybuchnięciem śmiechem,
— To nasza jedyna wskazówka — burknąłem. — Ostatnia deska ratunku. 
Zmarszczył podejrzliwie brwi. Wstał i zaczął chodzić w kółko po celi. W napięciu oczekiwaliśmy, co powie. Gdzieś w głębi duszy miałem nadzieję, że nam pomoże. A przynajmniej nie postanowi się nas pozbyć. Już to wiele by ułatwiało. 
— Nie mogę was teraz wypuścić — warknął. — Za dużo wiecie. 
— Przecież nikomu nie powiemy! — zapewnił szybko Zan. — Proszę nam zaufać, będziemy milczeć jak zaklęci. 
— Zresztą i tak nikt nam nie uwierzy — dodała Aisha. — Nie znamy żadnych adresów, nazwisk, a imię i tak podałeś nam fałszywe. 
— Po za tym nie chcemy się w nic mieszać — dokończyłem. — To zabawa wasza i włoskiej policji. My podziękujemy. 
Oczywiście Zachary nam nie uwierzył. Zresztą nikt by nie uwierzył. Prychnął tylko kpiąco, jakby znów usłyszał bajeczkę dla małych dzieci. 
Zaraz, ale przecież mogłem zrobić jeszcze jedno. Byłem Walterem Antigą. Nadzieją francuskiej siatkówki. Już zarabiałem pieniądze, które większość ludzi nawet nie potrafiła sobie wyobrazić. Powoli budowałem sieć wpływów i kontaktów. 
— Czego chcesz w zamian za wypuszczenie? — zapytałem buńczucznie. — Pieniędzy? Sławy?  A może nowego życia? Na rajskiej wyspie, z fałszywymi dokumentami. Mów, a ja postaram ci się to zaoferować. 
Przez cały czas spoglądałem to na mężczyznę to znów na Aishę. Dziewczyna rozważała wszystkie wady i zalety mojej taktyki. Mogła się dołączyć. Z wpływami ojca mogłaby bez problemu załatwić mafiozowi nową tożsamość. 
— Oh, a więc teraz ubijamy interes? — Zachwycony Zack aż przyklasnął. — Cóż niestety muszę was zmartwić. Moje życie jest piękne! Niczego nie potrzebuję? 
— Nawet odrobiny świętego spokoju? — w mojej głowie zaczął układać się chytry plan. Oczywiście niezgodny z prawem, ale hej, kto by się tym martwił. — Co być powiedział, gdybyśmy zawarli umowę. Przez następny rok będziemy zostawiać fałszywe tropy dla policji. Zajęci nie będą cię niepokoić. 
— Wiesz jak się nazywamy — wtrąciła Aisha. — Zapewne wiesz o nas wszystko. Jeśli tylko złamiemy umowę będziesz mógł nas zabić. Proste, co nie? 
— Że niby mam wam zaufać? 
— W każdej chwili możesz nam ukręcić łby. To chyba wystarczające zabezpieczenie. 
Zachary myślał intensywnie. Czy się wahał? Czy złoczyńczy w ogóle mogą się wahać? Albo mieć dobre serce? W końcu są złoczyńcami. To mówi samo za siebie. 
Ale chyba mieliśmy szczęście, bo Zack w końcu ściągnął usta w wąską kreskę i bardzo powoli pokiwał głową. 
— Nie ukrywam, że znudziło mi się ciągłe ukrócanie życia — przyznał. — A utrzymanie was tutaj mogłoby być kosztowne. Dlatego z bolącym sercem muszę was wypuść. — Chwycił się za koszulę na piersi, udając, że szlocha. 
Moja szczęka z hukiem wylądowała na podłodze. Wpatrywałem się w Zacharego szeroko otwartymi oczami, zastanawiając się, czy przypadkiem się nie przesłyszałem. 
Chwilę zajęło nim otrząsnąłem się z szoku. Spojrzałem na Aishę, a potem na Zana. Ona wydawała się nie do końca ufać mafiozowi ( pf, kto by mu ufał?!), za to w Zana wstąpiła jakaś nowa dawka optymizmu. Szczerzył się głupkowato i próbował wyswobodzić się z więzów. 
— Tak po prostu nasz wypuścisz? — dopytałem na wszelki wypadek.
— No może nie do końca. Najpierw coś wam dam. — Wyjął z kieszeni zmiętą chusteczkę i długopis. Napisał coś, a potem położył mi chustkę na kolanach. — To adres przyjaciela Quilliana. A przynajmniej człowieka, który kiedyś za jego przyjaciela się podawał. Może do czegoś się przyda — powiedział, a potem wyminął nas i po prostu wyszedł. 
Chwilę później w pokoju pojawili się ci sami faceci, którzy wcześniej nas złapali. Bez słowa rozwiązali nam ręce i nogi po czym kazali iść. Przez kilka minut eskortowali nas wąskimi, zimnymi korytarzami, by w końcu wypchać za stare drzwi. 
Niespodziewanie znaleźliśmy się na ulicy. Zimne, nocne powietrze momentalnie spowodowało dreszcze. Spojrzałem w niebo, na pojedyncze gwiazdy przebijające się przez miejskie światła. 
— Chyba się udało — szepnąłem. — Naprawdę nam się udało. 
— Ale to jeszcze nie koniec — westchnęła Aisha. — Pierrette nadal jest nieprzytomna. Nadal musimy ją uratować. 
Zacisnąłem palce na chusteczce. Jeszcze była nadzieja. 


