Fakty z życia Pierrette Antiga vel Pénélopa Bernard:
- Jestem w przeszłości. Już drugi tydzień. I nadal nie wiem, czy uda mi się wrócić. Cokolwiek irytujące, nieprawdaż?
- Przez ostatni tydzień nie robiłam nic. Pracowałam. Zajmowałam się bliźniakami. Nie posunęłam się ani o krok w śledztwie. Nicolas nadal myśli. Amelia nadal podrywa tatę.
- Mateusz. I tyle w temacie.
Sobotni poranek przywitał mnie deszczem i remontem piętro wyżej. Zwlekając się z łóżka, miałam wszystkiego serdecznie dość. Od dobrego tygodnia budziłam się i zasypiałam, mając przed oczami uśmiechniętego Mateusza. Widziałam go jeszcze kilka, bo nie porzucił wieczorków filmowych, doprowadzając mnie przy okazji na skraj wytrzymałości. Za każdym razem gdy stawał w drzwiach, serce podchodziło mi do gardła. Nadal nie potrafiłam powiedzieć, dlaczego pamiętnego popołudnia powiedziałam „nie”. Wystarczyło, że spojrzałam na Mateusza, a wspomnienia o Theodorze bladły gwałtownie. Bez problemu przywoływałam uśmiechy Aishy, Zana, nawet Waltera. Ale Theo? Theodore znikał.
Pewnie myślicie, że się tym martwiłam? No właśnie w tym tkwił problem. Chciałam się martwić. Chciałam się przejmować. Chciałam mieć wyrzuty sumienia. Ale nie potrafiłam. Ciężko było mi pogodzić się z faktem, że mogę już nigdy nie wrócić do domu. Bez problemu zaakceptowała, że wiąże się to ze stratą Theodora.
— Jesteś okropna, Pretty — stwierdziłam, patrząc w lustro. — Bezduszna, bezuczuciowa, zimna. Theo przecież tyle dla ciebie zrobił. Kochał cię. A ty przy byle okazji o nim zapominasz. Wystarczyło, że pojawił się inny chłopak.
Westchnęłam głęboko. Czy naprawdę życie musi być tak porąbane?
A żeby było mało, to dostałam bilet. Na mecz. Onico. Z Gdańskiem. Mateusz mi go dał. Tak jakby ktoś jeszcze miał wątpliwości.
Samym meczem jako takim stresowałam się najmniej. W końcu jak się wychowujesz w takiej rodzinie jak moja, to hala staje się twoim drugim domem. Mając cztery lata potrafiłam poprawnie przyjąć piłkę dołem, a mając pięć z pamięci recytowałam nazwiska największych siatkarzy. Było to tyle łatwe, że od połowy dostawałam prezenty na urodziny.
Kto wie, może gdyby nie bliskie pokrewieństwo z krasnalami ogrodowymi, coś by ze mnie było?
— To tylko mecz, Pretty — powtarzałam sobie w kółko. — Nic nie zwykłego. Mati pewnie nawet nie wyjdzie na boisko, jest przecież tylko rezerwowym.
I tu pojawiał się kolejny problem — tata.
Tak jak Nicolas nie posunął się ani o krok jeśli chodzi o wykurzenie Amelii z Warszawa, tak ja nadal nie wymyśliłam jak przywrócić uczucie między rodzicami. Byłam pewna, że ono gdzieś tam jest, potrzebuje tylko impulsu. Jednak każdy pomysł, na który wpadałam, po zastanowieniu wydawał się być dziecinny lub przerysowany. To musiało być prostego, ale też od serca.
Miałam nadzieję, że na dzisiejszym meczu będzie mama. Gdy ją ostatnio widziałam była jeszcze bardziej zmęczona i zrezygnowana. Bałam się, że stało się coś, co zaprzepaściło szansę na powodzenie naszego planu.
Z letargu wyrwał mnie dzwonek do drzwi. Mati, ty cholero, już nawet w sobotę rano odpocząć sobie nie mogę. Na treningu powinien siedzieć, a nie nawiedzać biedne, niewinne dzieweczki. Jeszcze tego brakowało by sąsiedzi o jakieś bezeceństwa mnie oskarżyli.
— Jak się trener dowie, gdzie się szlajasz… — zaczęłam, ledwo otworzywszy drzwi.
Tylko, że w progu nie stał Mateusz, a jakiś zupełnie obcy mężczyzna w stroju listonosza. Uśmiechnął się nerwowo po czym wcisnął mi niewielką paczkę.
— Przesyłka dla pani… Bernard, tak?
— Ta, to ja — mruknęłam totalnie zdezorientowana.
— Proszę podpisać tu i tu.
Podetkał mi pod nos podkładkę i długopis. Posłusznie podpisałam, choć nie bardzo wiedziałam, co podpisuję. Trudno, jeśli właśnie sprzedałam swoje narządy, to jest zmartwienie Ivy.
Listonosz zmył się tak szybko jak się pojawił i zostałam sama z tajemniczą paczką. Oglądnęłam ją uważnie, a gdy zobaczyłam, że nadawcą jest Onico, przełknęłam głośno ślinę. Czyli Mateusz postanowił, że skoro nie może nawiedzić mnie osobiście, to zrobi to korespondencyjnie. Super, nieprawdaż?
Pospiesznie rozerwałam papier. W środku znajdowała się koszulka. Meczowa, biało niebieska z siedemnastką z przodu i nazwiskiem Janikowski z tyłu.
Mimowolnie parsknęłam śmiechem. Mogłam to przewidzieć. Choć Mateusz był na tyle zwariowany, że nie zdziwiłabym się bardzo, gdyby podarował mi strój maskotki Onico. Co z tego, że Żabcia Polcia mogłaby występować w horrorze klasy Z.
— Czyli wychodzi na to, że nie mam wyjścia — mruknęłam.
Starannie złożyłam bluzkę i na razie schowałam do szafy. Obok nadal wisiała kolorowa spódnica. Choć obiecałam mamie, że zapiszę się na zajęcia, to jak narazie nie potrafiłam się na to zdobyć. Jednorazowe przypomnienie przeszłości to jedno, a ostateczny powrót do starych przyzwyczajeń to zupełnie co innego. Szczególnie, jeśli miałabym kontynuować po powrocie do domu.
I tu pojawiał się kolejny problem.
Wyciągnęłam z kuchennej szuflady stary notes. Otworzyłam go i przez chwilę w zamyśleniu gapiłam się na białe kartki. Przez ostatni tydzień rozmawiałam z Ivy tylko raz — pytając o kwestię jedzenia. Jednak gdy po raz kolejny odpowiedziała, że takie są zasady, z hukiem zamknęłam notes, po prostu strzelając focha.
Jestem w końcu kobietą, nieprawdaż?
Ale teraz potrzebowałam kolejnych odpowiedzi. Może to trochę dziwne ( dobra, co w ogóle jest normalne?!), ale pogodziłam się z faktem, że nie dowiem się, jak trafiłam do przeszłości. Z resztą coś czuję, że gdyby Ivy zaczęła mi wszystko wyjaśniać, to mój mózg oficjalnie by skapitulował. Za mało połączeń neuronowych, by wytrzymać takie obciążenie.
Coś tam jednak chciałam wiedzieć.
Czy mam jakiś określony czas na wykonanie zadania? Napisałam w końcu, starannie przemyślawszy słowa. Byłam niczym średniowieczni mnisi, wręcz przesadnie dbałam o każdą literę.
Ciekawe czy ciężko dostać taki fajny habit? Wychylać się nie mogę, na razie wygląda na to, że mimochodem celibat zachowam, może więc może zostanę mnichem? Pierwsza kobieta mnich. Przynajmniej coś bym w życiu osiągnęła.
Odpowiedź pojawiła się nagle i brzmiała mało optymistycznie.
Nie, nie masz. Ale im dłużej jesteś w przeszłości, tym bardziej zmieniasz przyszłość.
Przełknęłam głośno ślinę. Super, żebym jeszcze wiedziała, co to oznacza.
A jeśli nigdy nie pozbędę się Amelii?
To zostaniesz w przeszłości na zawsze.
Jęknęłam cicho, czując jak przepalają się obwody w mózgu. Serio, dosłownie czułam zapach spalenizny.
A może to sąsiad z góry przypalał jajecznicę?
Zerknęłam na zegarek po czym z hukiem zamknęłam zeszyt. Obiecałam, że wpadnę jeszcze na kilka godzin do kawiarni, a ostatnie na co miałam ochotę, to wysłuchiwanie narzekań Trixie.
Przyznam bez bicia — pracowałam jak w transie i cokolwiek niechlujnie. Trudno, do CV potrzebne mi to nie było. Przez cały czas rozmyślałam o tym, co powiedział zeszyt. Mogę zostać w przeszłości na zawsze. Tak po prostu. Już nigdy nie zobaczyć mojego taty. Aishy. Zana. Theodora. Waltera.
