niedziela, 10 marca 2019

Rozdział 2

Warszawa, 14 luty 2019

       — Myślisz, że żyje?
— Głupku, przecież widzisz, że oddycha!
— Może jednak powinniśmy wezwać karetkę? 
— Ej, chyba się budzi!
Okej, wyjaśnijmy sobie coś — mam dwadzieścia lat i nigdy, ale to nigdy nie miałam kaca. Dlaczego? To nie tak, że w ogóle nie tykam alkoholu albo, że jest super grzeczniutka (no dobra, w pewnym stopniu jestem. Nie chcę sprawiać tacie dodatkowych problemów). Po prostu nigdy nie miałam okazji by porządnie się upić. Od pierwszej klasy przyjaźnię się z Aishą, która w ogóle nie pije. Więc jej towarzyszę. Zan unika imprez jako takich odkąd na jednej upił się tak, że koledzy z klasy bez problemu wywieźli go do trzydzieści kilometrów za miasto i zostawili w jakimś przypadkowym miasteczku. 
Zupełnie samego. I tylko w majtkach. 
Chyba mówiono o nim wtedy na miejscowych portalach. 
Nie miałam więc okazji pić wśród przyjaciół, a serio trudno jest się upić winem na rodzinnym obiedzie. 
Dlatego też, gdy odzyskałam przytomność, stwierdziłam, że tak właśnie wygląda kac. Miałam wrażenie, że czuję każdy możliwy mięsień, nawet ten w miejscu, o którym istnieniu nie miałam pojęcia. Moja głowa pulsowała wręcz przeraźliwym bólem, a w ustach miałam tak sucho, że w tamtym momencie bez mrugnięcia okiem wypiłabym pietruszkowy koktajl taty. 
Powoli uchyliłam powieki. Momentalnie oślepiło mnie ostre światło ledowych lamp. Zmrużyłam oczy, nieudolnie próbując zidentyfikować swoje położenie. 
Dokładnie w momencie, w którym moje źrenice znów zaczęły działać poprawnie, zamarłam. Zdałam sobie bowiem sprawę, że znalazłam się w bardzo, ale to bardzo dziwnym położeniu. 
Niepewnie rozglądnęłam się wokół. Pod palcami czułam zimne kafelki, a przy ścianach stały drewniane ławki. Na wieszakach niedbale powieszono niektóre ręczniki, a pozostałe po prostu wylądowały na ziemi. 
I jako osoba wychowujące się z trzema braćmi, w tym zawodowymi sportowcami, od razu załapałam, że znajduję się w męskiej szatni.
Tylko że to nie było najdziwniejsze. Najdziwniejsze był fakt, że wokół mnie zebrał się wianuszek  przepoconych mężczyzn w siatkarskich strojach. 
I to było to, co odstawało od moich dotychczasowych doświadczeń. 
— Gdzie ja jestem? — wychrypiałam, podpierając się na łokciach. 
Wśród siatkarzy zapanowała poruszenie. Mój mózg wyłapał, że nie mówią po francusku. Miałam nawet wrażenie, że znam ten język, ale nic nie rozumiałam. 
„Ciasto” — pomyślałam zamiast tego. „Zjadłabym ciasto". 
Po chwili zbiegowisko wybrało ofiarą. Młody mężczyzna z kwadratową szczęką i ciemnymi, przylizanymi włosami przykucnął obok mnie i zapytał po francusku: 
— Jak się czujesz? 
— Jakby przejechał po mnie tir — warknęłam, poprawiając zwisające się ramiączko sukienki. Czułam się jak skończona idiotka. Siedziałam na podłodze,  w kusej sukience i szpilkach, a wokół mnie stali sami faceci. I jeden chyba nawet nie miał na sobie koszulki!
W tej bajce to jeszcze tylko smoków brakowało. 
— Gdzie ja w ogóle jestem? I kim wy jesteście? 
Chłopak zmarszczył ze zdziwieniem brwi. Czyżbym była aż tak niedorzeczna? 
— Naprawdę nie wiesz kim jesteśmy? 
— A powinnam? 
— Raczej tak. W końcu byłaś na naszym meczu. 
— Meczu? Jakim znowu meczu? 
