Warszawa, 15 luty 2019
Tak naprawdę to nie wiedziałam, czego spodziewałam się po przebudzeniu. Że to wszystko jednak okaże się głupim snem? Że obudzę się w domu, nawet w szpitalu, ale przynajmniej w swoim czasie? Że okaże się, że oświadczyny Theodora były dla mnie tak dużym szokiem, że straciłam przytomność?
Nic takiego się jednak nie stało. Gdy w końcu otworzyłam oczy nadal byłam w tajemniczym mieszkaniu w Warszawie. Za dnia wyglądało ono trochę przyjaźniej niż w nocy. No może po za kolorową spódnicą, która nadal wisiała w szafie.
Po kilkugodzinnym śnie mój mózg również był jakoś bardziej przyjazny dla otoczenia. Przynajmniej teoretycznie. Zaczął bowiem od jakże ambitnej decyzji, by w końcu zdjąć z siebie tę przeklętą sukienkę. Zaczynałam mieć odciski od ramiączek, a wierzcie mi, niezależnie od tego, w którym dziesięcioleciu się znalazłam, nie chciałam wyglądać jak zebra.
Choć z drugiej strony, zebry to takie sympatyczne zwierzęta. I mają w miarę spokojne życie. Nie muszą przejmować się podróżami w czasie. Chyba. Bo przyznam, że nigdy nie słyszałam o zabójczej zebrze skaczącej pomiędzy epokami.
Ku mojemu jeszcze większemu zdziwieniu tuniki w szafie pasowały idealnie. Dodatkowo kwieciste wzory i delikatne koronki sprawiały, że zdawały się być wręcz stworzone dla mnie. Tak jakby zostały dosłownie wyjęte z mojej szafy. Dodatkowo na najwyżej półce znalazłam czarne legginsy i wysokie trampki.
Które oczywiście musiały mieć kształt mojej stopy. Co oznaczało, że wszechświat robi sobie żarty. I raczej nie dostanie za nie nagrody dla „Komika roku”.
— Od teraz zachowujesz się jak dorosła, odpowiedzialna kobieta — powiedziałam swojemu odbiciu w wąskim lustrze. — Logicznie przeanalizujesz zaistniałą sytuację, wyciągniesz wnioski, a potem znajdziesz rozwiązanie.
Ta, a Walter się ustatkuje. Czy nie za wiele wymagam od wszechświata?
Jakże ambitny plan bycia poważną kobietą zaczęłam od zajrzenia do lodówki. Tata zawsze powtarzał, że myślenie na głodniaka kończy się kiepskimi pomysłami, a ja zamierzałam go słuchać. Niestety ten, kto zadbał o ubrania w szafie, zapomniał o jedzeniu. W lodówce znalazłam tylko jeden owocowy jogurt, który pożarłam łapczywie. W końcu do kolacji z Theodorem jednak nie doszło, więc chyba miałam prawo być głodna?
Gdy już odhaczyłam jedzenie ( Ciekawe, czy jest jakieś biuro podróży zajmujące się podróżami w czasie? Powinnam zgłosić reklamacje! Toż to skandal, by na pięciogwiazdkowej wycieczce nie było porządnego jedzenia!).) jeszcze raz rozejrzałam się po mieszkaniu. Oprócz głównego pokoju była tu jeszcze mikroskopijna łazienka. Nie znalazłam w niej żadnego puchatego ręcznika czy też mojej ukochanej różowej szczoteczki.
Przejechałam językiem po zębach. Ile wytrzymają bez czyszczenia? Trochę na pewno. Ale jeśli naprawdę cofnęłam się w czasie, to nie miałam zamiaru zabijać ludzi oddechem.
Stanęłam więc przed kolejnym jakże fascynującym wyzwaniem — jak w legalny sposób za darmo zdobyć szczoteczkę i pastę do zębów.
Z tym problemem poradziłby sobie chyba tylko Interpol.
I nagle m nie oświeciło. Przecież w portfelu była jakaś kasa.
Masochistycznie przywaliłam sobie w czoło, a potem wróciłam do salonu.
I tam znów zamarłam. Torebka wisiała na wieszaku na drzwiach, czyli tam, gdzie zostawiłam ją poprzedniego dnia. Tylko, że obok wisiał płaszcz. Czerwony, z czarnymi guziczkami. Pod nim stały niskie, zimowe buty. Może i byłam trochę otumaniona, ale miałam pewność, że te dwie rzeczy pojawiły się w nocy.
Co prezentowało się przerażająco. Bo mogło oznaczać, że ktoś był w mieszkaniu, gdy spałam.
Bardzo ostrożnie, nie odrywając wzroku od kurtki, otworzyłam torebkę. Tak jak przypuszczałam, w portfelu znalazłam pieniądze. Nie było ich jakoś bardzo dużo, ale wystarczyło na zakup jedzenia, czy podstawowych środków higieny. Bo co jak co, ale nie uśmiechało mi się robienie za neandertalczyka. Takie plany miałam dopiero na emeryturę.
— Jakiś chleb, masło, coś do chleba, szczoteczka — wyliczałam, cofając do kuchni. — Wodę mogę chyba jeszcze pić z kranu… Ciekawe jak długo tu będę… O cholera! Co to niby ma być?! — zamarłam, a krew dosłownie odpłynęła mi z twarzy. Zauważyłam bowiem, że na blacie w kuchni leży mały, oprawiony w skórę notatnik, z długopisem za okładką. I nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że jeszcze kilka minut wcześniej go tam nie było.
— Znów robi się dziwnie. — Ostrożnie dźgnęłam palcem zeszyt. Ten zadrżał nieznacznie, a potem tak po prostu się otworzył.
Magia, kuźwa, magia! Zostałam czarownicą! Muszę załatwić sobie czarnego kota, kociołek i miotłę. I przefarbuje się na rudo! I będę latała o północy nad Paryżem!
Tylko może niekoniecznie nago. Bo tata mógłby się zdenerwować.
Nagle do głowy przyszła mi jeszcze jedna myśl. Odwróciłam się na pięcie i wzniosłam ręce ku sufitowi.
— Szanowna telewizjo! — krzyknęłam. — Jeśli to jeden z waszych wyjątkowo bezmózgich programów, to uprzejmie informuję, że nie wyraziłam zgody na publikacje mojego wizerunku. Wytoczę wam sprawę sądową! I zdobędę milionowe odszkodowanie! Będę się pławić w luksusach! I wybuduję basen pełen eko-żelków. Żeby nawet weganie mogli się w nim kąpać! I co mi teraz zrobicie?!
Nie uzyskałam odpowiedzi. W mieszkaniu nadal panowała cisza.
Z rezygnacją opuściłam ręce. Kolejna teoria upadła z hukiem, łamiąc sobie kości.
Wróciłam do analizowania tajemniczego zeszytu. Przez chwilę przyglądałam mu się uważnie. Nie wydawał się być groźny. Niepewnie wzięłam do ręki długopis i w zamyśleniu przygryzłam skuwkę. Co twórczego mogłabym napisać…
Nazywam się Pierrette Antiga… zaczęłam na próbę.
— No normalnie nobel z literatury gwarantowany — prychnęłam. — Ta głębia, ta fabuła, ta inwencja twórcza!
Ale ku mojemu ogromnemu zdziwieniu notes znów zadrżał, a na białych kartkach, jakby z nikąd, zaczęły pojawiać się kolejne litery.
Wiem, jak się nazywasz.
Odskoczyłam przerażona. Super! Miałam swój własny, gadający zeszyt! Jeśli w łazience znajdę morderczego węża i nieśmiertelnego ptaka, to idę kupić sobie okulary i dorysowuję na czole bliznę. Jak już idziemy na całość, to raz, a porządnie!
Po kilku sekundach namysłu ponownie chwyciłam za długopis.
A wiesz, po co tu jestem? — nabazgrałam.
Masz zadanie do wykonania — notes nie potrzebował czasu.
Jakie niby znowu zadanie?! — czułam, że ciśnienie skacze mi jak szalone.
Dowiesz się w swoim czasie.
Prychnęłam kpiąco. W swoim czasie?! Co to w ogóle oznaczało?!
À propos czasu…
I naprawdę cofnęłam się w przeszłość?
Tak.
Jak niby mam sobie tu poradzić?
Wymyśl coś. Jesteś mądrą osóbką.
Kim ty w ogóle jesteś, by tak mówić?!
Na to pytanie już nie uzyskałam odpowiedzi. Czekałam kilka minut, ale zeszyt pozostawał niewzruszony. Zamknęłam go z rezygnacją, a potem powlokłam się z powrotem do łóżka. Położyłam się na wznak, wzrok wlepiając się w sufit. Próbowałam przetworzyć, co właśnie się stało.
Rozmawiałam z gadającym zeszytem. Który stwierdził, że cofnęłam się w czasie. I że mam tutaj jakieś bardzo, bardzo ważne zadanie do wykonania. To była szalone i porąbane. Totalnie nielogiczne. Przecież kurczę, takie rzeczy nie dzieją się w prawdziwym życiu, prawda? W książkach czy filmach owszem, tam owca może zostać baletnicą, a niedźwiedź grizzly amerykańskim konsulem.
Ale normalnie nie ma szans, by jakikolwiek konsul chodził bez gaci i wyjadał miód biednym pszczółkom!
Zamknęłam oczy, bardzo powoli policzyłam do dziesięciu, a potem je otworzyła. Nic się jednak nie stało. Nadal leżałam na łóżku, gdzieś w Warszawie, dwadzieścia lat przed oświadczynami Theodora.
Co oznaczało, że mam dwadzieścia lat do namysłu. Będę mogła zrobić mnóstwo tabelek z plusami i minusami.
Nagle usiadłam gwałtownie. Zdałam sobie sprawę z bardzo ważnej rzeczy. Skoro cofnęłam się w czasie, to mama nadal żyła. Była gdzieś tam, cała i zdrowa. Śmiała się, złościła albo płakała, ale żyła!
Jęknęłam przeciągle. Schowałam twarz w poduszce, czując, że zaraz znów się rozpłaczę. Niczego nie pragnęłam tak bardzo jak ponownego spotkania z mamą. Chciałam ją znaleźć, przytulić i już nigdy nie zostawiać. Chciałam znów usłyszeć jej śmiech, zobaczyć uśmiech. Porozmawiać choć przez kwadrans. Powiedzieć, by na siebie uważała, by regularnie robiła badania.