Przedstawiam rozdział trzynasty, otwarcie mówiąc, że jest dziwny. Dlaczego? Od samego początku ciężko mi się go pisało. Nie mogłam skupić myśli i jakoś tak wysilałam się przy każdym zdaniu. Do tego kończyłam go dzisiaj. A dziś jest czarny dzień dla siatkówki. Dziś zmarł Miguel Falasca, były zawodnik i trener bełchatowskiej SKRY, niesamowity człowiek i przyjaciel Stephana. Dziś ciężko jest myśleć o czymkolwiek. 

Trenerze! Żałuję, że nie zostanie Pan już bohaterem kolejnego opowiadania!


Finał MŚ 2014 
Miguel i Stephane

12 komentarzy:

  1. Cóż, pomysł z listem miłosnym, a samo napisanie go, to są dwie różne rzeczy. Tym bardziej, jeśli trzeba wczuć się w cichego wielbiciela własnej matki ^^ Uważam, że Pretty poradziła sobie z tym genialne, a sama reakcja rodziców była tego potwierdzeniem :) Oczywiście wiadomym było że tak od razu Stephan nie zamieni się w rycerza w srebrnej zbroi. Podejrzewałam, że skończy się to jedną wielką awanturą. Ale! To tylko potwierdza, że nadal bardzo kocha swoją żonę i jest o nią bardzo zazdrosny. Zależy im na sobie nadal, stąd ta kłótnia! Mam nadzieję, że rozmowa z Pretty zmobilizuje go do ratowania małżeństwa. Bo jest o co walczyć! Nie można poddawać się na starcie, bo wiele można stracić. A jestem pewna, że pan Antiga do słabych ludzi nie należy. Jest on po prostu bardzo miły i szanuje ludzi, co często jest przez nich wykorzystywane. Amelia jest tego idealnym przykładem. Tak jak podejrzewałam, jego zachowanie ma związek z utrzymaniem stanowiska i dobrych relacji z zarządem klubu. Robi to wszystko dla rodziny, ale krok po kroku ładuje się w co raz większe kłopoty. I jakby kłopotów zawodowych było mało, jego przeszłość postanowiła go "odwiedzić" i zastraszyć. Pretty ma rację. Nie może on ukrywać prawdy przed Stephanie, chociażby była ona straszna. Jestem pewna, że otrzymałby od żony ogromne wsparcie, mimo okłamywania jej przez tyle lat.
    Przez Ciebie mam ochotę na hot-doga ^^
    Przygoda Walta i jego kompanów zakończyła się happy endem. Były momenty strachu oraz niepewności, ale na całe szczęście "boss" postanowił darować im życie. Szczerze mówiąc, wcale nie dziwię się, że nie chciał im początkowo uwierzyć. Na pewno nie raz "przesłuchiwał" niewinne osoby, które okazały się mieć sporo za uszami. Jednak determinacja Walta sprawiła, że zmienił on zdanie i na dodatek podarował im kolejny trop. Jestem strasznie ciekawa czy Mario na prawdę ma coś wspólnego ze stanem Pretty. Szczerze mówiąc, na ten moment nie mam pomysły na to, kto jest odpowiedzialny za to wszystko. Bo jakoś nie chce mi się wierzyć w działalność kosmosu i innych nadprzyrodzonych rzeczy, ale kto wie :D Nie mogę się doczekać kiedy ta tajemnica zostanie wyjaśniona. Tak jak i przeszłość Stephana! ^^
    PS. Śniło mi się dzisiaj, że Stephan znów był trenerem Reprezentacji ^^ zaglądam do Ciebie, a tu nowość. Widać dostałam od niego "powiadomienie" xD