— No naszym — beznamiętnie wzruszył ramionami. — Ja jestem Antoine Brizard, a to pozostali siatkarze Onico Warszawa. 
Moja szczęką po raz kolejny tego dnia zaliczyła bliskie spotkanie trzeciego stopnia z ziemią. Chyba powinnam wymienić sobie w niej nawiasy, bo jak tak dalej pójdzie, to do czterdziestki nie będę już mogła otwierać buzi.
— To niemożliwe — wychrypiałam. 
Serio, to nie było możliwe. Ten chłopak nie mógł być TYM Brizardem. Antoine Brizard miał ponad czterdzieści lat, był byłym francuskim rozgrywającym, a obecnie działaczem. Miał żonę, dwie córki i od dawna nie ganiał po boisku w krótkich spodenkach. 
— To niemożliwe — powtórzyłam stanowczo. — Nie możesz być Brizardem. 
— A jednak wydaje mi się, że nim jestem. Przynajmniej byłem nim przez ostatnie dwadzieścia lat. 
Spojrzałam na niego spode łba. Teraz już byłam pewna, że to jakiś idiotyczny żart. Na przykład Waltera. Zemsta za kapelusz ciotki Flaur ( długą historia, której nie chcecie słuchać). 
— Powiedzcie mojemu bratu, że już totalnie oszalał. I że jak go dorwę, to mu urwę ten głupi, kudłaty łeb. 
— Teraz dla odmiany, to ja nie wiem, o co chodzi. — Chłopak jakby przezornie zrobił krok w tył. 
Prychnęłam kpiąco. Jasne, bo jeszcze uwierzę. 
Potoczyłam wzrokiem po pozostały siatkarzach, szukając potwierdzenia, że to tylko idiotyczny żart. Krzywego uśmieszku, znaczących spojrzeń, czy z trudem tłumionego śmiechu. 
Problemy tkwił w tym, że wszyscy byli śmiertelnie poważni. A przynajmniej tak samo zdezorientowani jak ja. 
— Panowie, wiem, że wygraliśmy, ale jest jeszcze taka sprawa...
Słysząc czyjś głos, synchronicznie obróciliśmy głowy. 
I wtedy już całkowicie zbaraniałam. Teoria o żarcie upadła, bo w progu stał nie kto inny, tylko mój tata we własnej osobie. 
Znaczy, nie do końca. To zdecydowanie był mój tata. Ale nie ten sam, który jeszcze rano wpychał we mnie kolejne owoce. Nie, ten wyglądał na o dobre dwadzieścia lat młodszego. Miał zdecydowanie mniej zmarszczek i stał jakby bardziej prosto. Jego włosy były krótsze, nadal jasne i kręcone, a w oczach widać było wesołe iskierki. 
Nawet nie zdawałam sobie sprawy z tego, jak bardzo za nimi tęskniłam. 
— Co tu się stało? — zapytał po angielsku, spoglądając to na mnie, to na siatkarzy. Nie wiadomo, kto był bardziej skonfundowany — ja czy oni.  
Znów zaczęło mi się kręcić w głowie. Wstałam ostrożnie i powoli wycofałam się pod ścianę. Nie wiem dlaczego, ale byłam przekonana, że to pomoże, że może, gdy oprę się o gładką, pionową powierzchnie, ta zniknie, a ja wrócę do rzeczywistości. 
— To tylko sen, to tylko sen… Au! Au! Au! — Zaczęłam szczypać się w ramię. Wiem, że to było skrajnie głupiej, ale skoro na filmach działało, to niby dlaczego we śnie miałoby nie? 
Ku wielkiemu zaskoczeniu całego wszechświata — nie zadziało. Zamiast tego ostatecznie zyskałam łatkę kompletnej wariatki. Ciekawe czy mają kaftany bezpieczeństwa na takie chucherka jak ja? 
— Czy może mi ktoś wyjaśnić, co tu się dzieje? — zapytał ponownie tata. 
A przynajmniej wszystko wskazywało na to, że to był mój tata. 
Siatkarze zaczęli wszystko tłumaczyć. Przekrzykiwali się jeden przez drugiego, w przynajmniej w trzech językach, ale ja nie rozumiałam z tego ani słowa. Wyczerpana, oparłam się o ścianę. Wzięłam kilka głębokich wdechów, nieudolnie próbując przeanalizować całą sytuację. 