Chciałam by po prostu była.
Zsunęłam się z łóżka i na drżących nogach podeszłam do okna. Osiedle już od dawna musiało tętnić życiem. Jakaś staruszka karmiła miejskie gołębie. Wystraszony ojciec gonił roześmianego trzylatka, nieudolnie próbując założyć mu czapkę. Pod sklepem plotkowały dwie mamy z głębokimi wózkami.
Przełknęłam głośno ślinę. Nie pamiętałam gdzie mieszkaliśmy w Warszawie, ale wiedziałam, że mama gdzieś tam jest. I niczego nie pragnęła tak bardzo jak ją znaleźć.
Bardzo powoli wycofałam się do kuchni. Jeśli magiczny zeszyt naprawdę był odpowiedzialny za całe to zamieszanie, to musiał znać odpowiedzieć na jeszcze jedno pytanie.
Skąd wzięła się w szafie Spódnica? Nabazgrałam na kolejnej stronie. Skąd ją wziąłeś i dlaczego przeniosłeś do przeszłości.
W napięciu czekałam na odpowiedź. Minutę, dwie...
Nic się jednak nie wydarzyło. Kartka pozostała pusta. Jak widać wszechświat nie chciał wiedzieć, dlaczego zadręcza mnie przeszłością... znaczy się przyszłością, znaczy się....
No durny jest i tyle!
— Ale ty nie jesteś durna — skarciłam samą siebie. — I ogarniesz rzeczywistość! Tak właśnie będzie! Myśl, myśl, myśl — Usiadłam na kuchennym blacie. Przez chwilę myślałam tak intensywnie, że nawet Kubuś Puchatek byłby ze mnie dumny. Może nawet podzieliłby się baryłķą miodu?
W końcu, po jakże intensywnym wysiłku umysłowym ( znów poczułam głodek), zdecydowałam się na krok drastyczny, wręcz brutalny. Z sadystyczną przyjemnością wyrwałam z zeszytu jedną stronę. A niech ma za swoje i też trochę pocierpi.
Postanowiłam pierwszy raz w życiu zrobić skrupulatny plan działania.
— Zacznijmy od jedzenia. Muszę w końcu coś jeść. No chyba, że w ramach protestu urządzę głodówkę. Ale przeciw komu miałabym niby protestować? Więc lepiej będzie jeśli zostanę przy życiu.
Zapisałam pierwszy punkt — znaleźć jedzenie. Przez moment poczułam się niczym człowiek pierwotny i do szczęścia brakowało mi już tylko maczugi.
Ewentualnie mamuta. Ale nie jestem przekonana, czy byśmy się dogadali.
— Okej, myśl dalej. Skoro zostaniesz tu na dłużej, to pieniądze kiedyś się skończą. Musisz więc znaleźć pracę. Jakąkolwiek. Tylko jak to zrobić bez dokumentów! Przecież nikt nie zatrudni ducha! No chyba, że dom strachów w wesołym miasteczku. Ale chyba nie zbuduję kariery na straszeniu małych dzieci!
Ta, tata raczej by tego nie pochwalał.
Zirytowana zaczęłam przeszukiwać szuflady w kuchni. Znalazłam w nich masę zupełnie dziwnych rzeczy — gumową kaczkę, dwa chińskie ciasteczka ( które momentalnie pożarłam, w końcu wszechświat nie dba o wyżywienie swoich pracowników), plastikową czaszkę, trzy formy na babeczki ( niestety bez babeczek) i…
— Okej, mam nadzieję, że to nie jest wyposażenie misji! — krzyknęłam w przestrzeń, widząc na dnie szuflady pojedynczą prezerwatywę.
Serio, nie chciałam wiedzieć, kto był odpowiedzialny za dobór sprzęty, ale rzeczywistość powinna go zwolnić.
W końcu, za koszem pod zlewem znalazłam cieniutką teczkę. Otworzyłam ją z nadzieją, że w środku znajdę jakiekolwiek dokumenty.
I ku mojemu zaskoczeniu tym razem musiałam wszechświatowi pogratulować. Dokumentów nie było specjalnie dużo, ale najważniejsze owszem. Tylko, że wszystkie były wystawione na nazwisko Pénélopa Bernard.
Westchnęłam głęboko. Czyli naprawdę miałam do wykonania jakąś misję. Nie wiedziałam jaką, nie wiedział, ale musiałam coś zrobić. Gdyby to były tylko przypadkowe przenosiny w czasie, to nie czekałoby na mnie mieszkanie i nowa tożsamość.
— To jest totalnie porąbane — stwierdziłam, przyglądając się nowemu aktowi urodzenia. — Cofnęłam się w czasie. I to incognito. I jeszcze ktoś każe mi ratować świat! Co ja jestem, Kapitan Marvel?!
No dobra, z tym ratowaniem świata to przesadziłam. Po pierwsze, nigdy nie wcisnęłabym się w lateksowe rajtuzy, a po drugie, nie miałam żadnych super mocy.
Byłam tylko zwykłą Pierrette. Ostatnią osobą, której powinno powierzać się ważne zadania.
Zamknęłam teczkę, a potem jeszcze przez chwilę pustym wzrokiem wpatrywałam się w kuchenny blat. Czy to wszystko działo się naprawdę? Czy przez przypadek stałam się częścią historii rodem z kiepskich amerykańskich filmów?
Stanowczo pokręciłam głową. Za dużo myślisz Pretty, zdecydowanie za dużo. A nadal nie zadbałaś o pełnowartościowe śniadanie. Tata złapałby się za głowę, gdyby zobaczył, jak się odżywiasz!
Chyba właśnie myśl o tacie dodała mi energii. Zamiast więc wrócić do łóżka, by dalej rozpaczać nad sensem życia, zgarnęłam portfel, narzuciłam płaszcz, a potem w końcu wyszłam na zakupy.
Najbliższy sklep znajdował się na skraju osiedla. Nie był jakoś bardzo duży, ale przestronny i dobrze wyposażony. Dochodziła dwunasta, w piątek, więc w środku prawie nie było ludzi. Co oczywiście było mi bardzo na rękę. Oczami wyobraźni już widziałam spojrzenia współtowarzyszy niedoli, gdy macałabym drzwi lodówki, w poszukiwaniu informacji o walorach odżywczych pomidora.
Ta… niby tylko dwadzieścia lat w przeszłość, a taka różnica.
Nie spieszyłam się specjalnie z zakupami. Musiałam dokładnie przemyśleć każdy produkt, a nie byłam w tym najlepsza. Kiedyś tego typu sprawami zajmowała się mama — zawsze doskonale wiedziała co i w jakiej ilości kupić, by się nie zmarnowało. Po jej śmierci tata próbował robić podobnie, ale był zbyt załamany, by zachowywać się racjonalnie. Zdarzało się, że przynosił do domu cztery kilogramy bananów, jednocześnie zapominając o maśle. Zakupy przejął więc najpierw Walter, a potem ja. Tylko, że żadne z nas nigdy nawet nie zbliżyło się do poziomu mamy.
Akurat rozważałam, czy parówki Tygryska mają coś wspólnego z prawdziwymi tygrysami ( nigdy nic niewiadomo), gdy usłyszałam za sobą głośny huk, a potem francuskie przekleństwo. Odwróciłam się na pięcie i zamarłam.
To była ona. Mama. Młodsza o te dwadzieścia lat, jeszcze bez tylu zmarszczek, bez siwych włosów. Bez długiej, kolorowej chustki na głowie i z brwiami, ale nadal mama. Tego byłam pewna. Kucała w alejce z ciastkami i pospiesznie próbowała pozbierać strącone opakowania. Obok stał głęboki, bliźniaczy wózek.
— Wszystko w porządku? — zapytałam po francusku, podchodząc bliżej.
Podniosła głowę i uśmiechnęła się smutno, słysząc rodzimy język. Poczułam dziwny ucisk w żołądku, chciało mi się wyć. Z trudem stłumiłam chęć rzucenia się jej na szyję. Minęły trzy lata od jej śmierci, a znów miałam wrażenie, jakby to było wczoraj.
— Jak najbardziej — odpowiedziała, a przez moje ciało przeszedł dreszcz. Jak ja doskonale pamiętałam ten głos! — Po prostu ostatnio wszystko leci mi z rąk. Zresztą ten wózek jest strasznie nieporęczny.
Nie byłam wstanie wykrztusić choćby słowa, więc tylko ze zrozumieniem pokiwałam głową. Schyliłam się, by pomóc mamie pozbierać pudełka. Miałam też okazje, by przyjrzeć się jej uważnie. Starałam się chłonąć każdy szczegół, ale uderzyło mnie, jak bardzo wydawała się być zmęczona. Długie, jasne włosy niestaranne spięła szeroką spinką. Pospiesznym makijażem próbowała ukryć ogromne cienie pod oczami i wręcz przeraźliwie ziemistą cerę.
Przez ułamek sekundy przeszło mi przez myśl, że może „to” już się zaczęło. Że jakimś cudem mama tak naprawdę zachorowała dwadzieścia lat wcześniej, tylko doskonale się maskowała.
Ale zaraz odrzuciłam tę teorię. Pamiętałam mamę żywą i pełną energii. Tańczącą flamenco i jeżdżącą na łyżwach. Nie mogła być wtedy chora.
— Dziękuję za pomoc. — Gdy wszystkie pudełka wylądowały na półce, mama po raz kolejny obdarzyła mnie uśmiechem.
— To nic takiego — wydukałam, siląc się na beztroski ton. — Naprawdę, ja…
Nagle z wózka dobiegł głośny płacz. Mama westchnęła głęboko, a potem pochyliła się nad wózkiem i wyciągnęła niemowlaka w niebieskiej kurteczce i z czupryną jasnych włosów na głowie.
— Hej, co się stało, Terry? Znów marudzisz?
I nagle dotarło do mnie, kogo mama trzyma na rękach. To był przecież Walter! Mój Walt, mój irytujący brat bliźniak!
A skoro to był Walt, to znaczyło, że w drugiej gondolce spała...
— Pierrette raczej nie powinna się obudzić — powiedziała mama, uspokajająco kołysząc Waltera. — Jest spokojniejsza. Co do zasady. Chyba, że coś ją bardzo zdenerwuje. Wtedy potrafi się wciec. Jeśli oczywiście można to nazwać wciekaniem się. Ma tylko cztery miesiące, więc jej zdolności wyrażania uczuć są dość ograniczone.