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ostatnio ktoś mi powiedział, że pisanie takich listów to najgorsza rzecz pod słońcem. Bo chciałoby się powiedzieć tyle rzeczy, a cokolwiek by się nie napisało, to i tak brzmi głupio.
      A co do tego, kto jest odpowiedzialny za całe zamieszanie, to w końcu to wyjaśnię. Ale jednak będę musiała nagiąć trochę czasoprzestrzeń ;)
      Sny potrafią być prorocze!
      Pozdrawiam
      Violin

      Usuń
  2. Nie dziwię się Polly, że miała mały kłopot z napisaniem miłosnego listu... do własnej matki. Ciężko jest usiąść i prawić komplementy tak bliskiej osobie, a to wszystko po to, żeby tata poczuł się zazdrosny. Jednak dała radę i jej pomysł poskutkował. Stephane wybuchł niczym wulkan czym zaskoczył wszystkich, ale pokazał, że nie jest mu obojętny ten list. Dobrze, że dziewczyna wyszła za nim i trochę pogadali, ponieważ dzięki temu mogliśmy dowiedzieć się czegoś więcej. Szkoda tylko, że przez tyle lat Antiga dźwiga na swoich barkach tajemnicę przez którą teraz jego małżeństwo wisi na włosku. Moim zdaniem powinien porozmawiać z żoną i chociaż częściowo wtajemniczyć ją w sprawę, a na pewno ona poczuje się lepiej wiedząc dlaczego jej mąż zachowuje się tak, a nie inaczej.
    Całe szczęście, że naszym trzem agentom udało się wyjść cało ze spotkania z bossem włoskiej mafii. Jestem ciekawa czy dowiedzą się czegoś po dotarciu na otrzymamy adres i przede wszystkim czy kogoś tam zastaną, w końcu minęło kilka ładnych lat i równie dobrze ten cały "przyjaciel" Mario może tam nie mieszkać, a nawet nie żyć.

    Do następnego!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tajemnice Stephana to coś, co już dawno chciałam umieścić w opowiadaniu. Ale na wyjaśnienia jeszcze przyjdzie czas.
      Bardzo dziękuję za komentarz!
      Pozdrawiam
      Violin

      Usuń
    2. Powiadamiam zgodnie z prośbą o nowym rozdziale.

      Pozdrawiam.

      Usuń
  3. Może Polly z braciszkiem chcieli dobrze. Skoro ta głupia Amelcia może robić takie brudy w życiu Antigów i tak przymilać się do trenera, to jego żona też może mieć cichego wielbiciela <3 Szkoda, że nie było zwykłej zazdrości, ale awantura całego wieku... Mam chociaż nadzieję, że ta panienka, którą odwiedzili w ostatnim czasie świetni hydraulicy, miała najlepszą kąpiel w swoim życiu :D Boję się tych tajemnic Stephana, ale co ma być to będzie :c Ale stracha się najadłam, bo przygoda Walta i jego znajomych w niektórych momentach nie należała do najlepszych. Brałam pod uwagę wszystkie, czarne scenariusze... Jak widać dla uratowania siostrzyczki, zrobi wszystko, więc taki braciszek to skarb <3 Na szczęście też mam takiego, dlatego nasza bohaterka ma ogromne szczęście <3 Ach no i Mati, zapomniałabym. Skradnie jej serducho na 100%. Już pewnie je skradł, więc będą wspaniałą parką <3 I najmocniej przepraszam, że mnie nie było, ale chociaż są wakacje, to mam wiele obowiązków. Zaplanowałam sobie zbyt wiele xD No i moje serduszko też pękło, kiedy dowiedziałam się o śmierci Miguela </3 Nie mogę dalej się z tym pogodzić... Czekam na więcej i serdecznie pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że wróciłaś 😁
      Cóż, mam wrażenie, że zachowanie Stephana w tym opowiadaniu jest mał logiczne. Ale o to trochę mi chodziło. W końcu nikt nie jest idealny, prawda?
      Miguel... mamy wtorek, a do mnie nadal to nie dociera. Szczególnie teraz, gdy wychodzi, że problemy z serce wykryli u niego jeszcze gdy był siatkarzem.
      Bardzo dziękuję za komnetarz!
      Pozdrawiam
      Violin