Walt…
Przełknęłam głośno ślinę i zamrugałam, próbując stłumić łzy. Walter. Był irytujący. Wkurzający do potęgi. Czasami zastanawiałam się, czy przypadkiem nie podmienili go w szpitalu.
Ale był moim bratem. Bliźniakiem. Do siedemnastego roku życia tak naprawdę byliśmy nierozłączni. Teoretycznie bliźniaki dwujajowe mają różne DNA, stopień pokrewieństwa jak u każdego rodzeństwa, ale są ze sobą od urodzenia. Dzielą się wspomnieniami, przeżyciami, uczuciami. Do śmierci mamy, Walter był najbliższą mi osobą. To oczywiste, że za nim tęskniłam.
Ale teraz dodatkowo zaczynało mi go po prostu brakować.
Mimowolnie wyobraziłam sobie, że on tam jest. W przyszłości. Że zamartwia się, gdzie jestem, choć nie chce tego pokazać. Że próbuje ukryć przerażenie pod maską arogancji i przechwalstwem.
A może? Przyszłość naprawdę się zmieniała? Może Walt już żyje w nowej rzeczywistości, w której tata i mama rozstali się? Może musi znosić zbolałe spojrzenia taty? A może w ogóle z nim nie rozmawia, bo mama zabrała nas ze sobą?
Od tego myślenia rozbolała mnie głowa. Z trudem dotrwałam do końca zmiany, wlałam w siebie największy dzbanek kawy, łyknęłam coś przeciwbólowego i dopiero wtedy stwierdziłam, że mogę iść na mecz. W myślach obiecałam sobie, że chociaż na moment przestanę się wszystkim przejmować i wyluzuję. Bo jeszcze naprawdę zwariuję! I wyląduję w wariatkowie, podając się za Kleopatrę, Napoleona albo Kaczora Donalda.
Oj, tak muszę się uspokoić. Wizja latania po mieście bez majtek była wyjątkowo niepokojąca.
Gdy dotarłam na miejsce było wpół do dwudziestej. Kibice powoli zapełniali halę, ale na boisku byli tylko pojedynczy zawodnicy. Poprawiłam nerwowo meczową koszulkę i spojrzałam na bilet. Trzy razu upewniłam się, że to na pewno sektor G, potem bardzo powoli zaczęłam schodzić wzdłuż trybun. Cały czas wypatrywałam mamę albo chociaż podwójnego wózka. Oczywiście musiałam przy tym wyciągać szyję niczym żyrafa. Miałam idiotyczne wrażenie, że dosłownie wszyscy, ale to wszyscy się na mnie gapią. Co było głupie, bo tak naprawdę nikogo nie obchodziłam.
— Pénélopa! Polly! — nagle dostrzegłam Nicolasa. Siedział dosłownie kilka rzędów dalej i machał do mnie szaleńczo. Obok niego Timote i Manoline kłócili się o coś zawzięcie.
Wciągnęłam brzuch i zaczęłam się przepychać w kierunku brata. Serio, nie wiem, kto ustalał odstęp między krzesełkami, ale chyba uznał, że na mecze będą przychodzić tylko przedszkolaki.
— Cześć — sapnęłam, z konsternacją zauważając, że mam miejsce zaraz obok nich. — Rozumiem, że to jakiś specjalni sektor dla krewnych i znajomych królika?
— Mniej więcej — przytaknął Nico. — Tam, gdzie ty zwykle siedzi mama. Ale dzisiaj jej nie ma. Została w domu z bliźniakami. Maluchy są jeszcze za małe, by zabierać je na mecz, więc mama nie była na żadnym od początku sezonu — wyjaśnił, a na jego twarzy pojawił się cień smutku.
Ze zrozumieniem pokiwałam głową. Jednocześnie jednak przeklinałam na czym świat stoi. Dlaczego mama po prostu nie poprosiła mnie żebym została z dziećmi? Przecież bez zastanowienia bym się zgodziła. Mateusz Mateuszem, ale więzi rodzinne są najważniejsze. Może tata sam już nie grał, ale wsparcie ukochanej żony nadal było dla niego bardzo ważne.
I nagle w mojej głowie zapaliła się czerwona lampka. A raczej ogromy reflektor. Lub też kogut pojazdu uprzywilejowanego. Cud, że nie zaczęłam wyć. Wiecie, sygnał akustyczny vel modulowany dźwięk syreny, jak to uczył mój świętej pamięci dziadek, strażak z urodzenia, powołania i konieczności.
— Możemy pogadać? — zapytałam cicho, znacząco kiwając głową na barierki przy boisku. Wolałam by Timi i Manoline nie znali szczegółów całej akcji. Byli mądrymi dziećmi i na pewno zdawali sobie sprawę, że w rodzinie nie dzieje się dobrze, ale wolałam trzymać ich z daleka od problemów. W końcu kiedyś będą próbowali robić dokładnie to samo w stosunku do mnie.
Razem z Nicolasem zeszliśmy pod płytę główną. Oparłam się o metalowe barierki, a wzrok wlepiłam w sztab po drugiej stronie siatki. Tata tłumaczył coś zawzięcie Fabiemu, drugiemu trenerowi. Siedząca za boiskiem Amelia wpatrywała się w nich maślanym spojrzeniem.
— Możesz powiedzieć, dlaczego sam na to nie wpadłeś? — warknęłam do Nicolasa.
— Ale że niby na co? — spojrzał na mnie jak na idiotkę.
— Na to, żeby po prostu spróbować zabrać mamę na mecz! — wybuchnęłam. — Mogłeś mi powiedzieć! Zaproponowałabym, że zajmę się bliźniaki.
Nico z zakłopotaniem podrapał się po głowie. Westchnął cicho i przeczesał palcami włosy.
— Przepraszam, nie wpadłem na to. Na pocieszenie mogę powiedzieć, że już prawie dopracowałem plan pozbycia się Amelii.
— Przynajmniej tyle — prychnęłam. — Kiedy zamierzasz wcielić go w życie?
— Jeśli się uda, to już jutro — wyszczerzył się głupkowato. — Robisz coś ciekawego?
— Jest niedziela. Dyżur ma ktoś inny.
— W takim razie mi pomożesz.
— Czy to w ogóle będzie legalne?
— Ani trochę.
Zastanawiałam się, czy przywalenie Nicolasowi w łeb będzie odpowiednią reakcją. Opanowałam się tylko ze względu na tatę. Mógłby źle odczytać moje intencję i jeszcze stwierdzić, że planuję zamach na całą jego rodzinę.
A to przecież nie ja podrzucałam groźby pod dom.
— Wiesz, że nie mogę trafić za kratki, prawda? — syknęłam. — Nie wiem jak daleko sięgają zdolności Ivy. Teoretycznie zyskałam nową tożsamość, ale może jeśli zaczną grzebać…
— Luzik — lekceważąco machnął ręką. — Jestem mistrzem w unikaniu policji.
— Ciekawe dlaczego? — mruknęłam.
Już chciał odpowiedzieć, gdy nagle ktoś chwycił mnie za ramiona i poderwał kilkanaście centymetrów nad ziemię.
— Penny! Penny!
— Natychmiast. Postaw. Mnie. Na. Ziemi. Wariacie — wycharczałam przez zaciśnięte zęby.
Mateusz zrobił minę smutnego szczeniaczka, ale posłusznie odstawił mnie z powrotem.
— Widzę, że prezent dotarł. — Wyszczerzył się głupkowato, a przez moje ciało znów przeszedł dreszcz.
Myśl o Theodorze, myśl o Theodorze…
— Oczywiście, że dotarł — prychnęłam. — Tylko dlaczego tak wcześnie rano?
Kątem oka zauważyłam jak Nico oddala się taktownie. Zdrajca!
— Poczta Polska — Mati rozłożył bezradnie ręce. — Ale serio, nawet nie wiesz jak bardzo, bardzo, ale to bardzo się cieszę, że przyszłaś! No po prostu mam taką radochę jak stąd na księżyc i z powrotem!
Mimowolnie parsknęłam śmiechem. Widziałam, doskonale widziałam. Czułam, że jeszcze moment, a wywiesi radośnie język i zacznie tupać nogą niczym pies. Tylko ogona do machania mu brakowało.
— To teraz chyba nie masz wyjścia i musisz wejść na boisko — rzuciłam bez zastanowienia.
I niemal od razu ugryzłam się w język. Super, Pretty, jeszcze tego brakowało żebyś deptała ludziom po ambicji.
Mateusz skrzywił się nieznacznie. Zerknął przez ramię w kierunku sztabu i westchnął głęboko.