Przełknęłam głośno ślinę. Nie wiem, co mną kierowało, ale pochyliłam się nad wózkiem. Miałam gdzieś, czy zaraz świat rozpadnie się na kawałki, wciągnie nas czarna dziura albo wszyscy zamienimy się w plamy ektoplazmy.
Zresztą muszę to przyznać z nieukrywaną dumą — byłam naprawdę uroczym dzieckiem. Niedużym, pulchniutkiem niemowlakiem, z meszkiem ciemnych włosów na czubku głowy. Ubrana w różową kurteczkę w słonie wyglądałam jak laleczka.
— Jest... słodka - stwierdziłam.
Cholera, ale to było idiotyczne uczucie! Mówić o sobie w trzeciej osobie.
Chyba mała ja doszła do tego samego wniosku, bo niespodziewanie otworzyła oczy i spojrzała na mnie z zaciekawieniem.
Znaczy się na siebie. Znaczy na mnie, znaczy się....
Ugh, znowu to samo!
— O nie... — nieznanych mi powodów jęknęła mama.
I dokładnie w tym momencie, mała Pretty zaczęła się śmiać. Tak po prostu, czystym, beztroskim dziecięcym śmiechem.
— Okej, to już jest dziwne.
Spojrzałam zaskoczona na mamę
Dlaczego fakt, że mała ja się śmiała miałby niby być dziwny?
— Pretty nie cierpi obcych — wyjaśniła. — Zawsze na ich widok wybucha płaczem. Dlatego wychodzę z maluchami do sklepu tylko gdy mam pewność, że nie będzie tłumów.
— Może tym razem rozpoznała we mnie bratnią duszę — zażartowałam.
„I to dosłownie bliźniaczą" dodałam w myślach.
Mama również zaśmiała się, a ja starałam się zapisać ten śmiech na twardym dysku wspomnień.
— Ogólnie to jestem Stephanie — wyciągnęła jedną rękę na przywitanie, drugą cały czas podtrzymując Waltera.
Zawahałam się. Jaką miałam pewność, że gdy nasze dłonie się zetkną, cały świat nie rozpadnie się na milion kawałeczków?
A zresztą, trudno! Pal to sześć! Jak już zniszczę świat, to i tak nie będzie miał mnie kto ukarać. Ot co! ( tu powinna się złowieszczo zaśmiać, ale tego nie zrobię, bo Aisha sądzi, że mój złowieszczy śmiech brzmi jak ryk konającego walenia błękitnego).
— Pénélopa — uścisnęłam dłoń.
Jejku, jakie to było niesamowite uczucie! Znów dotykać mamy, znów patrzeć jej w oczy.
— Pénélopa? — Uniosła ze zdziwieniem brew. — Można to jakoś skracać?
— Y… — Niczym ryba otworzyłam i zamknęłam usta. — Znaczy się… tak, Polly! Znajomi mówią mi Polly! — rzuciłam, w duchu przeklinając własną głupotę. Co ja najlepszego zrobiłam?!
— Polly? Naprawdę? — Mama znów uśmiechnęła się szeroko. — Mówię tak do Pierrette. Ale tylko, gdy jesteśmy gdzieś same. Mój jakże wspaniały mąż uważa, że to nielogicznie skracać Pierrette do Polly. Ale ja tam wiem swoje, więc kiedyś na pewno uda mi się go przekonać.
Miałam przemożną ochotę powiedzieć, że się nie uda. Tata zawsze uważał, że to bez sensu. Inni zresztą też. Dlatego od trzech lat nikt nie powiedział do mnie „Polly”.
Chciałam odpowiedzieć, ale w tym momencie Walter znów zaczął domagać się uwagi. Wykrzywił usta w podkówkę, a w jego oczach pojawiły się łzy.
Serio, kiedyś mu wypomnę jaki był irytujący.
— Chyba będę się zbierać. — Mama uśmiechnęła się przepraszająco. — Zaraz zrobią się głodne. A jak wspólnie załączą syrenę, to należy wiać gdzie pieprz rośnie.
Mimowolnie parsknęłam śmiechem. Pomogłam jeszcze mamie z zakupami, a potem pożegnałyśmy się przed sklepem. Odprowadziłam ją wzrokiem, gdy znikała za horyzontem, pchając bliźniaczy wózek. Z trudem powstrzymywałam się, by za nią nie pobiec. By nie powiedzieć prawdy. Kto wie, może by uwierzyła?
Bez pośpiechu wracałam do mieszkania. Przez całą drogę nie mogłam wyrzucić z głowy obrazu zmęczonej mamy. Ponowne spotkanie z nią było jak wygranie losu na loterii. Wielokrotnie w czasie bezsennych nocy, cichych dni, gdy w ogromnym domu nie było słychać śmiechu, błagałam los o jeszcze choćby piętnaście minut rozmowy z mamą. Miałam jej tyle do powiedzenia...
Los w końcu wysłuchał mojej prośby, ale jednocześnie okrutnie sobie zażartował. Co z tego, że znów spotkałam najważniejszą osobę w moim życiu, skoro nawet nie mogłam powiedzieć jak bardzo ją kocham, jak bardzo tęskniłam. Musiałam nacieszyć się jej widokiem, głosem, słabym uśmiechem.
Bardzo nie podobało mi się to, na jak bardzo wycieńczoną wyglądała. Teoretycznie miała do tego prawo — w końcu opiekowała się malutkimi bliźniakami. Jednak pamiętałam, jak wielokrotnie powtarzała, że będąc starszą matką, nie mogła wymarzyć sobie grzeczniejszych dzieci. Śmiała się, że gdy zajmowała się mną i Walterem była mniej zmęczona niż przy jednym Timotiem. A przecież przy nas była już po czterdziestce!
Coś musiało się dziać…
— Bu!
Nagle ktoś chwycił mnie za ramię. Wzdrygnęłam się gwałtownie. Jeszcze brakowało bym zawału dostała.
— Co ty wyprawiasz? — fuknęłam, widząc, że to Mateusz dosłownie zwija się ze śmiechu na chodniku.
— No jak to co? Sprawdzam twoją czujność! — Wyszczerzył się głupkowato.
Z dezaprobatą pokręciłam głową. Faceci! Niezależnie od epoki, wszyscy przejawiali tak sam stopień niedoboru komórek mózgowych. Serio, chyba natura miała jakiś problem z sprawiedliwym rozdzielaniem materiału na poszczególne części ciała.
— Jakim cudem spotykam cię dopiero teraz, skoro mieszkamy na tej samej ulicy? — zapytał Mati, gdy po prostu go wyminęłam.
Zamarłam. Przełknęłam nerwowo ślinę, starając się zachować spokojny krok.
— Może po prostu jesteś ślepy. Albo dlatego, że wprowadziłam się stosunkowo niedawno — odparłam.
Proszę, niech już więcej, nie pyta, niech sobie pójdzie. Nie miałam pojęcia, jak mogłabym inaczej odpowiedzieć. No bo co, powiedzieć prawdę? Tak po prostu — „Hej, wiesz nie widziałeś mnie wcześniej, bo przeniosłam się w czasie i tak naprawdę pochodzę z przyszłości, a w ogóle to jestem córką twojego trenera i już mnie poznałeś, tylko że miałam wtedy kilka miesięcy.
Ta, na pewno by uwierzył. I jeszcze specjalnie zakupiłby mi mandolinę bym mogła opowiadać bajki z akompaniamentem muzyki. Czapka z piórem, kolorowa sukienka i mogę robić za wędrownego barda.
— Robisz dziś coś ciekawego? — Mateusz nie dawał za wygraną i nie zamierzał się odczepić. Szedł obok mnie, krok w krok, co było trochę nienaturalne, bo miał zdecydowanie dłuższe nogi i musiał specjalnie zwalniać, by mnie nie wyprzedzić.
— Oddycham — warknęłam. — Jem. I znów oddycham. A między oddychaniem może znajdę moment, by znaleźć jakąś pracę. Żeby mieć za co jeść.
— Zaraz, szukasz pracy? — Przystanął, ponownie zagradzając mi drogę.
Zmarszczyłam brwi i obdarzyłam go jednym ze swoich popisowych morderczych spojrzeń. Oczywiście nie mogło się ono równać z spojrzeniami Aishy, ale szczerze liczyłam, że chociaż poćwiartuje siatkarza na kawałki.
Albo wyrwie mu wnętrzności. Utnie głowę. Ubierze w strój różowego króliczka i karze skakać po centrum miasta.
Jednak ku mojemu ogromnemu żalowi, Mateusz nawet nie drgnął. Nadal stał na środku chodnika, uśmiechając się głupkowato. Cholernik był wytrzymały.
— Tak, szukam — odpowiedziałam z rezygnacją.
— W takim razie mam dla ciebie ofertę.
— Ofertę? — Uniosłam ze zdziwieniem brwi.
— Yhm — przytaknął. — Wpadnij koło czwartej do tej kawiarni dwa przecznicę dalej. Szukają kogoś do pomocy, a tak się składa, że szefową jest moja bliska znajoma. Da ci pracę od ręki.
Zaskoczona aż odłożyłam zakupy na ziemię. Jakoś nie bardzo chciało mi się wierzyć w słowa Mateusza.
— Jesteś pewien? — dopytałam. — Wziąłeś pod uwagę fakt, że słabo mówię po polsku?
— Myślałem, że w ogóle nie mówisz — prychnął.
Zaczerwieniłam się nieznacznie. Znów palnęłam coś bez namysłu. Po polsku coś tam rozumiałam, bo moje starsze rodzeństwo spędziło tutaj dobre dwanaście lal, zresztą urodziłam się w Warszawie. Byłam malutka, gdy musieliśmy wyjechać, ale Timote i Manoline nadal rozmawiali między sobą po polsku. Zresztą Timo jeszcze jako nastolatek wrócił do Warszawy, a mając dwadzieścia trzy lata przyjął polskie obywatelstwo.
— Nie żartujesz? — z powątpiewaniem spojrzałam na Mateusza.
— Jak możesz! — Chwycił się za serce. — Oskarżać o żarty! Mnie! Toż to skandal!
Nie wiedział, czy śmiać się czy wściekać. Serio, ten chłopak był skrajnie irytujący, ale jednocześnie dziwnie… fajny?