      Usuń
  4. Pomysł z tajemniczym wielbicielem wydawał się być dobrym posunięciem, przynajmniej do momentu wdrożenia go w życie, gdzie już na starcie pojawiły się spore problemy z jego realizacją.
    Nic dziwnego, że Pierette miała spore problemy z napisaniem tego listu. Nie dość, że miała wcielić się w jakiegoś podrabianego Romeo, to jeszcze jego adresatem była jej mama. Nicolas także nie wykazał chęci pomocy w tej kwestii, mimo wszystko dziewczyna świetnie sobie poradziła z tym zadaniem. List naprawdę był ładny i musiał wywrzeć jakieś wrażenie na Stephanie.
    Może Ivy w końcu doceniłaby starania Pierette i zdradziła jej jakieś większe szczegóły całego tego zamieszania z podróżami w czasie? Niewątpliwie bardzo by się to przydało.
    Nieoczekiwany list wywołał ogromne zamieszanie w domu państwa Antiga. Stephane wprost kipiał z zazdrości i złości na wieść, że jego żoną zainteresowany jest inny mężczyzna... Szkoda tylko, że zamiast to na spokojnie jej wytłumaczyć, to wywołał awanturę stulecia, w której nie przebierali w słowach, a potem po prostu wyszedł. W taki sposób na pewno nie naprawi swoich relacji ze Stephanie. Między nimi potrzebna jest długa i szczera rozmowa. W innym przypadku nie ma co liczyć, że w ich małżeństwie wszytko wróci do normy.
    Stephane jednak broni się przed tym, jak tylko może. Bojąc się powiedzieć Stephanie o wydarzeniach z przeszłości, które teraz niszczą cały spokój rodziny. Co też takiego on mógł zrobić?
    Jedynym pozytywem jest to, że przynajmniej wyjaśnił się jego stosunek do Amelii. Jest dla niej miły, aby zachować posadę ze względu na rodzinę, która wciąż jest dla niego najważniejsza. Niestety sam się w tym wszystkim chyba pogubił... Mam nadzieję, że rozmowa z Pierette da mu do myślenia i spróbuje to wszystko naprawić.
    Spotkanie naszej trójki samozwańczych detektywów z bossem włoskiej mafii nie należało do najłatwiejszych. W pewnym momencie zrobiło się nawet groźnie. Na szczęście Walter jakoś z tego wybrnął, a co najlepsze przekonał do siebie na tyle Zacka, że ten nie dość, że puścił ich wolno, to jeszcze udzielił istotnych informacji o Quilliana. Może Walt minął się z powołaniem i powinien zostać dyplomatą? 😂 Negocjować to on potrafi.
    Śledztwo trwa więc w najlepsze, a ja już nie mogę się doczekać, aby poznać jego wyniki. 😊

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Już nie długo wyjaśni się, co takiego zrobił Stephane. Ale na razie jeszcze powtrzymam Was w niepewności.
      A wyniki śledztwa mogą okazać się wyjątkowo niespodziewane ;)
      Bardzo dziękuję za komentarz!