Skoro to nie był ani sen, ani głupi żart, to w takim razie, co? 
Jeszcze raz przyjrzałam się zawodnikom. Zaczynałam mieć wrażenie, że przynajmniej niektórych kojarzę, że gdzieś już widziałam tę płytką potylicę człowieka pierwotnego i uszy, które spokojnie mogły robić za anteny satelitarne. 
No i znałam tylko jeden klub, który nazywał się Onico Warszawa — ten, w którym obecnie grał mój starszy brat i ten, którego trenerem kiedyś był mój rodzony, jedyny i niepowtarzalny ojciec 
— Może o zdanie zapytamy samą zainteresowaną? 
Z zamyślenia wyrwał mnie głos taty. Podniosłam głowę, ale głos dosłownie ugrzązł mi w gardle. Miałam ochotę rzucić się tacie na szyję, przytulić i nie pozwolić, by te iskierki kiedykolwiek zniknęły. 
Jednak nadal nie wiedziałam, gdzie jestem i co się tak naprawdę stało. Wolałam więc zachować chociaż resztki godności. 
— Ja… 
— To chyba twoje. 
Niespodziewanie przerwał mi jeden z siatkarzy. Był chyba najmłodszy z całego towarzystwa i wyglądał trochę jak dziecko. Sklejone od potu, płowe włosy opadały na okrągłą twarzyczkę. Uśmiechał się nieśmiało, w dłoni trzymając niewielką torebkę. 
Zaraz, zaraz… To była moja torebka! 
Wyrwałam mu ją z rąk i pospiesznie zajrzałam do środka. Liczyłam, że może tam znajdę wyjaśnienie całego zamieszania. 
Niestety ponownie się zawiodłam. W torebce były tylko cztery rzeczy — bilet na mecz, portfel, klucze z doczepionym adresem i telefon, który może dwadzieścia lat temu był hitem, ale u mnie wzbudzał tylko pobłażliwy uśmiech. 
Otworzyłam porfel. Zmieściło się w kilka banknotów i… dowód osobisty. 
Który sprawił, że mój mózg postanowił sobie wziąć urlop. Bo takich dziwactw to już żadne neurony nie mogły przetrawić. 
Tak jak ten tata zdecydowanie był moim tatą, tak ten dowód zdecydowanie był moim dowodem. Widniało na nim moje zdjęcie, co prawda jakby gorszej jakości, ale moje. Problem tkwił w tym, że według tego dokumentu, nie nazywałam się Pierrette Antiga tylko Pénélopa Bernard. I nie urodziłam się 24 września 2018 roku w Warszawie, tylko 24 września 1998 roku w Lyonie. Czyli miałam jakieś czterdzieści lat! To totalnie szaleństwo!
— Wszystko w porządku? 
Dopiero teraz zdałam sobie sprawę, że od kilku minut wszyscy się na mnie patrzą. Zaczerwieniłam się gwałtownie i odchrząknęłam nerwowo. Potrzebowałam jakiejś wymówki. I to na już! Nie rozumiałam, co się dzieje, ale przecież nie mogłam im powiedzieć prawdy! W życiu by mi nie uwierzyli, że jeszcze przed chwilą stałam na wieży Eiffla, idealny chłopak prosił mnie o rękę, a ogólnie to to wszystko wydarzy się za jakieś dwadzieścia lat!
Przynajmniej tak sądziłam. 
Myśl, Pierrette, myśl! 
Zerknęła na bilet w torebce i nagle mnie olśniło. 
— Szukałam łazienki — wypaliłam bez zastanowienia. — Jestem pierwszy raz na hali… trochę się zgubiłam. Potem zaczęło mi się kręcić w głowie. Chyba zemdlałam na moment… Nie pamiętam. Ale już wszystko dobrze!— Uśmiechnęłam się przepraszająco. 
Niech to zadziała, niech to zadziała…
— Jesteś pewna? — tata nie wyglądał na specjalnie przekonanego. Zresztą pozostali podobnie. 
— Oczywiście — ciągnęłam tę farsę. — I bardzo przepraszam za zamieszanie, już ulatniam. 
— Może jednak powinniśmy zawołać lekarza — zaproponował. 