— Może na dwie, trzy akcje wejdę. Ale Łuki jest w formie, a Stephane woli na zmianę wprowadzać Nikiego. Nie żebym się specjalnie dziwił. Przy nich jestem nieopierzonym kurczaczkiem.
— Kwa, kwa?
— A to akurat kaczuszka. Biologi was w tej Francji nie uczą?
— Może i uczą — uśmiechnęłam się kokieteryjnie. — Bardzo przeszkadza ci to, że nie grasz?
Przyznam bez bicia — średnio interesowałam się trenerską karierą taty czy jego metodami. Mógł się pochwalić wystarczającą liczbą sukcesów by uznać, że jest jednym z najlepszych trenerów w Europie. Więcej do szczęścia nie potrzebowałam.
— To mój pierwszy sezon w profesjonalnej siatkówce, więc nie bardzo mogę narzekać na cokolwiek — przyznał. — Mam się od kogo uczyć, Stephane dużo ze mną pracuję, więc i tak się rozwijam. Choć fajnie by było od czasu do czasu zdobyć jakiś punkt.
Ze zrozumieniem pokiwałam głową. Choć sama nie grałam to pamiętałam pierwsze sezony w profesjonalnym sporcie Tima i Waltera. Były trudne i czasami brutalne, ale w końcu obydwoje wyszli na plus.
— W każdym razie, z takim wsparciem na pewno pokarzę się z doskonałej strony. — Mateuszowi momentalnie wrócił humor. — Choćby w kwadracie. Rozkręcę taką imprezę, że nawet Klub Kibica Zawiercia* się nie umywa. Kankan jest przereklamowany. Od teraz tańczymy Makarenę! I kaczuszki!
Przewróciłam kpiąco oczami, ale nie mogłam powstrzymać uśmiechu. Za nim się zorientowałam, Mati porwał mnie w ramiona i przechylił tak mocno, że włosami prawie zamiatałam podłogę.
— Co ty wyprawiasz! — próbowałam zaprotestować.
— Jak to co?! Prezentuję swoje umiejętności taneczne! — przechylił mnie w drugą stronę, a potem okręcił w okół własnej osi.
— Raczej ich brak — prychnąłem, próbując ustać na nogach. — Czyś ty już kompletnie oszalał?
— Może troszeczkę — przyznał. — Ale to ty tak na mnie wpływasz!
Zamarłam. I to dosłownie. Mateusz nadal trzymał mnie w ramionach. Jego oczy błyszczały wesoło, byłem pewna, że słyszy szaleńcze bicie mojego serca.
Myśl o Theodorze, Pretty, myśl o Theodorze.
Nie potrafiłam. Przy Mateuszu Theo był tylko bladym wspomnieniem, cieniem z przeszłości, o którym bez problemu zapominałam.
— Buziak na motywację — mrugnął kokieteryjnie Mati.
To podziałało jak kubeł zimnej wody.
— Nie tym razem. — Pospiesznie zrobiłam krok w tył. — Jak sobie zasłużysz, to dostaniesz — dodałam, widząc cień rezygnacji na jego twarzy.
— Okej. — Beznamiętnie wzruszył ramionami.
Przez chwilę wydawało mi się, że wacha się, co zrobić. Spoglądał to na mnie, to na rozgrzewających się kolegów, jakby sprawdzając, czy nikt nam się nie przygląda.
W końcu się zdecydował. Wystarczył jeden krok, a nasze twarze znów dzieliło zaledwie kilka centymetrów.
— Tak wyglądasz ładniej — szepnął, zakładając mi za ucho zabłąkany kosmyk włosów.
Czułam na skórze jego oddech, moje komórki dosłownie eksplodowały prądem.
— Baw się dobrze — dodał po czym odwrócił się na pięcie i po prostu odszedł.
Długo jeszcze stałam jak zaczarowana. Nieudolnie próbowałam przetworzyć, co właściwie się stało. W kółko przywoływałam te kilka sekund i oglądałam od nowa, niczym zacinające się wideo.
Co to właściwie było?
Skonsternowana stwierdziłam, że nie mam pojęcia jak nazwać wszystkie te uczucia. Znów doświadczałam czegoś nieznanego, czegoś zupełnie nowego. Jakbym trafiła na inną planetę.
Na drżących nogach wróciłam na miejsce. Próbowałam skupić się na meczu i nie zerkać co chwilę w kierunku kwadratu dla rezerwowych.
— Piłka leci w górę. Serwujący musi uderzyć ją najmocniej jak potrafi. Ale nie może przechylić ręki ani za bardzo, ani za mało. Bo trafi w siatkę. Albo piłka poleci w aut. A jak uderzy za słabo, to nawet nie doleci do siatki i wszyscy będą się z niego śmiać — powtarzałam pod nosem formułkę, którą tyle razy słyszałam czy to od taty, czy też Timiego. Teoretycznie powinno pomóc.
Kątem zerknęłam na rodzeństwo. Nico wydawał się być spokojny, Manoline nawet trochę znudzona, za to Timo przy każdym ataku, każdym punkcie nerwowo podrywał się z krzesła. Tak strasznie przypominał mi swoją starszą wersję, że przez ułamek sekundy miałam wrażenie, że jest normalnie. Że wcale nie cofnęłam się w czasie. Że to tylko kolejny, normalny mecz.
Wystarczył jeden rzut oka na Mateusza, bym wróciła do rzeczywistości.
Byłam przy barierkach jeszcze za nim set się skończył. Z bijącym sercem czekałam na ostatnią piłkę. Musiałam wyglądać jak zapalona kibicka. Mogłam tylko mieć nadzieję, że nikt nie uzna, że jestem dziewczyną Matiego, czy coś. Wylądowanie na stronach plotkarskich mogło troszeczkę pokrzyżować moje plany.
Onico zdobyło ostatni punkt. I wszystko zaczęło dziać bardzo szybko.
Wybuchła euforia. Chłopaki wbiegli na boisko, tata podskakiwał zwycięsko z pięścią w górze. Byłam przekonana, że śmieje się głośno, wykrzykując po francusku niekoniecznie poprawne politycznie epitety.
Widziałam wyraźnie, jak Amelia mija bandy i z wręcz przesadną radością rzuca się tacie na szyję. On nawet nie zareagował, nie wykonał żadnego gestu w jej stronę, a mimo tego uwiesiła się na nim jak pijawka.
Kątem oka dostrzegłam jak operator powoli obraca kamerę w tamtą stronę. Działałam instynktownie. Przeskoczyłam przez barierki, rzuciłam się do przodu niby w stronę Mateusza ( pla sześć plotki!) , przepchałam pomiędzy zawodnikami, podeptałam statystyków, przewróciłam biednego Andreę Anastasiego, by w końcu wpaść na kamerę i przewrócić ją z hukiem.
I wtedy wokół zapadła cisza. Siatkarze patrzyli na mnie jak na wariatkę, Mateusz dosłownie zwijał się ze śmiechu, a Nicolas już przeskakiwał przez barierki, by zobaczyć, czy żyję.
Ogólnie to ciekawe, kto by urządził mój pogrzeb, gdybym umarła. Krasnoludki? Bo Ivy pewnie olałaby sprawę.
— Żyję! — uspokoiłam wszystkich, próbując wstać z gracją. Co oczywiście skończyło się ponownym wylądowaniem na podłodze. — Jestem… troszeczkę niezdarna. — Uśmiechnęłam się przepraszająco do operatora.
Ten tylko burknął coś pod nosem i zaczął ustawiać z powrotem kamerę. Na szczęście chyba niczego nie uszkodziłam, bo został mnie w spokoju.
— To było genialne. — Mateusz nadal parskał śmiechem, gdy do niego podeszłam. — Serio, nigdy nie widziałem, by ktoś potknął się w jednym miejscu i wylądował pięć metrów dalej.
— Ma się ten talent, co nie — wyszczerzyłam się głupkowato.
Obydwoje wybuchnęliśmy głośnym śmiechem. Obejrzałam się za ramię, by sprawdzić, czy Amelia już sobie poszła.
Ale zamiast tego dostrzegłam coś na trybunach. Wysoką kobietę, w luźnym swetrze i wysoko upiętymi, jasnymi włosami. Gdy złapałam ją wzrokiem, odwróciła się na pięcie i uciekła.
Mama…
— Przepraszam, musze iść. — Bez zastanowienia wyminęłam Mateusza.
Przeskoczyłam przez barierki i pobiegłam w górę trybun. Wypadłam na korytarz, rozglądając się w poszukiwaniu mamy. Nigdzie jej nie było. Wahałam się przez moment, ale w końcu pobiegłam do najbliższej łazienki.
Mama tam była. Opierała się o umywalkę i oddychała ciężko. Była przerażająco blada, widziałam jak z trudem powstrzymuje łzy.