Pokręciłam gwałtownie głową. O nie Pierrette, żadnych fajnych chłopaków. Chcesz zaburzyć czasoprzestrzeń? Doprowadzić do paradoksu czasowego? A do tego zapomnieć o nadrzędnym celu, czyli powrocie do domu?
I to jak najszybszym. Nadal nie miałam pewności, czy spanikowany tata już nie przekopał całego Paryża. Albo nawet całej Francji.
— Serio, to nie będzie problem — powtórzył Mati, widząc, że nadal się wacham. — Pani Gienia to spoko kobitka. A Latte Machiato brzmi tak samo w każdym języku. To co?
Przygryzłam w zamyśleniu wargę. Jakimś cudem zmusiłam mózg do pracy i teraz analizował wszystkie zalety i wady propozycji Mateusza.
Ale tak wszystkie, wszystkie. Łącznie z tym, że pracując w kawiarni mogę na przykład przez przypadek podać kawę z mlekiem osobie uczulonej na laktozę, która potem mnie pozwie, utknę w przestarzałym systemie sądowym, system zacznie sprawdzać moje dane i wyjdzie na jaw, że tak naprawdę nie istnieję. Albo czyszcząc ekspres mogę przez przypadek doprowadzić do zwarcia prądu w całym mieście. Przez co wysiądzie wyposażenie jakiejś ważnej sali operacyjnej. W trakcie operacji. I umrze człowiek, który miał wynaleźć lekarstwo na AIDS.
Trochę słabo, co nie?
— Okej, zgoda — powiedziałam w końcu. Tak serio, to czy może być gorzej niż już jest?
Mateusz uśmiechnął się szeroko. W jego uśmiechu było coś kojącego. I ciepłego. Z tą dziecięcą twarzyczką wyglądał jak uroczy kociak.
Hej, hej, stop! Ogarnij się, Pretty, do cholery! Żadnych kociaków! Pamiętaj, że w przyszłości czeka na ciebie Theodore.
Który w ogóle nie przypominał kota. Nawet pazurków nie miał.
— W takim razie widzimy się o czwartej. Pod warunkiem, że nie stchórzysz.
— Dlaczego niby miałabym stchórzyć? — Spojrzałam na niego spode łba.
— Nie wiem — beznamiętnie wzruszył ramionami. — Tak po prostu rzuciłem.
— Jesteś niereformowalny. — Pokręciłam z dezaprobatą głową.
— Stwierdzasz to po dwóch dniach znajomości? Jeszcze nawet nie próbowałaś mnie reformować.
Fuknęłam z irytacją. Zebrało mu się na spostrzegawczość.
— W takim razie proces resocjalizacji zaczniemy od teraz. — Uśmiechnęłam się chytrze. — Trzymaj. — Wepchnęłam Mateuszowi siatki z zakupami. Przez moment chyba nie rozumiał, co się dzieje, ale potem dumnie wypiął pierś i ruszył w drogę.
Rycerz w lśniącej zbroi się znalazł. Jak pokona jeszcze wściekłego yorka, to może nawet uplotę dla niego wianek. Oczywiście pod warunkiem, że wcześniej nauczę się pleść.
Klnąc na czym świat stoi ruszyłam za nim. Przez kilka minut szliśmy w zupełnym milczeniu. Ja wpatrzona buty, Mateusz posyłający wszystkim wokół wesołe spojrzenia. Brakowało mu tylko melonika, który zdejmowałby witając się z każdym przechodniem.
— Musimy umówić się na kawę — stwierdził w pewnym momencie. — Albo chociaż na spacer.
— Czy właśnie nie spacerujemy? — zauważyłam zgryźliwie.
— Nie, to nie jest spacer. Pomagam pięknej, uroczej dziewczynie w zaniesieniu zakupów, a przy okazji prowadzimy miłą konwersację.
Zarumieniłam się nieznacznie. Super, jeszcze tego brakowało. Odchrząknęłam nerwowo, starając się ukryć zakłopotanie. Zerknęłam na Mateusza, ale szybko odwróciłam wzroku. Pod wpływem jego spojrzenia rumieniłam się jeszcze bardziej.
Myśl o Theodorze, myśl o Theodorze.
— Skąd wiesz, że w ogóle pijam kawę? — palnęłam bez namysłu. — Może jestem przeciwniczką kofeiny i toleruję tylko sok z pora?
— W takim razie, dlaczego w kupiłaś dwie paczki ziaren? — Z rozbawieniem uniósł jedną z siatek.
Zaczerwieniłam się po uszy. Musiałam wyglądać jak dorodny pomidor w lecie. Kupię sobie zielony berecik, czerwone rajtuzy i będę grywała w przedstawieniach dla przedszkolaków.
Na szczęście od dalszego pogrążania się w bagnie wstydu uratował mnie fakt, że w końcu dotarliśmy pod właściwy blok.
— Okej, koniec pogawędek. — Mati niechętnie zerknął na zegarek. — Mam jeszcze ważną rzecz do załatwienia, więc do zobaczenia popołudniu! — Położył siatki na ziemi, odwrócił się na pięcie i odbiegł w tylko sobie znanym kierunku.
No tak. I jeszcze zostawił mnie z zakupami, które sama musiałam wnieść na piętro. Superbohater od siedmiu boleści. Jak każdy facet. Najpierw robi potem myśli.
Chociaż sekundę. Ja też tak czasami robiłam. Co kończyło się zwykle tym, że musiałam biegać po znajomych i wszystko odkręcać. A do teko kilka razy zostałam nazwana irytującym, małym skrzatem.
Przynajmniej to Mateuszowi nie groziło.
Powłócząc nogami wróciłam do mieszkania. Pochowałam zakupy do lodówki, a potem znów pochyliłam się nad tajemniczym zeszytem.
O co w tym wszystkim chodzi? — nabazgrałam na przypadkowej stronie. — Co to za zadanie, które muszę wykonać.
Tym razem notes odpowiedział od razu.
Wkrótce się dowiesz.
Prychnęłam z irytacją. Wkrótce? Nie chcę żadnego „wkrótce”! Chcę teraz!
To wszystko jest totalnie nielogiczne — pisałam dalej, wylewając z siebie cały żal. — Przenosisz mnie w czasie, ale nie tłumaczysz dlaczego. Dajesz mi nową tożsamość, mieszkanie i dokumenty. Umieszczasz w szafie ukochaną spódnicę, ale nie jesteś wstanie dać jedzenia w lodówce. Dlaczego?!
W napięciu czekałam na odpowiedź. Wierzyłam, że tym razem nadejdzie.
I nadeszła. Po kilku minutach na kartce pojawiło się jedno zdanie:
Takie są zasady.
Paryż, 16 luty 2039
Znacie to uczucie, gdy bolą was dosłownie wszystkie mięśnie? Nawet te, o których istnieniu nie mieliście pojęcia. Gdy macie wrażenie, że całe ciało dosłownie płonie? I jedyne czego pragniecie, to położenie się na łóżku? Albo w basenie, by stracić czucie?
Ja znałem to doskonale. Wierzcie mi lub nie, ale nie ma nic gorszego niż podróż samolotem, gdy ma się dwa metry wzrostu. Starałem się tego unikać jak tylko mogłem. Na mecze ligowe lataliśmy klubowym odrzutowcem, więc już zdążyłem odzwyczaić się od trzymania kolan za uszami.
I tak sukcesem było to, że dostałem wolne. Jak widać mój olśniewający uśmiech działał cuda. Omotałem szanowny zarząd, jeszcze bardziej szanownego trenera i udało mi się wyłuskać tydzień wolnego. Więcej nie potrzebowałem.
Nie zabrałem ze sobą zbyt wielu rzeczy. Tata żył nadzieją na niespodziewane wizyty, więc zawsze trzymał w domu trochę naszych ubrań. Zresztą nie tylko ubrań. Tak naprawdę, to mogliśmy przyjeżdżać do Francji tylko z dowodem osobistym.
Ominąłem więc dom szerokim łukiem. Tak na wszelki wypadek.
Długo stałem przed wejściem do szpitala. Ogromny, nowoczesny, najbliższy w okolicy. I przywołujący mnóstwo wspomnień. Cholernie bolesnych wspomnień, które pragnąłem wymazać z pamięci. Mogłem przewidzieć, że to właśnie tu przewiozą Pierrette. To było oczywiste. Ale nie po to wyjechałem do Stanów, by teraz znów się załamać. Nie, musiałem pokazać, że poradziłem sobie z przeszłością.
Wziąłem głęboki wdech i pewnym krokiem przekroczyłem próg. Nogi odruchowo chciały zaprowadzić mnie na prawo. W końcu kilka lat temu regularnie z Pretty pokonywaliśmy te korytarze. Codziennie po lekcjach wyjeżdżaliśmy windą na drugie piętro. Dwie godziny spędzaliśmy na oddziale onkologicznym, a potem ja jechałem na trening, a Pierrette zostawała z mamą.
Potem wielokrotnie wyrzucałem sobie, że też nie zostawałem. Ale wtedy myśleliśmy, że wszystko skończy się dobrze.
Stanowczo pokręciłem głową, odganiając nieprzyjemne myśli. Zresztą to było głupie. Po trzech latach naprawdę trzeba było zacząć żyć.
Tym razem świadomie wybrałem lewe skrzydło. Wyjechałem na trzecie piętro święcie przekonany, że to będzie moja pierwsza i ostatnia wizyta w szpitalu. Pierrette miewała tego typu odpały już w przeszłości i nigdy nie było to nic poważnego.
Tak, na pewno i tym razem wykazała się względną nieodpowiedzialnością. Moja mała, nierozgarnięta siostrzyczka.
Drzwi windy otworzyły się z cichym świstem. Pogwizdując wesoło, wyszedłem na korytarz.
I zbaraniałem. Mój mózg zawiesił się, gdy dostrzegłem pstrokato limonkowy hijab. Przy automacie z jedzeniem stała dziewczyna, którą doskonale znałem, ale która była ostatnią osobą jaką chciałem zobaczyć.
— No, no, no, kogo moje piękne oczy widzą. — Aisha uśmiechnęła się kpiąco, odgryzając kawałek batonika.
— Cześć — burknąłem, próbując ją wyminąć.
— Czyżbyś w końcu postanowił łaskawie odwiedzić siostrę? — Nie dawała jednak za wygraną. — Genialny Walter znalazł odrobinę ludzkich uczuć i miłościwie przyleciał sprawdzić, co z nudną, nic nie znaczącą Pierrette. A może włodarze klubu doszli do wniosku, że jednak nie jesteś im potrzebny?