Z cichym świstem wypuściłam powietrze. Mój ojciec był uparty w każdej rzeczywistości. 
— Nic mi nie jest! Naprawdę! Wychodzę i wszyscy zapominamy o tym, co tu się stało. 
Już odwróciłam się na pięcie, ale w ostatniej chwili ktoś złapał mnie za ramię. To był ten san chłopak, który wcześniej podał mi torebkę. 
— Nie powinnaś sama wracać do domu — stwierdził. — Możesz ponownie zemdleć. 
— Złapię taksówkę… — Ta, ciekawe dokąd. 
— Mateusz ma rację. — No tak, mój nadopiekuńczy ojciec znów włączył się do akcji. Jakim cudem w ogóle wyrosłam przy nim na istotę w miarę samodzielną?! 
Nerwowo potarłam dłonią skroń. To wszystko już dawno straciło jakikolwiek sens, czy logikę. Chciałam tylko wydostać się z tej przeklętej szatni i na spokojnie przemyśleć całą sytuację. Bo zdecydowanie żaden sen nie jest tak popierdzielony. 
— W takim razie, co zamierzacie zrobić? — prychnęłam, krzyżując ręce na piersi. 
— Któryś z nas może cię podwieźć. 
Zamrugałam szybko, po raz kolejny tego dnia resetując mózg. 
— Że niby, co proszę?! Przecież ja was nawet nie znam! 
„ A tata zawsze powtarzał, by nie rozmawiać z obcymi. I na pewno nie wsiadać z nimi do żadnych, ale to żadnych pojazdów.” Dodałam w myślach. 
Spojrzałam na ojca, przekonana, że mi przytaknie. Jednak on tylko uśmiechnął się szeroko i powoli pokiwał głową. 
— Dochodzi północ. Powrót samemu może być niebezpieczny. 
— I niby mam być bezpieczna z zupełnie obcym mężczyzną?! Dziękuję bardzo, ale jeszcze zachowałam odrobinę zdrowego rozsądku. — Odwróciłam się na pięcie i w końcu wyszłam z szatni, głośno trzaskając drzwiami. 
Mecz musiał się skończyć niedawno, bo hala nadal pustoszała. Nawet nie starałam się ukrywać. Chciałam tylko jak najszybciej opuścić halę, a potem znaleść jakieś spokojne miejsce by pomyśleć. Szłam przed siebie pewnym krokiem, zupełnie ignorując fakt, że pewnie wyglądam strasznie głupio. W końcu kto normalny przychodzi na mecz w szpilkach i krótkiej sukience?! 
Dopiero gdy wyszłam na zewnątrz zdałam sobie sprawę z tego, że nie tylko wyglądam jak idiotka, ale też zachowuję się idiotka. 
— Zimno! Zimno, zimno, zimno!
Ledwie postawiłam krok poza halę, a lodowate powietrze przeszyło moje ciało. Z nieba padał gęsty śnieg, a ludzie co rusz nasuwali na głowę wełniane czapki. 
—Zimno!
Momentalnie zrobiłam w tył zwrot. Na szczęście stojący przy wejściu strażnik jedynie posłał mi pobłażliwe spojrzenie i pozwolił wrócić do środka. 
Usiadłam na ławce obok automatów z jedzeniem. Nie było to najlepsze miejsce do przemyśleń, ale przynajmniej w hali panowało przyjemne ciepełko. Oparłam głowę na ramionach i spróbowałam sobie wszystko poukładać. 
Jakimś cudem, zupełnie nieprawdopodobnie, przeniosłam się z Paryża do Warszawy. A dokładniej na słynny Torwar, który ja już na szczęście znałam tylko z opowieści. Zaraz po meczu Onico Warszawy. I to jeszcze nie było najdziwniejsze. Najdziwniejszy był fakt, że to było Onico sprzed dwudziestu lat. Prowadzone przez mojego ojca i z Antoinem Brizardem w składzie. Totalny absurd!
Jeszcze raz rozglądnęłam się wokół. Może to jednak był tylko sen? Może zaraz obudzę się w swoim łóżku, pod puchatym różowym kocykiem i na nowo będę przeżywać walentynki. 