— Wszystko w porządku? — zapytałam cicho. To było idiotyczne pytanie, nawet głupek zauważyłby, że nic nie jest w porządku. Ale moja inwencja twórcza osiągnęła poziom Rowu Mariańskiego, więc wybaczcie mi proszę.
Mama długo nie odpowiadała. Pustym wzrokiem wpatrywała się w lustro, a ja co chwilę nerwowo przestępowałam z nogi na nogę.
— Myślałam, że zrobię mu niespodziankę — warknęła w końcu. — Zostawiłam maluchy pod opieką Joyce, siostry Stephana. Specjalnie nic mu nie mówiłam. Myślałam… myślałam, że się ucieszy. Nikt nie wiedział, że przyjdę. Siedziałam na górnych trybunach. Chciałam… chciałam zaczekać aż wszyscy sobie pójdą. Wiesz, żeby go nagle zaskoczyć. I pogratulować zwycięstwa. Ale jak widać nie potrzebuje mnie, by cieszyć wygraną — dodała z przekąsem.
Nie miałam pojęcia, co powiedzieć. Mama cały czas patrzyła w lustro, ale chłód w jej spojrzeniu był wręcz namacalny. Przez siedemnaście lat życia nigdy nie widziałam czegoś takiego. Tak jakby ktoś dosłownie wyprał mamę ze wszelkich uczuć, zamienił serce w lód.
— Może to wcale nie tak… — zaczęłam ostrożnie.
— Nie? — uniosła kpiąco brew. — W takim razie jak. Kłamie, cały czas kłamie. I myśli, że uwierzę. A ja tylko zaczynam zastanawiać się, czy wcześniej mówił prawdę. Ufałam mu, ale może niepotrzebnie.
— Pewnie nie chce żebyś się martwiła.
— Jakoś nie chce mi się w to wierzyć. Zresztą, mówił, że rozwiązał już kwestię gróźb. Kłamał. Ktoś wrzucił to do skrzynki — wychrypiała, wyjmując z kieszeni pomiętą kartkę. — Zauważyłam, gdy wychodziłam. Miałam nadzieję, że to tylko zwykła reklama, ale… — głos znów jej się załamał. Desperacko zaczęła ocierać chusteczką oczy, jakby to w czymkolwiek miało pomóc.
Koniuszkami palców chwyciłam kartkę. Rozwinęłam ją powoli i przełknęłam głośno ślinę.
Na papierze napisane było tylko jedno zdanie:
Poniesiesz konsekwencje
Paryż, 2 marca 2039
— Ale naprawdę nie możesz lecieć z nami — jęknąłem po raz sto dwudziesty tego dnia.
Po raz sto dwudziesty, Julcia przewróciła oczami i uśmiechnęła się pobłażliwe.
— Nie mogę — powtórzyła tonem, jakby mówiła do małego, krnąbrnego dzieciaczka. — Muszę wracać na uczelnie.
Próbowałem zrobić najsmutniejszą minę porzuconego szczeniaczka na jaką było mnie stać, ale niewiele to dało. Julcia była nieubłagana. Jak zawsze. Odrzuciła do tyłu związane w kucyk włosy, oparła ręce na biodrach i pogroziła mi palcem.
— Masz się porządnie zachowywać. Nie chcę widzieć żadnych głupich wpisów na portalach plotkarskich. Uważaj na to, co mówisz. Nie pij, nie chodź za ludźmi i patrz na oznaczenia. Kup bilet do metra. I, co najważniejsze, postaraj się nie zgubić żadnej części ubrania. Żadnej!
Mimowolnie parsknąłem śmiechem.
Zaraz jednak spoważniałem. Chwyciłem Julcię za ramiona i mocno przytuliłem. Nie miałem pojęcia, kiedy się znowu zobaczymy. Ostatni tydzień był zarazem piękny, jak i bardzo, bardzo bolesny. Desperacko chłonąłem każdą spędzoną razem minutę, każde słowo dziewczyny, każdy gest, każdą wspólną noc. Chciałem się cieszyć, chciałem przeżywać, ale gdzieś z tyłu głowy miałem rozstanie.
— Może jednak rzucę to wszystko? — burknąłem, chowając twarz w jej włosach. — Aisha i Zan poradzą sobie sami, są świetni, Nico ogarnia tatę i przenosiny Pretty do domu. Nie jestem już do niczego potrzebny.
— Terry… — odsunęła się na długość ramion. W takich momentach jak ten, zadziwiająco przypominała mi mamę. Patrzyła na mnie tym samym, troskliwym spojrzeniem, w ten sam sposób poprawiała rozwiane włosy.
A z drugiej strony były tak różne. Mama była blondynką. Julcia brunetką. Mama miała ostre rysy twarzy i choć wysoka, zawsze wydawała się dziwnie drobna, dla niektórych wręcz nieprzyzwoicie chuda. Tak, jakby zaraz miał ją porwać wiatr.
Julka była szczupła. I tu podobieństwo z wyglądu się kończyło. Już dawno przyzwyczaiła się do tego, że wzrok napotkanych mężczyzn najpierw skupiał się na jej piersiach, a potem pośladkach. I uparcie twierdziła, że ze mną było podobnie. Co oczywiście stanowiło pomówienie, herezję najgorszego sortu!
Okej. Tak naprawdę, to zacząłem od pupy.
— Wróć w jednym kawałku. Proszę. — Cmoknęła mnie jeszcze czule w policzek, po czym uciekła. Wiedziała, że jeszcze chwilę i naprawdę zostanę w Paryżu. I za żadne skarby nie wypuszczę je z łóżka.
Westchnąłem głęboko. Odwróciłem się powoli. Kilkanaście metrów dalej, przy stanowisku odprawy czekali Zan i Aisha. W przeciwieństwie do mnie byli zdeterminowani. Chcieli jak najszybciej znaleźć się we Włoszech, jak najszybciej uratować Pierrette.
To był długi lot. Długi i cholernie bolesny. Nie rozmawialiśmy prawie w ogóle. Zaraz po zapięciu pasów, wsunąłem na uszy słuchawki, oparłem głowę o okno i udawałem, że śpię. I żeby nie było, intencję miałem dobre — naprawdę chciałem zasnąć. Problem w tym, że moje myśli pędziły w tysiącach różnych kierunków. Od Julci, przez Pretty, na tajemniczych papierach rozwodowych kończąc. Teoretycznie tata uparcie twierdził, że to nic takiego, a ja nie dopytywałem. Zresztą, gdy powiedziałem, że jadę do Włoch nawet nie zapytał po co. Był zbyt zajęty faktem, że nasłani przez Nicolasa lekarze nic nie wykryli. Musiał zabrać Pierrette do domu.
O dziwo ani on, ani tata nie pytali o Theodora. Tak, jakby zniknięcie byłego już chłopaka Pretty było czymś zupełnie naturalnym. Oczywiście było mi to bardzo na rękę. Gdyby kazali mi szukać Theodora, to zapewne skończyłbym na komisariacie z zarzutem zabójstwa.
Modena była miastem włoskim aż do bólu. Kamienne stare miasto, wąskie uliczki i nawet hipsterskie skutery. Gdzie nie spojrzeć, widać było kolorowe klomby kwiatów i urocze, metalowe stoliki. Nawet ludzie mimowolnie wyłączali hologramowe rozmowy i chowali naręczne komunikatory. Jakby na moment chcieli się cofnąć o choćby dwadzieścia lat.
Kluczyliśmy między budynkami, ledwo nadążając za Aishą. Nic sobie nie robiła z atmosfery starów, cały czas wyświetlając przed sobą mapę. Zawieszony przy plecaku mały półksiężyc, podskakiwał przy każdym kroku.
— Jesteś pewna, że dobrze idziemy? — zapytał w końcu Zan, na moment opierając się o ścianę.
— Oczywiście — prychnęła. — Ja zawsze wiem dokąd idę. Znam adres.
— Więc dlaczego nie pojechaliśmy taksówką?
— Bo nie.
Prychnąłem kpiąco. Znalazł się Omnibus od siedmiu boleści. Od początku uważałem, że ta tajemniczość jest kompletnie zbędna. Ale Aisha przecież wie lepiej. Co z tego, że to ja mam szczęście. I farta. I jestem złotym dzieckiem francuskiej koszykówki. To mówi samo za siebie. Amerykanie nie oferują stypendium byle komu.
Więc tak — byłem przekonany, że cała ta bieganina jest kompletnie bezsensowna.
Otoczenie zaczęło się zmieniać. Uliczki stały się jeszcze węższe, małe knajpki ustąpiły miejsca zabitym deskami bramom. Pod nogami pałętały się wychudzone koty, ktoś z hukiem zatrzasnął drewniane okiennice. Namalowane sprayem diabełki uśmiechały się kpiąco.