— Dostałem wolne — warknąłem, czując, że skacze mi ciśnienie. - W której sali leży Pretty?
Aisha prychnęła z dezaprobatą, ale odpowiedziała:
— W piątce. To na końcu korytarza.
Podziękowałem skinięciem głowy i poszedłem dalej. Oczywiście dziewczyna musiała pójść za mną, ale starałem się ją ignorować.
Nie zrozumcie mnie źle. Moja wojna z Aishą miała długą i ciekawą historię. Zaczęła się jeszcze gdy byliśmy dzieciakami. Aisha miała wtedy idiotyczny zwyczaj wymądrzania się i poprawiania wszystkich wokół. Szczególnie mnie. A że nie znosiłem gdy ktoś mnie pouczał, to odwdzięczałem się z nawiązką. Nie miałem na tyle ciętego języka, ale byłem mistrzem głupich kawałów. Żaby w plecaku? Proszę bardzo! Strój na wf w brokacie? Tylko u mnie! Chowanie zimowych butów? Dlaczego by nie!
Konflikt ciągnął się przez kilka lat. Nasi rodzice oczywiście próbowali coś z tym zrobić, ale niespecjalnie im to szło. Sytuacja uspokoiła się trochę, gdy podrośliśmy. Wojna zamieniła się w dogryzanie, a z czasem w ignorowanie.
Gdy zmarła mama, wszystko znów zmieniło się o sto osiemdziesiąt stopni.
Przed wejściem do sali spotkałem kolejne znajome twarze.
— Jak będziesz tak chodził w kółko, to w końcu wychodzi dziurę w podłodze - zauważył Zan, nawet na moment nie odrywając wzroku od holograficznej gry.
— Przecież nie mogę się nie denerwować — prychnął drugi chłopak.
Zmierzyłem go zaciekawionym spojrzeniem. Mój mózg postanowił na moment wrócić z urlopu na Karaibach i połączyć kilka faktów. Po kilku sekundach namysłu (może Aisha miała rację i serio wolno myślę?) doszedłem do wniosku, że mam do czynienia z Theodorem. Który może i był chłopakiem mojej ukochanej, niezdarnej siostrzyczki, ale widziałem go drugi raz w życiu.
Przyjrzałem mu się uważnie. Przylizane włosy, wykrochmalona koszula i jeszcze bielsze zęby niż moje. Na takich ludzi Julka miała jedno, dosyć trafne określone.
— Bezglutenowy korpoludek — wypaliłem bez namysłu.
Cała trójka spojrzała na mnie jak na kosmitę. Okej, Walt, może jednak wrócisz do wrzucania piłki do kosza?
— Sorry, coś mi wpadło do głowy — uśmiechnąłem się przepraszająco. — Tak w ogóle, to Pierrette jest w środku? Dlaczego do niej nie wejdziecie?
Aisha prychnęła kpiąco. Znowu. Serio, może powinna sobie nagrać te prychnięcia i potem puszczać z głośniczka. Oszczędziłaby przynajmniej gardło.
— Bo jej tata, a przy okazji twój ojciec, o czym zdarza ci się zapominać, właśnie rozmawia z lekarzem. A my czekamy na jakiekolwiek informację.
— Od dwóch dni — wtrącił Zan. — Siedzimy tutaj na zmianę bez przerwy.
— W przeciwieństwie do ciebie. — Aisha zmierzyła mnie wzrokiem, który spokojnie mógłby powalić słonia, a może i nawet całe stado.
Powoli pokiwałem głową. Wahałem się przez moment, co zrobić. Wyjścia były dwa — albo zapukam i spróbuję wejść ( w końcu byłem rodziną! I potencjalnym dawcą narządów wszelakich!), albo zostanę na korytarzu.
Z morderczą feministką, dzieciakiem w koszulce z Pikachu i przerażonym lalusiem.
Postanowiłem zapukać. Chyba wolałem wściekłego lekarza. Z takim to przynajmniej można spróbować się dogadać.
— Proszę!
Niepewnie uchyliłem drzwi. Czułem się trochę jakbym wchodził do paszczy wygłodniałego, wyziębionego niedźwiedzia, któremu na dodatek kazano przez miesiąc jeść owsiane ciasteczka ciotki Joyce. A wierzcie lub nie, nie ma nic gorszego niż owies między zębami.
— Oh, to ty Walter. — Na mój widok tata uśmiechnął się słabo. Obok niego stał niski, korpulentny mężczyzna w białym kitlu. — Tak strasznie się cieszę, że przyjechałeś. — Zanim zdążyłem zaprotestować, przytulił mnie na przywitanie.
— Ja też… ja też się cieszę, że cię widzę — wydukałem.
„Ale to nie oznacza, że musisz miażdżyć mi żebra” dodałem w myślach.
Tata znów się uśmiechnął. A ja znów przekląłem w myślach. Wyglądał strasznie. I to dosłownie strasznie. Jak połączenie członka rodziny Adamsów z matką siedmioraczków, żywym trupem i pielęgniarką na nocnym dyżurze. Siwe włosy odstawały mu dosłownie w każdym kierunku, a worki pod oczami miał tak duże, że można by było do nich zbierać kamienie. Zgarbiony, nerwowo błądził wzrokiem po sali. Od jego telefonu minęło dobre trzydzieści godzin i byłem przekonany, że nie spał przez ten czas nawet minuty.
— Co z Pierrette? — Starając się odgonić wyrzuty sumienia, zerknąłem na siostrę.
Zaskoczony aż zmarszczyłem brwi. Nie tego się spodziewałem. Pretty leżała w szpitalnym łóżku i spała. Tak po prostu. Nie była ani blada, ani wychudzona. Nie miała ziemistej czy żółtej cery. Nie podłączyli jej do respiratora, czy kroplówek. Monitory wskazywały idealne funkcje życiowe.
Tata przełknął głośno ślinę. Spojrzał na lekarza, a ten ze zrozumieniem pokiwał głową.
— Niestety, ale nie wiemy, co dolega pana siostrze — zaczął spokojnie doktor. — Nie znaleźliśmy żadnego logicznego wytłumaczenia jej stanu.
— Czyli?
— Czyli, co?
— Czyli jaki jest ten stan? — fuknąłem zirytowany.
— Ah, tak. — Lekarz pospiesznie przerzucił kartki notatek. — Pańska siostra po prostu śpi. Jak zdrowi ludzie z tą różnicą, że nie jesteśmy wstanie jej dobudzić. To nawet nie jest klasyczna śpiączka, raczej rodzaj transu.
— Ale to na pewno nie jest… — nerwowo zerknąłem na tatę. — No wiecie…
— Ale to na pewno nie jest… — nerwowo zerknąłem na tatę. — No wiecie…
— Nie. — Na jego twarzy pojawił się cień ulgi. — To na pewno nie jest rak.
Pozwoliłem sobie odetchnąć. Dosłownie czułem, jak olbrzymi kamień spada mi z serca, ląduje z hukiem na podłodze, a potem wytacza się z pokoju. Przez moment miałem nawet odtańczyć opatentowany taniec radości, ale doszedłem do wniosku, że jednak nie wszyscy mogą go zrozumieć.
— Wychodzi na to, że wiemy, że nic nie wiemy — podsumowałem.
Doktor z zakłopotaniem podrapał się po głowie. Chyba nie podobał mu się fakt, że nie ma możliwości rzucenia jakimś skomplikowany terminem medycznym, który wszystko by wyjaśniał.
— Wykonujemy jeszcze kilka badań, ale na razie nie jesteśmy wstanie znaleźć żadnej choroby, która wywoływałaby taki stan.
— Żadnej?
— Żadnej. Wysłaliśmy dokumentacje do zaprzyjaźnionych klinik w różnych krajach, ale spodziewamy, że oni również nic nie znajdą.
Zacisnąłem usta w wąską kreskę. Powoli podszedłem do łóżka Pretty. Wyglądała dobrze, nawet lepiej niż gdy ją ostatnio widziałem. Gdybym nie wiedział, że śpi od kilkudziesięciu godzin, powiedziałbym nawet, że zaczyna wracać do stanu zdrowia sprzed śmierci mamy.
Ale jednocześnie wydawała się taka bezbronna. Drobniutka. Zawsze taka była. Zagubione, przerażone sarniątko. Bambi z czerwoną kokardą na głowie.
I to taką bez przerwy spadającą kokardą.
— Wiadomo, kiedy się obudzi?
— Nie. — Lekarz beznamiętnie wzruszył ramionami. — Może jutro, może pojutrze, może za miesiąc, a może… — zawahał. — A może nigdy.
Zdezorientowany spojrzałem na tatę. On już wiedział. To dlatego w jego oczach znów pobłyskiwały łzy. Gdy poprzednio słyszał podobne słowa, miał jeszcze nadzieję. Wierzył, że wszystko skończy się dobrze.
Nie skończyło. Teraz jego nadzieja zawisła na cieniutkim sznurku, który z łatwością można by było przeciąć.
Lekarz mruknął coś jeszcze pod nosem, a potem pospiesznie opuścił pokój.
Przez chwilę staliśmy w zupełnej ciszy. Ja przy łóżku Pierrette, tata pod drzwiami. Nie wiedziałem, czy na mnie patrzy, czy tylko ze spuszczoną głową próbuje stłumić płacz. Mogłem się odwrócić, zapytać, czy wszystko w porządku, ale wolałem wpatrywać się w twarz siostry. Próbowałem wyczytać z niej, co tak naprawdę się dzieję.
Wiedziałem tylko, że nic nie jest w porządku.
— Naprawdę cieszę się, że przyjechałeś — wychrypiał w końcu tata.
— Musiałem. W końcu chodzi o moją siostrę — mruknąłem.
Byłem pewny, że tata uśmiechnął się słabo. Podszedł bliżej i stanął po drugiej stronie łóżka.
— Myślałem, że nie dostaniesz wolnego — wyjaśnił. — W końcu trwa sezon. Timotiego nie puścili.
— Jak widać jestem bardziej czarujący — zażartowałem, jednak widząc, że tata nawet nie próbował się zaśmiać, znów spoważniałem. — Przez najbliższe dwa tygodnie nie rozgrywamy żadnego meczu, więc zarząd pozwolił mi wyjechać. Trener uznał, że i tak byśmy się obijali, bo większość drużyny będzie grała na meczu gwiazd. Mogę więc poobijać się przez tydzień.