Tylko, że wszystko wydawało się zbyt realistyczne jak na sen. Siatkarze, dowód osobisty, czy choćby sama hala. Osobiście na Torwarze byłam tylko jako niemowlę, Timote grał już na nowym warszawskim obiekcie. Jak więc mogłam wyobrazić sobie coś, czego nigdy nie widziałam?
W mojej głowie zaczęła kiełkować myśl równie logiczna, co nieprawdopodobna. 
A co jeśli cofnęłam się czasie? 
Gwałtownie pokręciłam głową. Przecież to było niemożliwe. Nikt nigdy nie cofnął się czasie. Nikt tego nie potrafił. 
A jednak wszystko wskazywało na to, że mnie się udało. Bo żadna inna teoria nie przychodziła mi do głowy. 
Jeszcze raz zajrzałam do torebki. Oprócz dowodu osobistego, znalazłam w niej jeszcze jakieś klucze. Była do nich przyczepiona tabliczka z adresem. 
— „Rajska 32 przez 5” — przeczytałam pod nosem. 
Może to była wskazówka? Może pod tym adresem dowiem się czegoś więcej? 
Spróbowałam jeszcze włączyć znalezioną komórkę, ale ta odmówiła posłuszeństwa. Choć z drugiej strony, może po prostu mój umysł przyszłości był za głupi na tego typu urządzenie.
— Jednak doszłaś do wniosku, że samotny powrót to nie jest dobry pomysł? 
Podskoczyłam nerwowo, słysząc za sobą czyjś rozbawiony głos. 
— Wystraszyłeś mnie — fuknęłam na Mateusza. — A co do powrotu, to jeszcze nie podjęłam decyzji. 
Chłopak parsknął śmiechem. Usiadł obok i zmierzył mnie zaciekawionym spojrzeniem. 
— Naprawdę myślisz, że moglibyśmy ci coś zrobić? — zapytała. Mówił płynnym angielskim, choć w niektórych słowach śmiesznie spłycał głoski. 
— To nie tak — westchnęłam. — Po prostu w ogóle was nie znam. To chyba dobrze, że nie ufam obcym, co nie? 
— Byłaś przecież na meczu. Co oznacza, że nie jesteśmy całkowicie obcy. 
Nerwowo przygryzłam wargę. Po części miał rację. Nie byli zupełnie „obcy”. W końcu znałam tatę, rozpoznałam Brizarda, a po na myśle przypomniałam sobie, że wśród siatkarzy dostrzegłam również Sharona Vernon – Evansa — przyjaciela mojego brata jak i całej rodziny. I jemu byłabym wstanie zaufać bez wachania. 
Ale tego akurat nie mogłam powiedzieć Mateuszowi. 
— Co innego kibicowanie z trybun, a co innego bliska znajomość. O zaufaniu nie wspominając — stwierdziłam w końcu. 
Ze zrozumieniem pokiwał głową. Przez chwilę myślał nad czymś intensywnie, by w końcu uśmiechnąć się szeroko i tak po prostu wyciągnąć do mnie rękę. 
— Mateusz Janikowski. 
— Że co proszę? — zaskoczona przekrzywiłam głowę. 
— Nazywam się Mateusz Janikowski — powtórzył. — Teraz już nie jestem zupełnie obcy. 
Musiałam śmiesznie wyglądać. Jak zaintrygowany gołąb albo ptak dodo. 
Choć z drugiej strony nigdy nie widziałam zaintrygowanego ptaka dodo. 
— Pierr… Pénélopa. Pénélopa Bernard. — W ostatniej chwili ugryzłam się w język. Doszłam do wniosku, że dopóki nie wyjaśnię, co tu się dzieje, lepiej będzie stwarzać pozory. 
— No to skoro się już znamy, to może jednak skorzystasz z mojej propozycji — wrócił do tematu, a ja już przywaliłam sobie w wyobraźni w łeb. — Na zewnątrz jest jakieś minus sześć stopni, pada śnieg, a ty chyba nie masz kurtki. 
Z irytacją przewróciłam oczami. Co za spostrzegawczość! Normalnie puchar za dedukcję się należy. 
Przetarłam dłonią zmęczone oczy. Skoro ironizowałam, to znaczyło, że jest ze mną naprawdę źle. 
— Z tą kurtką to długa historia — mruknęłam, garbiąc się nieznacznie. — Ale masz rację, nie uśmiecha mi się wychodzenie na mróz totalny. 