— To tutaj. — Aisha uśmiechnęła się triumfalnie, stając przed jedną z kamienic. Tynk odłaził ze ścian, a okna parterze zasłonięte były brudnymi szmatami.
Wymieniliśmy z Zanem zaniepokojone spojrzenia. W myślach zacząłem obliczać, czy jeszcze mam szansę na odwrót.
Aisha wyłączyła mapę, poprawiła hijab, a potem powoli zapukała.
Nic się nie wydarzyło. Przez dobre kilka minut staliśmy przed drzwiami ze sklejki. Na powieszonym pomiędzy oknami sznurku załopotało pranie, ale po za tym ani żywej duszy.
Aisha zapukała ponownie. Znowu nic.
— Dobra, dość tej komedii. — W końcu straciłem cierpliwość. Bezwładnie oparłem się o drzwi i pchnąłem z całej siły.
Druciana zawieszka odskoczyła niemal od razu, a drzwi uchyliły się z cichym skrzypnięciem.
Niepewnie weszliśmy do środka.W wąskim, zaciemnionym korytarzu czuć było stęchlizną. Na podłodze położono coś, co kiedyś zapewne było wykładziną. Żarówka pod sufitem już dawno splajtowała.
— Sympatyczna miejscówka — mruknąłem. — Halo?! Jest ktoś w domu?! Kolędnicy przyszli!
— W marcu? — Aisha uniosła kpiąco brew.
— Mamy dużo domów do obejścia — wzruszyłem ramionami. — Zbieramy na biedne… biedne dżdżownice! Z traumą po spotkaniach trzeciego stopnia z dziećmi!
— Walt!
— No co? I tak już się włamaliśmy. Jak chcesz, możemy udawać harcerki z ciasteczkami. Ale nie dam się wcisnąć w spódniczkę.
Nawet w ciemności dostrzegłem jak Aisha czerwieni się ze złości. Gdybyśmy żyli w kreskówce, para poszłaby jej z uszu.
— Daj spokój, gorzej już być nie może — dodałem.
Widziałem, jak walczy sama ze sobą, by mnie nie przekląć. Ostatecznie jedynie skrzywiła się buńczucznie.
— Jak nas ktoś zadźga, to będzie to twoja wina.
Przewróciłem oczami. Tak, bo w tych czasach na pewno za każdym zakrętem czai się złoczyńca z nożem. Albo nawet trzech. Czterdzieści rozbójników i tym podobne. Baśnie wiecznie żywe.
I dokładnie w tym momencie drzwi na końcu korytarza otworzyły się i stanęło w nich dwóch zbirów.
Czterdziestu by się nie zmieściło.
Byli prawie tak wysocy jak ja i ze dwa razy szersi. Na wytarte koszulki zarzucili marynarki i nawet z odległości widziałem kilkudniowe zarosty.
— Ej! — krzyknął jeden.
— Wiejemy!
Bez zastanowienia rzuciliśmy się do wyjścia. Wypadliśmy na ulicę i po prostu pobiegliśmy przed siebie. Kluczyliśmy między uliczkami, nawet nie zastanawiając się, gdzie biegniemy. Co chwilę oglądałem się przez ramię, by zobaczyć jak złoczyńcy depczą nam po piętach. Zan próbował poganiać Aishę, ale z każdym krokiem dziewczyna oddychała coraz ciężej. Kilkanaście dni spania po dwie, trzy godziny na dobę dało o sobie znać.
Niespodziewanie wąska uliczka kończyła się metalową barierką. Dwa metry niżej ciągnął się brukowany bulwar.
— Cholera!
Odwróciłem się na pięcie. Desperacko rozglądnąłem się dookoła. Wysokie mury, jedna droga i dwóch goryli, pragnących naszej śmierci. Czy mogło być gorzej?
Za nim zdążyłem przekonać neurony do działania, Zan przeskoczył przez barierkę, zawisł na rękach i zeskoczył na chodnik poniżej.
— Skaczcie! — krzyknął panicznie.
Przełknąłem głośno ślinę. Zerknąłem na Aishę, która była blada jak ściana. Zbiry już nie biegły. Zbliżali się powoli, uśmiechając się obleśnie. Nie dostrzegłem broni, ale łapy grube jak bochny chleba nie wyglądały zachęcająco.
— Nie bójta się nas — zarechotał łamanym angielskim pierwszy. W słońcu błysnął złoty ząb. — Porozmawiać chcemy.
— Dokładnie, dokładnie — zawtórował drugi. — Tacy mili goście.
— Musimy zeskoczyć — mruknąłem do Aishy. — Pomogę ci.
— Nie…
— Daj spokój, już raz to zrobiłem.
Nie protestowała dłużej. Jednocześnie przerzuciliśmy nogi przez barierki i zawiśliśmy na rękach. Zeskoczyłem pierwszy, potem chwyciłem Aishę w pasie i ostrożnie postawiłem na ziemi.
— Mam nadzieję, że twoja dziewczyna nie będzie zazdrosna — prychnęła, rozmasowując obolałe nadgarstki.
— Oh, raczej będzie miała pretensję, że zaprowadziłem was w ślepą uliczkę — uśmiechnąłem się kąśliwie.
Zerknąłem w górę, gotów rzucić się do dalszej ucieczki, ale zbirów nigdzie nie było. Zmarszczyłem podejrzliwie brwi. Gdzie ich wcięło? Teleportowali się, czy co? Miejmy nadzieję, że przynajmniej rozszczepili się przy okazji.
Nagle ktoś odchrząknął znacząco. Zamrugałem nerwowo, a potem bardzo, bardzo powoli odwróciłem się.
— Cześć, Walt.
Za nami stał Zan. Zakłopotany, trochę jakby przerażony Zan. Uśmiechał się nerwowo, ale widziałem, jak jego ramiona drżą.
A dlaczego? Bo był zakuty. W kajdanki. I to dosłownie. Obok niego stało dwóch policjantów, a kilka metrów dalej migały światła radiowozu. Spoglądali na nas spode łba.
— Chyba mamy problem? — burknęła Aisha.
— Przecież nikogo nie zabiliśmy! — zaprotestowałem.
— Ale i tak proszę z nami. — Starszy policjant, z sumiastym przedpotopowym wąsem wydawał się totalnie znudzony życiem. — Wasz kolega próbował protestować i proszę zobaczyć jakie ma teraz ładne bransoletki.
— Ale my naprawdę nic nie zrobiliśmy! — jęknąłem. Już czułem, że Julcia mnie zabije, urwie łeb, przyszyje, a potem urwie ponownie. — To tamtych powinniście ścigać.
— Panie Antiga. — No cóż, sława czasem boli. — My nikogo nie ścigamy. Chcemy tylko grzecznie z państwem porozmawiać.
Ta, porozmawiać, porozmawiać, jasne. A potem kończy się na całej nocce za kratami tłumaczeniu się nachalnym dziennikarkom, że nie, nie handluje nielegalnymi mieszaninami sproszkowanej sierści alpak i heroiny.
Pomijając fakt, że nikt o zdrowych zmysłach by tego nie kupił.
— Chodźmy, Walt — szepnęła Aisha. — Inaczej… nie chcesz chyba mieć zatargów z władzą, prawda?
Nie musiałem być jasnowidzem by wiedzieć, że się boi. Była mistrzynią w zacieraniu śladów, nigdy nikogo nie skrzywdziła, ale swoje za uszami miała. A pomimo wielu zmian, świata nadal nie był idealny. Była kobietą z hijabem na głowie. To mogło tylko pogorszyć jej sytuacje.
— Dobrze — skinąłem głową. — Ale czy najpierw mogą panowie rozkuć Zana? To nasz przyjaciel i naprawdę nie zrobił nic złego.
Policjanci wymienili znaczące spojrzenia, ale zdjęli kajdanki. Zan rozmasował obolałe nadgarstki.
— Nie pozwolę was skrzywdzić — szepnąłem prawie bezgłośnie.
Aisha usłyszała. Uśmiechnęła się słabo i odetchnęła głęboko. Nadal jednak widziałem jak walczy ze sobą, by nie odwrócić się i nie uciec.
Zawieźli nas na komendę, gdzie mój plan niemal od razu spalił na panewce. Bez żadnych wyjaśnień mnie i Zana wepchali do jakiegoś zaciemnionego, małego pomieszczenia, a Aishę po prostu zabrali. Próbowałem zaprotestować, jednak byli nieugięci. Olbrzymia policjantka zagrodziła mi drogę, a potem wyprowadziła dziewczynę, uśmiechając się niby sympatycznie.
— No i cały plan szlag trafił — jęknął Zan, z rezygnacją siadając na plastikowym krześle. — Zapuszkowali nas, stary!