Powoli pokiwał głową. Znów zapadła niezręczna cisza. Zapadała regularnie. Czułem się tak, jakby ktoś postawił między nami stalową ścianę, jakby w tamtym momencie Pierrette stanowiła mur, który dzielił mnie i tatę.
Mur, który sam zbudowałem, uciekając przed problemami za Atlantyk. Może gdybym wtedy został…
Zaraz, stop! Nie, to nie ze mną był problem. Ja tylko podążałem za marzeniami. To oni nie potrafili poradzić sobie z przeszłością.
Zerknąłem na tatę. Zmęczony, usiadł na brzegu łóżka. Pustym wzrokiem wpatrywał się Pretty, z trudem walczył z opadającymi powiekami. Wyglądał tak jakby oczekiwał, że Pierrette zaraz się obudzi, że otworzy oczy i powie „Kocham Cię, tatusiu” tym swoim cukierkowym głosikiem.
A potem wszyscy będziemy żyć długo i szczęśliwie.
— Wróć do domu — wypaliłem bez zastanowienia.
— Proszę? — Tata otrząsnął się z transu.
— Wróć do domu — powtórzyłem. — Zjedz coś, weź prysznic, odeśpij. Ja posiedzę przy Pretty. Nie odstąpię jej nawet na krok.
— Nie jestem zmęczony — mruknął.
Wzniosłem oczy ku niebu i poprosiłem panteon trenerów o cierpliwość ogólną.
— Przecież widzę, że nie spałeś od kilkudziesięciu godzin.
— I tak nie mógłbym zasnąć.
— Przecież doskonale wiem, że nadal trzymasz w gabinecie Xanax, Diazepan, czy inne gówno. Zażyj cokolwiek i po prostu prześpij te dwanaście godzin.
Nic nie powiedział. Odwrócił głowę i spuścił wzrok. Widziałem, jak chwyta dłoń Pierrette i ściska ją mocno.
Zacisnąłem pięści. Doskonale wiedziałem, że nie lubi, gdy poruszam temat leków. Po śmierci mamy, tata miał duże problemy ze snem. Potrafił nie spać nawet trzy dni pod rząd albo co godzinę budzić się z krzykiem. O atakach paniki nie wspominając. Psychiatra przepisał mu leki najnowszej generacji, nieuzależniające, nieotumaniające, prawie całkowicie naturalne. Okazało się jednak, że nie działają i tata musiał sięgnąć po stare metody. Dwa tygodnie brania silnych, inwazyjnych leków, szybko przerodziły się w miesiąc, potem w dwa, a w końcu w pół roku. Opanował się dopiero, gdy prawie wjechał na pasach w jakąś staruszkę. Po prostu zasnął za kierownicą.
Ale pomimo poprawy, wiedziałem, że w niektóre dni z tatą jest po prostu gorzej. I wtedy, gdy Pierrette nie widzi, sięga do ukrytej za komodą szafki.
— Samym siedzeniem nic nie zdziałasz — spróbowałem jeszcze raz przekonać tatę do powrotu do domu.
— Niekoniecznie — nie dawał za wygraną. — Obecność rodziców jest bardzo ważna dla chorujących dzieci.
Jęknąłem w myślach. Dlaczego znów miałem wrażenie, że mówimy o pięcioletniej dziewczynce, a nie o dorosłej kobiecie?
W tym momencie przydałby się Nicolas. Był najstarszy z naszej piątki i jako jedyny naprawdę potrafił przemówić tacie do rozumu. Gdyby nie on, zapewne w przeciągu pół roku pochowalibyśmy dwójkę rodziców, bo tata zamęczyłby się na śmierć.
Ale Nicolas nie przyjechał. Więc musiałem sobie radzić sam.
Myśl, Walt, myśl! Przecież jesteś genialnym Walterem! Masz dwadzieścia lat i grasz w NBA! Osiągnąłeś ogromny sukces! Jesteś jednym z najlepszych koszykarzy w historii Francji! Potrafisz poradzić sobie z upartym ojcem.
Okej, jestem durny i mogę sięgnąć tylko po broń ostateczną.
— Mama by się ze mną zgodziła.
Tata wyprostował się gwałtownie. Odchrząknął zakłopotany. Uderzyłem w kolejny czuły punkt. Nie byłem z tego dumny, ale nie pozostawił mi wyboru.
Choć doskonale wiedziałem, że gierki w „co mama by zrobiła” nigdy nie kończą się dobrze.
— Niech będzie, wrócę do domu.
Ku ogromnemu zaskoczeniu mojego, ptaków za oknem i całego panteonu trenerów wszelakich, tata wstał jak gdyby nigdy nic i skierował się w kierunku drzwi.
Zmarszczyłem ze zdziwieniem brwi. Coś mi tu nie pasowało…
— Pojadę na chwilę, prześpię się, a ty cały czas będziesz pilnować Pretty…
Nagle mnie oświeciło. O nie, proszę pana, nie ze mną te numery!
— Pilot — nakazałem, zagradzając tacie drogę.
— Co proszę?
— Pilot — powtórzyłem nagląco. — Oddaj mi pilota do samochodu. Nie ma mowy byś prowadził w tym stanie.
— W takim razie, jak mam niby wrócić do domu? — prychnął, krzyżując ręce na piersi. — Przecież mnie nie zawieziesz, bo obiecałeś, że nie odstąpisz jej nawet na krok. — Posłał mi triumfalne spojrzenie. Był przekonany, że mnie pokonał.
Tylko, że ja dopiero się rozkręcałem.
— Na zewnątrz czeka chłopak Pierrette. Poproszę go, żeby cię zawiózł.
Shah-mat!
Tata naburmuszył się niczym małe dziecko, ale nie protestował dłużej. Posłusznie oddał mi pilota. Chyba doszedł do wniosku, że mam nad nim znaczącą przewagę z prostego powodu — spałem osiem godzin w samolocie.
Zadowolony z własnej genialności, która jednak nie wzięła sobie urlopu, otworzyłem przed tatą drzwi, a potem obydwoje wyszliśmy na korytarz.
Przyjaciele Pierrette momentalnie poderwali się na równe nogi.
— Czy w końcu dowiemy się, co się dzieje? — Aisha doskoczyła do mnie jako pierwsza. — Nikt nam nic nie mówi od dobrych dwóch dni. To skandal!
— Hej, hej spokojnie, poluzuj chustę. — Uspokoiłem ją ruchem ręki. — Nic nie wiedziliście, bo lekarze sami nie wiedzieli, co dolega Pretty.
— I teraz to niby wiedzą? — prychnęła dziewczyna.
Zacisnąłem usta w wąską kreskę. Kątem oka spojrzałem na tatę, ale on nawet nie próbował udawać, że zachowuje spokój. Kiwał się w przód i w tył, mrucząc coś pod nosem i ściskając w dłoni jakiś niewielki przedmiot.
— Można tak powiedzieć — westchnął. Znów musiałem wziąć na siebie całą odpowiedzialność. — A przynajmniej zrobili jakiś postęp.
W skrócie powtórzyłem im, co powiedział lekarz. Z każdym słowem Aisha robiła się coraz bledsza, jej podbródek zaczynał drżeć. Gdy skończyłem na drżących nogach podeszła do najbliższego krzesła, usiadła ciężko i schowała twarz w dłoniach. Zan usiadł obok, z zamiarem pocieszającego objęcia przyjaciółki ramieniem, ale w ostatnim momencie przypomniał sobie, że nie powinien.
— Czyli nie wiesz, kiedy Pretty się obudzi? — dopytał Theodor.
Chyba pierwszy raz odkąd się poznaliśmy, odezwał się do mnie bezpośrednio. Przyjrzałem mu się uważnie, ale nie byłem wstanie wyczytać z twarzy żadnych uczuć. Z szarymi oczami i ostrymi rysami wyglądał jak rzeźba.
— Nie — mruknąłem. — Lekarze… uważają, że Pierrette może się nigdy nie obudzić
Aisha jęknęła cicho, ale Theo pozostawał niewzruszony. Miałem idiotyczne wrażenie, że bił od niego dziwny chłód. Wręcz nie mogłem uwierzyć, że naprawdę spotyka się z moją siostrą. Pokiwał powoli głową, a potem uprzejmie zwrócił się do taty:
— Odwieźć pana do domu?
Tata spojrzał na mnie niepewnie. Uśmiechnąłem się pokrzepiająco i przytaknąłem. To musiało mu wystarczyć.
— Odeśpij przynajmniej trochę.
Nie protestował. Patrzyłem jak razem z Theodorem odchodzą w kierunku wind. Z sekundy na sekundę rosło we mnie wrażenie, że coś jest nie tak.
— Okej, to było dziwne — stwierdził Zan, gdy Theo ostatecznie się oddalił.
Wrażenie osiągnęła apogeum. Dziwne? Jeśli coś jest dziwne dla chłopaka, który na zakończenie roku przychodzi w brokatowych szelkach, a do szkoły robi sobie kanapki w kształcie pokemonów, to znaczy, że należy się zacząć martwić.
— Co masz na myśli? — zapytałem podejrzliwie.
— To oczywistem, że zachowanie Theodora! — Zan aż poderwał się z krzesła i zaczął chodzić w kółko po korytarzu. Ręce splótł z tyłu pleców, co nadawało mu wygląd nierozgarniętego detektywa z kreskówek. — Nie uważacie, że to trochę podejrzane, że na początku tak strasznie martwił się Pierrette, tak się bał, a gdy już poznał diagnozę wyglądał, jakby w ogóle nim to nie wstrząsnęło. Nic, zero emocji. Zresztą Aisho nie uwierzę, że nie zauważyłaś nagłej zmiany uosobienia u naszego kochanego Theodorka. Normalnie to jest taki wesoły, taki otwarty, wszystkim by pomagał. Rycerz na białym koniu i te sprawy.
— Gdy powiedziałeś, że Pretty może się już nigdy nie obudzić, wyglądał zupełnie inaczej — mruknęła Aisha. — Byłam przekonana, że koniecznie będzie chciał rozmawiać z lekarzami albo przynajmniej nie odstąpi łóżka Pieerrette na krok, a on tym czasem… nie wiem… jakby to po nim spłynęło.
— No widzisz! — Zan klasnął triumfalnie. — Coś jest nie tak, prawda Walt?