      Usuń
  5. Nie dziwię się Polly, że miała pewne problemy z napisaniem listu miłosnego do swojej mamy. To samo w sobie jest trochę dziwne :D Pomysł okazał się nad wyraz trafny, trochę gorzej było z realizacją... Czasami te proste rzeczy są najtrudniejsze. Ale na szczęście wpadł jej do głowy pomysł, który szybko zrealizowała :) A Nico zamiast pomóc to wolał się opychać jedzeniem... Faceci haha :D Misterny plan się udał, list trafił w ręce Stephanie :) Mimo że kobieta utrzymywała, że to tylko żarty, to z pewnością zrobiło się jej milej. Miała do tego absolutne prawo biorąc pod uwagę jak zachowuje się Stephane. A on cóż... Wybuchnął złością, natychmiast chciał się dowiedzieć, kto jest adresatem i w dodatku wstrząsnęła nim informacja, że Stephanie wie o Amelii. Pewne jest to, że Stephane nie zdradza żony, ale jednak to okłamywanie przez tyle lat... Wściekły wyszedł z domu i dobrze, że Polly ruszyła za nim. Początkowo nie skory do zwierzeń później zaczął coś wyjaśniać i tłumaczyć pilnując się, by nie powiedzieć za dużo. Polly sprytnie to rozegrała :D I przy okazji dowiedziała się, że Stephane miło traktuje Amelię przez wzgląd na pracę, a nie nic innego. To jest plus, niewątpliwy. Cała ta sytuacja, te kłamstwa są tak zagmatwane, że nie mam pojęcia w co ten Stephane mógł się wpakować. Próbował sam na sam rozwiązać rachunki, że teraz przeszłość go dopadła i się mści? Wszystko się zapętla i prowadzi do Waltera i jego towarzyszy, którzy walczyli o to, aby wydostać się z miejsca, w którym byli przetrzymywani. Zachary początkowo im nie wierzył i nie dziwię się trójce detektywów, że ogarniała ich irytacja, ale koniec końców Zachary puścił ich wolno w zamian za przysługę. Dał im również adres przyjaciela Mario, aby mogli się z nim skontaktować. Martwi mnie to, czy to nie poszło zbyt łatwo i czy na zawsze pozbyli się tego człowieka z mafii? Oby jednak dotarli do tego przyjaciela i dowiedzieli się czegoś, co pomoże im uratować Pretty :)
    Czekam na nowość z niecierpliwością :)
    Pozdrawiam ;*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Faceci i jedzenie –– coś czego nigdy nie zrozumiemy xd Ale to prawda, że Pretty nieźle sobie znimi radzi.
      Bardzo dziękuję za komentarz!
      Pozdrawiam
      Violin

      Usuń
  6. Przepraszam za opóźnienia, bylam na wyjezdzie, ale juz wracam! Przez co jestem zmuszona pisac na telefonie, ale liczę ze nie wyjdzie jeszcze bardziej chaotycznie niz zazwyczaj.

    LIST MILOSNY! wiedziałam ze Pretty doprowadzi tatulka do podobnego stanu, ale nie aż takiego! Ten list byl piekny, tez chcialabym taki dostac, oprawilabym w ramkę i powiesiła nad łóżkiem. Mateczka powinna to przemyslec, gdyby Stephane znowy mial problemy egzystencjalne.
    Jak ja sie ciesze, ze w koncu zaczal cos mowic, choc zalecialo jego "nie powiem, bo nie". Oby tylko wzial rady Polly do siebie i faktycznie zaczal cos dzialac. Stephanie na pewno ucieszy kazdy romantyzm, zwlaszcza, ze ostatnio sporo go brakowalo.

    Nie wierze w szczescie Waltera. Goni go mafia, trafia za kratki, dostaje w leb, zostaje przywiązany do krzesla, obraza szefa mafii, a on mu jeszcze pomaga i wypuszcza. Walter to juz nie imie, to stan egzystencjalny. To bylo swietne xD chociaz ja tam mysle, ze szef miafiozow przestraszył sie aishy xD
    Mam nadzieje ze uda im sie rozwiazac te chora sytuacje z pretty. Zwlaszcza ze tatulek nie raczy powiedziec kilku zdań, tylko jego syn musi kontaktowac sie z mafia.dlaczego on nawet do niego nie zadzwoni? Dobra, niech dostanie zawalu na miejscu, zasłużył. Wiem, wiem, ciagle narzekam na pana trenera Antige, ale mam z nim na pieńku. No, musze ponarzekać xD

    Czekam niecierpliwie na następny rozdział!

    Pozdrawiam bardzo serdecznie
    Eden

    OdpowiedzUsuń

.
.
.
.
.
.
GrafikaCentaura