Westchnąłem z rezygnacją. Usiadłem na blacie i rozejrzałem się po pokoju przesłuchać. Był przewidywalny aż do bólu. Zimne pomieszczenie bez okien, jedynie z szybą, która wcale nie była lustrem wenecki. Długa ławka, trzy krzesła i najzwyklejsza lampa. Nic, kompletnie nic ciekawego.
Potarłem palcami skroń, próbując zrozumieć, co się tak właściwie stało. Uciekaliśmy przed przerażającymi zbirami, a potem złapała nas policja. Nas, nie ich. Nie wytłumaczyli dlaczego, jedynie stwierdzili, że chcą porozmawiać. Co nigdy nie wróżyło dobrze. Moje doświadczenie z policją ograniczało się do pijackich wybryków kolegów z drużyny, ale coś tam wiedziałem. Jeśli policjant, chce „tylko porozmawiać”, to należy już przywdziać pomarańczowy uniform.
Zmarszczyłem w zamyśleniu brwi. Czy naprawdę zrobiliśmy coś złego? Aisha niby włamała się w kilka mało ciekawych miejsc, ale albo skutecznie zatarła ślady, albo w porę się wycofała. Nikt jej nigdy nie złapał. Ja i Zan byliśmy czyści.
— Chyba mamy przerąbane — stwierdziłem w końcu, dochodząc do wniosku, że sytuacja jest skrajnie beznadziejna.
— Normalnie brawo detektywie Pikachu — prychnął.
Przewróciłem kpiąco oczami. Który to był, ten cały Pikachu?
Zsunąłem się na krzesło obok. Pusty wzrok wlepiłem w ścianę. Może mnie oświeci? Pojawi się dźin, skarbiec czterdziestu rozbójników, czy coś podobnego. Trzy życzenia? Pokój na świecie, zdrowie dla rodziny i wieczność z Julicą w łóżku. Nic więcej do szczęścia nie potrzebowałem.
A zresztą, sama Julcia w zupełności wystarczy.
O cholera, Julcia!
— Poprawka. Ja mam totalnie przerąbane! — z rezygnacją schowałem twarz w dłoniach.
Zan uniósł ze zdziwieniem brew. Wyglądał przy tym cokolwiek komicznie. W ferworze ucieczki zgubił jedno ramię tęczowych szelek, a drugie zwisało żałośnie. Z rozczochranymi, czarnymi włosami i skośnymi oczami przypominał chińskiego pieska, którego ktoś próbował utopić.
— Upiecze mi się?
— Może — mruknąłem. — Nawet jeśli policjanci odpuszczą, to dziennikarze na pewno nie. Już pewnie wiedzą, albo zaraz się dowiedzą. Dwanaście godzin i o wszystkim wie Julcia. Nie wrócę do Stanów żywy. Obiecała, że urwie mi łeb, ale to i tak nic. Coś czuję, że poodrywa różne części ciała, zrobi awanturę, a potem się wyprowadzi. Albo wręcz przeciwnie, na początku będzie udawać, że wszystko być w porządku, by potem wygonić mnie na kanapę. A na końcu jeszcze sprowadzi do domu kota. Na moje miejsce! Już raz tak zrobiła.
— Stary, twoja dziewczyna jest dziwna.
— Ale cóż zrobić, że ją kocham — rozłożyłem bezradnie.
Zan cicho parsknął śmiechem. Chyba chciał mi jeszcze dopiec, ale nagle drzwi otworzyły się z hukiem.
Synchronicznie podnieśliśmy głowy. Do pomieszczenia weszła policjantka, ta sama, która wcześniej wyprowadziła Aishę. Była ogromna. Miała conajmniej metr dziewięćdziesiąt wzrostu i ledwo zmieściła się w ramie. Krótkie, czarne włosy układały się na żelu w wojowniczego irokeza, a spod rękawów koszuli wyglądały tatuaże.
— Imidź stróża prawa? — szepnąłem po francusku do Zana.
— Świat idzie do przodu.
Kobieta odchrząknęła znacząco. Wyprostowaliśmy się gwałtownie, synchronicznie przełykając ślinę.
Usiadła po drugiej stronie stołu i chyba tylko cud sprawił, że nie pękło pod nią krzesło. Obok wcisnął się chudziutki, łysy facet o aparycji szczura. W dłoni ściskał notes.
— Walter Stephane Antiga i Zan Xi-Wang — Policjantka otworzyła przyniesione akta. — Panowie chyba pierwszy raz u nas?
— Powiedzmy, że jeszcze nie dane nam było zaznać piękna Włoch — mruknąłem. — Czy możemy się dowiedzieć, dlaczego nas zatrzymano? I gdzie jest Aisha?
— Wszystko w swoim czasie, chłopcze, wszystko w swoim czasie. — Uśmiechnęła się kpiąco. — Co więc sprowadza was do mojej jakże przepięknej ojczyzny?
Spojrzałem znacząco na Zan. Wyglądał jakby połknął kij od miotły. Wpatrywał się w jakiś punkt na ścianie, a w palcach obracał figurkę Pokemona, który przypominał głowę kalafiora.
— To może ja wyjaśnię — zrezygnowany przejąłem inicjatywę. Westchnąłem głęboko, przeczesałem palcami włosy i przybrałem najsmutniejszą minę na jaką było mnie stać. Działało w szkole, zadziała i teraz. —Moja kochana matula zmarła śmiercią tragiczną i bolesną trzy lata temu, zostawiając ogromną dziurę w sercach nie tylko pięciorga swoich dziatek, ale przede wszystkim męża, który kochał ją miłością bezgraniczną. Tatulo, człowiek o duszy wiernego psa, po śmierci mamy załamał się totalnie. Płakał, nie jadł, nie rozmawiał, snuł się po domu bez celu. Teraz po trzech latach to cień człowieka, którym kiedyś był. Więc ja, jako porządny syn postanowiłem coś w tym zrobić. Terapię szokową zastosuję, ot co. Pamięć wspaniałej mateńce przywrócę! Gdzie rodziciele byli, gdzie się kochali, tam i ja jestem, zdjęcia robię, wspomnienia spisuję. Potem to wszystko zbiorę i przekażę tatusiowi. Spać spokojnie znowu zacznie, pożegna się z mamusią jak należy. Oh, jak oni się kochali!
Chudy policjant jednocześnie wysmarkiwał nos w rękaw i ocierał łzy.
— Jakie to piękne, prawda Pomono?
Pomona pozostała niewzruszona. Uśmiechnąłem się więc przepraszająco, a potem wcisnąłem w krzesło, licząc, że może jednak zniknę. Podobno magiczne zdolności potrafią objawić się w najmniej spodziewanym momencie.
— A jak wyjaśni pan fakt, ucieczki przed członkami miejscowej mafii? — Uniosła kpiąco brew.
Z wrażenia obydwoje z Zanem aż spadliśmy z krzeseł. Znaczy Zan spadł, a ja w ostatniej chwili utrzymałem równowagę.
— Mafii? — wydukałem. — Znaczy się takiej prawdziwej? W garniturach? I z końskimi głowami?
Kobieta skrzywiła się tak, jakbym conajmniej przeklął całą jej rodzinę. Zaraz jednak znów spoważniała.
— Prawdziwą, choć konie to oni raczej tolerują. Czyli twierdzi pan, że nie wie do kogo pukał i przed kim uciekał?
— No nie wiem — wzruszyłem ramionami. — A wy skąd wiecie, że w ogóle uciekałem?
Nie odpowiedziała. Pstryknęła palcami, a szanowny kolego po fachu wręcz rzucił się na długopis.
— Mamy swoje sposoby. W takim razie, co robiliście w tamtej uliczce?
— Oh, to zupełnie przypadkowy adres — machnąłem lekceważąco ręką. — Był w starych listach mamy. Podobno kiedyś mieszkał tam staruszek, z którym przyjaźnili się rodzice. Mieliśmy nadzieję, że jeszcze żyję.
— Po trzydziestu latach?
— Ludzie są teraz długowieczni.
Policjantka ściągnęła podejrzliwie brwi. Mierzyliśmy się morderczymi spojrzeniami. Wytrzymałem długo, ale w końcu pierwszy odwróciłem wzrok. Wręcz czułem na skórze triumfalne spojrzenia.
Ale, hej bajarz ze mnie i tak niezły, co nie? Może minąłem się z powołaniem? Jak tylko wrócę do Francji to napiszę książkę dla dzieci. Taką edukacyjną.
Ta, ja i edukacja. Niech wypowiedzą się dziennikarze, którzy sfotografowali mój goły tyłek. Zdjęcie roku, serio.
— My naprawdę nic nie wiemy — odezwał się w końcu płaczliwie Zan. — Jesteśmy niewinni! Jak aniołki! Przysięgamy!
Pomona w zamyśleniu postukała palcami w blat.