Nie odpowiedziałem. Wydawało mi się, że podłoga zaczęła się chwiać. Oparłem się o ścianę i odetchnąłem głęboko. Ktoś odciął mi zasilanie. Był Walt nie ma Walta. Tak po prostu. Czułem się jak dmuchany basenik, z którego spuszczono powierzchnie. Podświadomość krzyczała „Hej, Walt, ten dziwak w różowych trampkach ma racje!”, ale rozsądek mówił, by dać sobie spokój. W końcu Theo też był człowiekiem. Może zamknięcie się sobie było jego sposobem na przeżycie tych trudnych chwil.
I akurat ja powinienem go zrozumieć.
— Naprawdę myślicie, że coś jest nie tak? — mruknąłem, krzyżując ręce na piersi.
Synchronicznie pokiwali głowami. Dawno nie widziałem ich tak zgodnych.
No dobra, ogólnie dawno ich nie widziałem.
Przetarłem dłonią zmęczone oczy. Nie rozumiałem, co się ze mną dzieje. W normalnej sytuacji miałbym pewnie sto tysięcy różnych pomysłów i jeszcze więcej do powiedzenia. W końcu do cholery nazywałem się Walter Antiga i byłem cudownym dzieckiem francuskiej koszykówki! Zawsze wiedziałem, co zrobić.
Ale tym razem miałem totalną pustkę w głowie. Za ścianą leżała moja siostra w śpiączce, a ja marzyłem tylko by wsiąść do samolotu, wrócić do Bostonu i zakopać się pod kołdrą w objęciach Julci.
Chciałem uciec. Znowu.
Pokręciłem gwałtownie głowę. O nie, nie mogłem tego zrobić. Tata na mnie liczył, a tym razem nie mogłem posłużyć się siostrą jako tarczą.
Zreszta to był tylko tydzień. Chyba byłem wstanie wytrzymać tydzień?
Odwróciłem się na pięcie i wszedłem do pokoju Pierrette. Zostawiłem otwarte drzwi, zapraszając Aishę i Zana do środka. Byli w końcu przyjaciółmi Pretty, mieli prawo, by jej pilnować.
— Musimy coś zrobić — stwierdziła Aisha, gdy w trójkę stanęliśmy wokół szpitalnego łóżka.
— Ale niby co? — rozłożyłem bezradnie ręce. — Jest pod opieką najlepszych lekarzy we Francji. Wiedzą co robią.
— Nie mówię o zdrowiu Pierrette — prychnęła Aisha. — Mam na myśli Theodora! Zachowuje się podejrzanie i ja tego tak nie zostawię!
— Masz moje całkowite poparcie. — Zan z aprobatą pokiwał głową.
Pozostawiłem to bez komentarza. Zamiast tego usiadłem w fotelu przy oknie i jeszcze raz przyjrzałem się Pretty. Wyglądała na zdrową i spokojną. Gdyby nie diagnoza lekarza, w ogóle bym się nie martwił.
Spokojna i zdrowa… Cholera, znów plotę głupoty. Mama też tak wyglądała. Na spokojną i zdrową. Śmiała się i żartowała. A tamtego pamiętnego wieczoru nawet udało jej się przekonać tatę, by zabrał nas na krótkie wakacje. W końcu zdrowiała, miało być dobrze.
Następnego dnia, o piątej nad ranem zadzwonili ze szpitala. Nie pojechaliśmy na żadne wakacje.
Wzdrygnąłem się mimowolnie. Nie myśl o tym, Walt, nie myśl…
Spostrzegłem, że drżą mi dłonie. Pospiesznie wsunąłem je do kieszeni i zacisnąłem pięści. Wiedziałem, że musze się czymś zająć, bo inaczej zwariuję.
Albo skończę tak jak tata.
— Pomogę wam — wypaliłem niespodziewanie.
Obydwoje spojrzeli na mnie tak, jakbym oświadczył, że wstępuję do zakonu i od jutra rozpoczynam życie w celibacie ( ta, jeszcze czego, a gwiazdki z nieba to niełaska?! ).
— Serio? — Aisha zmierzyła mnie kpiącym spojrzeniem. — Jakoś nie chce mi się wierzyć, że wielki Walter łaskawie zaakceptował nasz pomysł.
— I tak nie mam nic innego do roboty — beznamiętnie wzruszyłem ramionami. — Zresztą… — przełknąłem głośno ślinę, kątem oka zerkając na Pierrette. — Coś mi mówi, że to wszystko nie jest do końca normalne.
Pierrette to nieodrodna córka Stephanie! Normalnie w gadce to cała mamuśka :D To czarne poczucie humoru i riposty, jakbym czytała o pani Antiga ^^ Trzeba przyznać, że dziewczyna znalazła się w dość skomplikowanej sytuacji. Inna na jej miejscu usiadłaby w kącie i zaczęła płakać. Serio. Ciekawi mnie, jaka misja ją czeka! Mam dziwne wrażenie, że ma to coś wspólnego z jej matką. Dlatego niecierpliwie oczekuję rozwinięcia tego wątku ^^ A skoro jestem przy Stpehanie. Niespodziewane spotkanie w sklepie na pewno było dla "Polly" mieszanką różnych emocji. Stanęła twarzą w twarz z mamą, za którą tak bardzo tęskni. Na dodatek mogła "na żywo" zobaczyć siebie w maleńkiej wersji. Mała Pierrette od razu wyczuła co i jak :D Ale ... aż mnie serce boli gdy czytam o chorobie Stephanie. O jej cierpieniu. O cierpieniu jej dzieci i męża. To na pewno był dla nich wielki wstrząs, po którym nawet po trzech latach nie mogą się podnieść. Ale czy można się im dziwić? Ja sama przywiązałam się do tej "fikcyjnej Stephanie" i przez to tak to przeżywam.
OdpowiedzUsuńZa to relacja Pierrette i Mateusza zdaje się rozwijać. Po dwóch spotkaniach rozmawiają ze sobą jak starzy znajomi :P Jak Stephane i Stephanie ^^ Na dodatek chłopak teoretycznie załatwił jej pracę. Kto tak robi dla nieznajomej osoby? Czyżby Polly wpadła mu w oko? ^^
Dobrze że Walter przyjechał do Francji. Dzięki temu ktoś będzie miał oko na Stephana, który emocjonalnie zaczyna sobie nie radzić z całą sytuacją zaniedbując własne i tak już zszargane zdrowie. Najpierw stracił ukochaną żonę, a teraz "życie" jego córki wisi na włosku. Nic, tylko się załamać.
Zgadzam się z przyjaciółmi Pierrette. Zachowanie Theodora było dość podejrzane. Niby tak bardzo kocha dziewczynę, chciał się jej oświadczyć, a wydawać się może, to jej przyjaciele bardziej przejęli się jej stanem. Dziwne. Mam nadzieję, że wspólnie z Walterem dowiedzą się o co tak na prawdę chodzi ^^
Ale Aisha nie lubi Waltera bo go nie lubi, czy nie lubi bo go lubi? xD
Kurczę i teraz to sama nie wiem, co mam myśleć. Bo Pierrette wyszła mi taka przez zupełnym przypadek xd Ale może to i dobrze?
UsuńMateusz ogólnie będzie w tym wszystkim ciekawą postacią.
Walter będzie miał o wiele więcej do roboty niż tylko wspierać Stephana. Ale więcej zdradzić nie mogę ;)
A co do Aishy... to sytuacja jest trochę bardziej skomplikowana.
W każdym razie dziękuję za komentarz.
Pozdrawiam
Violin
Niestety dla Pierette, podróż w czasie nie okazała się tylko snem, czy jakimś kiepskim żartem. Mimo jej pragnień, Nadal tkwi w Warszawie i to dwadzieścia lat wcześniej niż powinna, a na dodatek znajduje się tam nie bez powodu. Ma jakąś misję do wykonania, o której wie na razie jedynie ktoś znajdujący się po drugiej stronie notatnika. Ktoś niezwykle tajemniczy, udzielający jej tylko lakonicznych wskazówek. Wszystko na razie jest owiane sporą tajemniczością. Co ogromnie mi się podoba. Tak samo zresztą, jak przezabawne przemyślenia Polly. Ona jest po prostu genialna! Jej myśli wygrywają wszystko.
OdpowiedzUsuńSpotkanie Pierette z mamą na pewno było dla niej wielkim przeżyciem. Znowu miała szansę ją zobaczyć, usłyszeć jej głos. To było na pewno dla niej cenniejsze od jakiejkolwiek innej rzeczy. Szkoda tylko, że nie mogła powiedzieć jej prawdy, czy tak po prostu się do niej przytulić. Widać, jak ogromnie brakuje jej Stephanie. Zresztą czy można się w ogóle temu dziwić? Ale może teraz Pierette będzie miała szansę spędzić choć trochę więcej czasu z mamą? Poznać jej młodszą wersję?
Nic dziwnego, że mała Pierette tak szybko polubiła swoją obecną wersję. W końcu to tak jakby jedna osoba, nie mogło być więc inaczej.
Ponownie pojawił się także Mateusz, któremu Pierette chyba wpadła w oko. Coś musi być na rzeczy, skoro aż tak przejmuje się losem nowo poznanej dziewczyny. Zaproponował jej nawet ofertę pracy, która na pewno przyda się dziewczynie. Z czegoś w końcu musi się utrzymać. A praca w kawiarni wydaje się być bardzo w porządku, a i Mateusz na pewno będzie jej częstym gościem. Ta dwójka zbyt dobrze się dogaduje, aby nie rozwinąć swojej znajomości.
Walter pojawił się w Paryżu, który niestety ożywił bolesne wspomnienia, od których tak bardzo stara się uciekać.
Coraz bardziej widać, jak choroba i śmierć Stephanie wpłynęła na całą jej rodzinę, która stopniowo po prostu się od siebie oddaliła, gdy zabrakło w niej spoiwa, które zbierało wszystko w całość.
Chyba żadne z nich tak naprawdę nadal nie pogodziło się z jej utratą. Wciąż każde na swój sposób odreagowuje to bardzo przykre wydarzenie.
Teraz jeszcze ta tajemnicza przypadłość Pierette. Nic dziwnego, że Stephane jest przerażony stanem córki i bezradnością lekarzy. On kolejnej straty po prostu by nie przeżył. Walter radzi sobie trochę lepiej, ale także bardzo martwi się o siostrę. Oczywiście będzie to chował pod pozorami, bo taki ma już charakter.