— Powiedzmy, że nie specjalnie wierzę takim chłystkom jak wy — odezwała się w końcu. — Mam prawo zatrzymać was na dwadzieścia cztery godziny. Wierzcie mi chłopcy, noc w areszcie wielu rozplątała języki.
— Ale jak to?
Przerażony Zan aż poderwał się z krzesła. Znów próbowaliśmy protestować, ale nic to nie dało. Spróbowałem nawet powołać się na wizerunek sławnego koszykarza, ale jak widać policjantka nie interesowała się żadnym sportem.
— Gdzie jest Aisha? — zapytałem jeszcze w przypływie desperacji.
— Wasza przyjaciółka jest bezpieczna — powiedziała policjantka i tyle ją widzieliśmy.
Gdy zamknęły się za nami kraty, a pijak pod ścianą chrapnął przeciągle, wiedziałem już jedno:
Pierrette będzie mi wina dużo słoików Nuttelli.
Z wielką przyjemnością przedstawiam rozdział jedenasty. Przyznam, że pisało mi się go całkiem przyjemnie, choć wydaje się być trochę dziwny.
Od razu zapowiadam, że nie wiem, kiedy pojawi się kolejna część. Najbliższy tydzień będę miała bardzo, bardzo dziwny.
W każdym razie z niecierpliwością czekam na wasze komentarze.
Pozdrawiam
Violin
Z wielką przyjemnością przedstawiam rozdział jedenasty. Przyznam, że pisało mi się go całkiem przyjemnie, choć wydaje się być trochę dziwny.
Od razu zapowiadam, że nie wiem, kiedy pojawi się kolejna część. Najbliższy tydzień będę miała bardzo, bardzo dziwny.
W każdym razie z niecierpliwością czekam na wasze komentarze.
Pozdrawiam
Violin
![]() |
| My? Winni? Jak pan śmie?! |

Pretty wpadła po uszy, choć trudno jej to przyznać przed samą sobą. Jest totalnie zauroczona w Mateuszu, czego dowodem są jej reakcje na jego widok czy samo wspomnienie. Zresztą, działa to też w drugą stronę ^^ siatkarz najpierw zaprosił ją na mecz, a potem wysłał koszulkę ze swoim imieniem. Jest co raz odważniejszy w swoim "flircie". Ich pierwszy pocałunek to tylko kwestia czasu, w końcu ciągnie ich do siebie :) Szkoda tylko, że są w dość skomplikowanym położeniu. Raczej trudno im wróżyć happy end, chociaż niecierpliwie czekam jak to rozwiniesz :)
OdpowiedzUsuńAmelia nadal sieje zamęt i jest jeszcze bardziej bezczelna niż mogłoby się wydawać! Niech ten Nico jak najszybciej wprowadza w życie swój nie zgodny z prawem plan, który wyplewi z życia jego ojca tego chwasta! Ale żeby rzucić się mu na szyję po wygranym meczu? Co to było? Wygrana w Plus Lidze albo Lidze Mistrzów? ^^ I na domiar złego musiała to zobaczyć Stephanie! Jej obecność jest dowodem na to, że razem z mężem nie potrzebują pomocy osób trzecich, aby uratować ich miłość. Sami podświadomie wiedzą, co zrobić, aby to wszystko odbudować. Szkoda tylko, że była świadkiem owej sceny. Biedna Pretty poświęciła prawie swoje cenne życie, aby nie pojawiło się to w TV! I żeby matka tego nie widziała! Ale niestety, los jest cholernie niesprawiedliwy. Absolutnie nie dziwię się Stephanie, że poczuła się okropnie. Ten widok na pewno sprawił jej wiele bólu :(
Dodałam dwa do dwóch, złączyłam kilka kabelki w mojej głowie i obstawiam że Julcia nazywa się Julia Drzyzga xD Zgadłam? ^^
Lubię Walta i Julcię. Są zabawną parą :) Doskonale można wyczuć miłość pomiędzy nimi. Chłopak, niby taki gwiazdor, a cały czas myśli tylko o niej. To na prawdę dobrze o nim świadczy :)
Ale! Nasza trójca wylądowała na włoskiej ziemi ... i trafiła na włoską mafię ;o To trza mieć "szczęście"! Ale jeśli ta mafia ma coś wspólnego z przeszłością Stephana, to nie dziwię się że nie ma o tym nawet wzmianki! Jednak to nie był koniec pecha. Po brawurowej ucieczce cała trójka wpadła w ręce włoskiej policji ^^ nie rozumiem kompletnie tego zatrzymania, ale policja to policja. Oni mają swoje widzi mi się :D Z dwojga złego to chyba lepiej że Walt wpadł w ręce pani Pomono niż w ręce wściekłej Julci xD
Czekam niecierpliwie na dalszą część ^^ Pozdrawiam!
Wiedziała, że ktoś w końcu doda dwa do dwóch i odkryje, kim jest Julcia. Ale nie będę rozwijała tego wątku. To tylko takie mrugnięcie okiem do czytelników ;)
UsuńCo do Pierrette i Mateusza, to nic nie powiem. Tylko tyle, że mam pewien pomysł na nich. Nie oczywisty, to prawda.
Oj, a kto powiedział, że Julcia nie dobierze się Walterowi do skóry? Tak łatwo to nie będzie.
Bardzo, bardzo dziękuję za komentarz!
Pozdrawiam
Violin
Witam serdecznie! Świetna historia. Przeczytałam wszystko w 1 dzień :D Z niecierpliwością czekam na ciąg dalszy.
OdpowiedzUsuńZapraszam do siebie na mojego bloga https://przeznaczenisobiee.blogspot.com Dopiero zaczynam swoją przygodę z pisaniem i mam nadzieję że będziesz do mnie wpadać :)
Pozdroo A!
Pierette im dłużej przebywa w przeszłości, tym mocniej przyzwyczaja się do obecności Mateusza w jej życiu.
OdpowiedzUsuńChłopak z dnia na dzień jest dla niej coraz bliższy i sama powoli sobie uświadamia, że zwyczajnie się w nim zauroczuła. Zresztą tak samo, jak on w niej. O czym świadczy, choćby ten gest z koszulką czy ich rozmowa tuż przed meczem.
Mateusz staje się coraz odważniejszy i jestem pewna, że będzie próbował jeszcze bardziej zbliżyć się do Pierette.
Która także bardzo często o nim myśli i lubi wspólnie spędzać czas. Przy nim mimowolnie zapomina o Theodorze, co akurat bardzo mnie cieszy. Oby do czasu powrotu "pan idealny" całkowicie stał się jej obojętny.
W normalnych okolicznościach mocno kibicowałabym relacji jej i Mateusza, ale niestety tutaj wszystko jest dużo bardziej skomplikowane i ta dwójka nie ma praktycznie żadnych szans na wspólną przyszłość. Choć w sumie tutaj wszystko jest możliwe, więc kto wie? 😉
Niepokojące są tylko nowe informacje od Ivy. Nie dość, że przyszłość nieustannie się zmienia, to w dodatku nad Pierette ciąży groźba zostania w przeszłości na zawsze. Mam nadzieję, że mimo wszystko do tego nie dojdzie.
Choć Amelia niczego nie ułatwia i pozwala sobie na coraz więcej. Co to rzucenie się na Stephana miało znaczyć? Czy ta kobieta ma w sobie w ogóle, choć gram wstydu? Stephane zresztą też mógłby ruszyć głową i odepchnąć ją od siebie. Co się z nim w ogóle dzieje? Jak mógł się aż tak zmienić?
Nicolas naprawdę musi się pośpieszyć ze swoim nielegalnym planem pozbycia się Amelii. Straszmie ciekawi mnie, co to za plan. Mam tylko nadzieję, że nie narobi sobie przez niego kłopotów.
Najbardziej szkoda mi w tym wszystkim Stephanie, która musiała okropnie się poczuć, gdy na własne oczy była świadkiem, jak Amelia klei się do jej męża. Nic dziwnego, że zareagowała jak zareagowała. Nie dość, że wciąż martwi się tym szantażem to teraz doszła jej jeszcze rywalka, a Stephanie ma coraz mniej sił do walki o swoje małżeństwo. Pierette musi naprawdę szybko coś wymyśleć, inaczej jej rodzina się rozpadnie.
Pożegnanie Walta z Julką było dla niego nie lada wyzwaniem. On bez niej po prostu nie może żyć. Dziewczyna naprawdę musi być wyjątkowa.
Włochy niestety nie przywitały przyjaźnie naszej trójki detektywów. Noe dość, że mieli do czynienia z wyjątkowo nieprzyjaznymi i groźnymi typami, to jeszcze policja zatrzymała ich bez żadnego powodu. Ta tajemnica z przeszłości Stephana staje się coraz groźniejsza, skoro prawdopodobnie wmieszana jest w to mafia. Nie mogę się już doczekać, aż w końcu dowiem się o co tu tak naprawdę chodzi.
Czekam z niecierpliwością na następny rozdział. 😊
Czy niemożliwe? Jak to ostatnio powtarza w spotach Develpresu Stephane –– nic nie jest niemożliwe ;)
UsuńAmelia od samego początku miała być irytująca i cieszę się, że taka właśnie wyszła. A to jeszcze nie koniec.
Co do mafii i tajemnic, to jeszcze przez chwilę potrzymam was w niepewności. Cóż, takie przywileje autorki.
Bardzo, bardzo, dziękuję za komentarz!
Pozdrawiam
Violin
Polly oficjalnie zauroczyła się w Mateuszu! ^^ Już ja swoje wiem haha :D Mimo że stara się odeprzeć od siebie ten fakt to jej reakcje i zachowanie mówią same za siebie :) Co tam taki Theo, kiedy jest Mati ^^ I to taki Mati! Zaprosił Polly na mecz i zadbał o wszystko. Absolutnie o wszystko. Nawet zaopatrzył dziewczynę w koszulkę ze swoim nazwiskiem :) I zrobił to w sposób dla mnie romantyczny, więc się rozpływam <3 Polly nie miała więc wyjścia i udała się na mecz w uroczym wdzianku :D
OdpowiedzUsuńPrzy okazji spotkała Nico i swoje młodsze rodzeństwo... Znajoma sceneria, więc nie dziwię się jej, że czuła się jak w "domu". Nico nie pomyślał, żeby przekonać Stephanie do pójścia na mecz, za to twierdzi, że już dopracował plan pozbycia się Amelii. I nie mogę się doczekać, aż go poznam, bo ta kobieta jest skrajnie irytująca i działa na moje już zszargane nerwy haha :D Także Nico pochwal się!
Scena Mateusza i Polly przed meczem totalnie mnie zachwyciła! Tak, oni oboje są sobą zauroczeni i nie ukryją tego! Ale czemu Polly nie dała mu motywującego buziaka? :( Jestem pewna, że siatkarz byłby tam zachwycony :) Ale fajni są razem :)
Kurczę :( Onico wygrało mecz, wszyscy byli zadowoleni... Wszyscy poza Stephanie, która postanowiła zrobić niespodziankę mężowi i pojawić się na meczu. Absolutnie nie dziwi mnie jej reakcja, bo która kobieta byłaby zadowolona, gdyby widziała inną wieszającą się na jej mężu? Kurczę, Stephane, co się z Tobą dzieje? Serio, nie potrafię go rozgryźć. Biedna Polly ryzykowała swoim życiem, aby kamery nie uwieczniły tego momentu, ale na co to, skoro Stephanie widziała wszystko na żywo? Kobieta ma dość swoich zmartwień, niepokoi się sytuacją w domu, szantażami, a Stephane zachowuje się tak jakby wszystko było mu obojętne. Chyba przydałaby mu się jakaś terapia wstrząsowa, czy coś. Nico działaj i pozbądź się Amelii raz na zawsze!
Tak coś czułam, że wyprawa trójki detektywów do Włoch będzie obfitowała w ciekawe wydarzenia i nie pomyliłam się. Ale mafia? ;o No dobra, tego to się nie spodziewałam! Co mafia ma z tym wszystkim wspólnego? Jestem coraz bardziej zaintrygowana jak i zaniepokojona, tym, co teraz będzie. W dodatku Walt, Aisha i Zan zostali zatrzymani przez włoską policję. Lepiej być po prostu nie mogło! Oby udało im się z tego wykaraskać, w końcu mają ważne zadanie do wykonania!
Czekam na nowość z niecierpliwością :)
Pozdrawiam ;*
Cała sytuacja z Stephanem i Stephanie jest totalnie pogmatwana, ale spokojnie w końcu się wyjaśni. A co do mafii, to jeszcze nie powiedzieli ostatniego słowa ;)
UsuńBardzo dziękuję za komentarz!
Pozdrawiam
Violin
Widać, że Polly przywiązała się do Mateusza i jego towarzystwa, jednak przez tą podróż do przeszłości wszystko jest mocno skomplikowane. Jednak dobrze wiedzieć, że dziewczyna ma kogoś, dzięki komu może przez moment nie myśleć o tym, w jakim celu znalazła się w przeszłości, a za to może spędzić miło czas.
OdpowiedzUsuńZaproszenie na mecz, podarowanie swojej koszulki meczowej z numerem było niezwykle romantyczne ze strony Mateusza. Jednak zrobiło mi się smutno, kiedy przeczytałam o Stephanie chcącej zrobić niespodziankę mężowi, a tymczasem widziała głupią Amelię przytulającą Antigę... Stephane musi koniecznie oprzytomnieć i zawalczyć o małżeństwo, bo w przeciwnym razie, jeśli nie uda się Polly i Nicolasowi pomóc rodzicom nie będzie za wesoło.
Tymczasem we Włoszech nasi trzej agenci spotkali mafię! Szok! Prawdziwa włoska mafia, ale co ona ma wspólnego z całą sytuacją?! Tyle pytań, tyle pytań, a póki co brak odpowiedzi! I jeszcze ta policja... Nie liczyłam na brak przygód tej trójki, bo oni razem równa się zawsze kłopoty, ale mafia i policja jednego dnia? Brawo!
Nie mogę się doczekać tego, jak wszystko potoczy się dalej.
Buziaki!
Tia... Walt, Aisha i Zan zawsze muszą wpakować się w kłopoty. Trochę jak wielka Trójca w Harrym Potterze. A to jeszcze nie koniec ich przygód.
UsuńBardzo dziękuję za komentarz!
Pozdrawiam
Violin
Ja nie wiem, jakim cudem nie zauważyłam rozdziału XD
OdpowiedzUsuńPretty ma nowego chłopaka, nowego chłopaka! Nie jakiś tam Theodor, choć mam nadzieję, że jeszcze się pojawi, bo z jakiegoś powodu lubię, gdy jest bity przez Waltera xD
Kurde, z jednej strony chcę żeby Pretty była z Mateuszem, ale to byłaby niesamowicie smutna relacja. Już to mówiłam, ale powtórzę, bo to chodzi cały czas za mną jak tyłek Julci po głowie Waltera.
Polly będzie w końcu musiała wrócić do teraźniejszości, prawda? Co wtedy z ich uczuciami? Nie będzie happy endu :c Chyba, że stanie się coś superowego, czego nawet moje teorie spiskowe nie przewidziały. Ale to by było super!
Strasznie szkoda mi Stephanie, ona tak kocha męża, a ten zamiast coś zrobić, tak bardzo ją rani. Ja nie wiem co ten typ sobie myśli. Amelia Amelią, ale Stephan to już całkiem straszna dupa. Mam wrażenie, że on myśli, że "samo się rozwiąże".
Mam nadzieję, że idzie za tym jakaś grubsza sprawa, np. nie może powiedzieć nikomu całej prawdy, bo Sebixy Amelii ukradną mu rower, czy coś. No, inaczej nie potrafię wytłumaczyć sobie jego zachowania.
Już nawet wyobrażałam sobie walkę mateczki z Amelią, żeby się jej pozbyć (Amelii - nie mateczki #teamStephanie).
WALTER! Uwielbiam go, jest nadal moją ulubioną postacią. Pomijam już jego przemyślenia, bo to jest istna perfekcja. Zawsze chce mi się śmiać, gdy się odzywa i robi jakże przemyślane akcje. Serio, Walt? Włamywać się do mieszkania mafii? Myślę, że policja też uważa Walta, Zana i Aishę za ich członków, lub innych nikczemnych gości. Wcale się nie zdziwię, jak Julcia zobaczy na Pudelku "WALTER ANTIGA CZŁONKIEM WŁOSKIEJ MAFII! PRZYŁAPANY!". Myślę, że jej opierdziel to nic w porównaniu z potencjalnym zawałem ojca XD
Czekam na następny rozdział, tym razem postaram się nie przegapić xD
Pozdrawiam bardzo serdecznie
Eden
https://untilthedawn.blogspot.com/
Eh, ja mam tak często z komentarzami. Wydaje mi się, że coś skomentowałam, a potem okazuje się, że jednak tego nie zrobiłam. Szczególnie częste, gdy zaczyna mi wariować urządzenie i nie zauważam, że jestem niezalogowany.
UsuńCała sytuacja z Mateuszem i Pretty jest trochę pogmatwana, ale spokojnie jakoś skończyć się musi. A co do Theodora, to nie mogę obiecać, że się jeszcze pojawi, ale dlaczego by nie? Szczególnie w roli worka treningowego dla Waltera xD.
Bardzo dziękuję za komentarz!
Pozdrawiam
Violin