Jego relacja z Aishą jest bardzo interesująca. Oni po prostu się nie lubią, czy może kryje się za tym coś więcej. W końcu Aisha chyba na nikogo nie reaguje z taką alergią, jak na brata swojej przyjaciółki. Może podczas ich współpracy ze sobą coś więcej się wyjaśni.
Theodore coraz bardziej mnie zastanawia. Jest jakiś dziwny. Zbyt spokojny i opanowany, jakby Pierette wcale nie była jego ukochaną, a jakąś zwykłą znajomą. Albo więc coś ukrywa, albo po prostu jest chodzącym robotem bez uczuć. Z każdym rozdziałem moja sympatia do niego maleje. Czekam z niecierpliwością na następny rozdział. 😊
Ło, jaki długi komentarz! Normalnie moje serduszko aż tańczy kankana z radości.
UsuńOgólnie, to strasznie się cieszę, że ta tajemniczość przypada jak na razie do gustu. Troszkę się obawiałam, że to będzie wyglądała na taki przypadkowy zbiór, przypadkowych zdarzeń, a co tu dużo mówić –– wszystko ma jakieś wyjaśnienie.
Oj, sceny z Stephanie są zdecydowanie moimi ulubionymi. Pod tym względem nic się nie zmieniło.
Relacja Aishy z Walterem ma pewne wyjaśnienie, ale ni będę go na razie zdradzać ;) Więc domyślajcie się dalej!
W każdym razie, bardzo dziękuję za komentarz!
Pozdrawiam
Violin
Pierette obudziła się w Warszawie ku jej wielkiemu zdziwieniu, bo to co się stało nie było snem. Bardzo imponuje mi spokój dziewczyny, bo ja na jej miejscu bym oszalała! Ona jednak zachowała względy spokój, a przy spotkaniu z mamą nawet przez przypadek nic jej się nie wymsknęło. Ja znając siebie nie potrafiłabym ugryźć się w język... Zobaczenie siebie w mini wersji musiało być dziwnym uczuciem, ale jak widać od razu niemowlak wyczuł, że ma do czynienia z kimś bliskim.
OdpowiedzUsuńPolly ma tak samo cięty język, co jej matka! Bardzo mi się podobała ta wymiana zdań pomiędzy dziewczyną, a Mateuszem i punkt dla niego za znalezienie pracy, bo faktycznie za coś Polly/Pretty musi żyć.
Hmm... W tym rozdziale Walt jest przedstawiony trochę inaczej niż przy poprzednim i powoli zaczynam go rozumieć. Dla niego utrata ukochanej mamy była równie bolesna, co dla siostry i ojca, ale poradził sobie z tym inaczej... uciekł, a w zasadzie wyjechał. I chociaż teraz będąc w tym samym szpitalu, w którym leżała Stephanie i przy tylu przykrych wspomnieniach cieszę się, że Walt zachował zimną krew. Przede wszystkim plus za odesłanie ojca do domu, bo Stephane naprawdę musi wypocząć. I jestem ciekawa o co chodzi z Aishą i Antigą... czyżby w przeszłości mogło ich coś łączyć?
Weny, buźka!
Walt ogólnie jest postacią, o którą trochę się boję. Niby wiem jak chce go wykreować, ale jednak... to wcale nie jest takie proste. Podobnie jak to, co jest między nim i Aishą. Bo tu dochodzą kwestie nie tylko czysto charakterologiczne.
UsuńW każdym razie bardzo dziękuję za komentarz, a wena na pewno się przyda!
Pozdrawiam
Violin
Ja naprawdę podziwiam Pierrette za racjonale myślenie i zachowanie trzeźwego umysłu w takiej sytuacji! Ja to bym na pewno wpadła w panikę i tyle by mnie widzieli :D Ale Pierrette to Pierrette i tak łatwo się nie podda. Jak się okazało to wszystko jednak nie jest snem, tylko rzeczywistością, z którą dziewczyna musi się zmierzyć. Wie, że wylądowała w Warszawie i stara się to wszystko poukładać. Tajemniczo pojawiające się przedmioty i dziennik, który przekazał jej, że ma tutaj do wykonania pewne zadanie. Tylko jakie? Nie ukrywam, że już chciałabym poznać odpowiedź na to nurtujące pytanie haha :D Ale wiem, wiem, wszystko w swoim czasie ^^
OdpowiedzUsuńPierrette wybrała się na zakupy i spotkała się ze swoją mamą, ze Stephanie... Przyznam, że nie potrafiłam wtedy powstrzymać swoich łez. Dziewczyna po śmierci mamy wiele by dała by ujrzeć ją ponowie i jej marzenie się spełniło. Cofnęła się o dwadzieścia lat i miała okazję by porozmawiać ze Stephanie, usłyszeć jej głos, choć przez chwilę pobyć w jej towarzystwie. Stephanie była zdrowa, i co najważniejsze żyła... Ech, smutne to było :( I patrzenie na siebie i brata w wersji mini musiało być nieco dziwne, ale w końcu nie każdy ma taką okazję ^^ I zauważyłam, że Pierrette ma tak samo cięty język jak Stephanie ^^ Tak łatwo się nie da haha, ach te geny :D
Widzę, że Mateusz nie daje za wygraną i chce poznać Polly :) Wydaje mi się, że ta znajomość będzie dla niej czymś nowym i czymś innym od tego, co zna z Theodorem :D
Walt przyjechał do Polski by być przy Stephanie i siostrze w tej trudnej dla nich chwili. Lekarze nie wiedzą, co dolega Pierrette i wcale im się nie dziwię, że nie potrafią znaleźć logicznego wytłumaczenia. Ale jak nie oni to ekipa w składzie Walt, Aisha i Zan na pewno sobie z tym poradzą :)
Czekam z niecierpliwością na nowość :)
Pozdrawiam ;*
Nie wiem dlaczego, ale mnie akurat troszkę przeraża fakt, że Pierrette wyszła na tak strasznie racjonalnie myślącą. Niby nie chciałam z niej robić totalnej ofiary losu, ale teraz mam wrażenie, że jest aż nienaturalna.
UsuńKwestia zadania niedługo zostanie przynajmniej częściowo rozwiązana ;)
Walt z ekipą odkryją parę ciekawych rzeczy, ale na to jeszcze przyjdzie czas.
Bardzo dziękuję za komentarz!
Pozdrawiam
Violin
Udało mi się wszystko nadrobić i zażalenia nie będzie(nawiązując do mojego poprzedniego komentarza). Naprzynosilam sobie kilka jogurtów , ułożyłam sie wygodnie do czytania, lepiej byc nie moglo i wiesz co? Telefon mi padł. Jednak nie poddałam się , ruszyłam tylek po ładowarkę , a wszystko to by przeczytac trzeci rozdzial (z emocji jednak nie zjadlam tych jogurtów). Bardzo sie usmialam na poczatku, przy spotkaniu z mateczka wzruszyłam sie , a przy braciszku dostalam napadu irytacji. Boze drogi to taki upierdliwy irytujący czlowiek xD pierw myślałam ze czas w przyszlosci sie zatrzymal a Penelopa (przepraszam nadal nie zapamiętałam imienia) lezy sobie nadal na wieży Eiffla. Mam nadzieje ze jesli bedziesz kontynuować to co dzieje sie w przyszlosci to będzie sie dzialo cos wiecej niz tylko siedzenie w sali szpitalnej (przepraszam ,bardzo przykro sie czyta jak ojciec popada w tak smutny stan). Chcialam cos jeszcze napisac ale zgubilam wątek (jak zawsze). Czekam na następny rozdział z niecierpliwością. Przepraszam za tak brzydko napisany komentarz , ale moja klawiatura w telefonie nie lubi blogspota .Dzieją sie dziwne rzeczy ,ktorych nawet nie bede wyjaśniać bo i ja bede potrzebowac kaftanu .
OdpowiedzUsuńPozdrawiam!
Eden
Untilthedawn.blogspot.com
Mam nadzieję, że jednak potem zjadałaś te jogurty. Trzeba przecież uzupełniać kalorie xd.
UsuńI spokojnie, mam nadzieję, że wydarzenia w przyszłości też nie pozwolą się nikomu nudzić.
Klawiatura w telefonie chyba z nikim nie współpracuje. To normalnie temat na osobne opowiadanie.
Bardzo dziękuję za komentarz!
Pozdrawiam
Violin
Pierrette nadal znajduje się w Warszawie. Mimo że liczyła na to. Że wszystko okaże się snem. Niestety tak nie jest.
OdpowiedzUsuńAle dziewczyna się nie poddaje. Naprawdę ją podziwiam. Ja chyba zwariowalabym na jej miejscu.
Pojawiają się różne dziwne przedmioty i nawet odpowiadający notes. Naprawdę strasznie mi się to wszystko podoba. I nie mogę się doczekać by dowiedzieć się jaka misję ma Pierrette.
Dziewczyna wyszła na zakupy i wpadła na swoją mamę. Co musiało być dla niej niesamowitym przeżyciem. Znów zobaczyć swoją kochaną mamę. Do tego ujrzeć siebie jako słodkie maleństwo dwadzieścia lat wcześniej. Naprawdę podziwiam ją za opanowanie.
Mateusz nie odpuszcza. Widać że dziewczyna wpadła mu w oko. Fajnie że pomógł jej z pracą. Bo by nam biedna z głodu umarła.
Walt pojawił się w szpitalu. Bardzo mnie to cieszy bo ich ojciec musi być załamany. Przyda mu się wsparcie syna. I zgadzam się z Waltem i naszą dwójka przyjaciół. Theodor jest dziwny. Też coś nie do końca mi w nim pasuje.
No i reakcja Aishy i Walta. Jestem strasznie ciekawa czy kiedyś było coś pomiędzy nimi? Czy dziewczyna po prostu go nie lubi?
Nie mogę się doczekać kolejnego rozdziału. Pozdrawiam.
Chyba jednak pozwolę Pretty trochę powariować. Tylko jeszcze nie wiem kiedy.
UsuńMateusz ogólnie będzie w tym wszystkim dość ciekawą postacią, więc mam nadzieję, że przypadł wszystkim do gustu.
Walt będzie miał do wykonania różne zadania, nie tylko wspieranie ojca. Zresztą, czy to na pewno tylko o niego chodzi?
Kwestia Aishy też się kiedyś rozwiąże. Ale kiedyś :D
Bardzo dziękuję za komentarz.
Pozdrawiam
Violin