— W takim razie pozwól, że będę dzisiaj twoim rycerzem na białym koniu. Albo raczej na czarnym. Białe samochody są niepraktyczne. — Wyszczerzył się głupkowato, a ja mimowolnie parsknęłam śmiechem. 
— Uważasz, że jestem śmieszny? — zapytał, przysuwając się nieznacznie. 
— Raczej komiczny — odparłam. — Z tym uśmiechem wyglądasz jak psychodeliczne niemowle z horrorów. 
— Czy to oznacza, że ze mną pojedziesz? 
Zmarszczyłam w zamyśleniu brwi. Miałam dwa wyjścia –– albo odmówię i dalej będę siedzieć w hali do momentu, aż ktoś wyrzuci mnie na mróz, gdzie zostanę ofiarą miejskiej dżungli; albo też pojadę z Mateuszem i może uda mi dostać pod adres z kluczyków. A nawet jeśli nie, to w najgorszym wypadku skutek będzie dokładnie ten sam. 
Zresztą, jeśli to jednak był sen, to co złego mogło się stać? 
— Niech będzie — zgodziłam się w końcu. — Ale łapy masz trzymać przy sobie — zastrzegłam, widząc wesołe ogniki w oczach w chłopaka. 
Tym razem to Mateusz wybuchnął głośnym śmiechem. Podniósł się z ławki, przeciągnął leniwie, a potem zachęcająco podał mi dłoń. 
Chwyciłam ją niepewnie. Ze zdumieniem stwierdziłam, że w jego uścisku jest coś kojącego. 
Mati jeździł starszym, czarnym autem, którego nigdy w życiu na oczy nie widziałam. W środku panowało jednak przyjemne ciepło, a z radia cicho leciały stare przeboje, więc niczego więcej do szczęścia nie potrzebowałam. Podałam mu adres z kluczyków, ale w trakcie jazdy prawie w ogóle nie rozmawialiśmy. 
Oparłam głowę o okno i jeszcze raz spróbowałam wszystko poukładać. Dopiero teraz przypomniałam sobie o moich bliskich. Jeśli naprawdę cofnęłam się w czasie, to co będzie z nimi? Czy całkowicie zniknęłam? Czy po prostu wyparowałam? Czy tata bardzo panikuje? Czy postawił na nogi cały Paryż, jak nie i całą Francję? A Theo? Też na pewno się martwi? W końcu zniknęłam dokładnie w momencie, w którym mi się oświadczał. To musi być dla niego bardzo ciężkie. 
Przełknęłam głośno ślinę. Na samo wspomnienie oświadczyn Theodora czułam dziwny ucisk w żołądku. Nadal nie byłam pewna jakiej odpowiedzi powinnam mu udzielić. 
Nawet nie zauważyłam, gdy przysnęłam. Obudziło mnie dopiero zgaszenie silnika i delikatnie szturchnięcie w ramię. 
— Jesteśmy na miejscu. 
Niechętnie otworzyłam oczy. Dojechaliśmy na jakieś osiedle, które dwadzieścia lat temu musiało uchodzić za nowoczesne. Równiutko ustawione latarnie oświetlały pokryte śniegiem trawniki, a przez przeźroczyste barierki balkonów widać było zarysy rowerów. 
— Dziękuję za podwózkę. I za to, że nie okazałeś się psychopatycznym mordercą. — Odpięłam pas i przewiesiłam przez ramię torebkę. 
— A wyglądam na takiego? — Mateusz kokieteryjnie oparł się o kierownicę. 
Co wyglądało cokolwiek śmiesznie, bo miał prawie dwa metry wzrostu i regularnie przywalał czaszką w sufit. 
— Nie — stwierdziłam wysiadając. — Ale po psychopatycznych mordercach nigdy nic nie wiadomo. Dlatego właśnie są psychopatycznymi mordercami. 
Mateusz również wysiadł. Spojrzałam na niego zaskoczona, odruchowo robiąc krok w tył. 
— Luzik, serio nie zamierzam cię zabić czy coś — uspokoił mnie pospiesznie. — Po prostu mieszkam dwa bloki dalej, a o tej porze na pewno nie znajdę tam wolnego miejsca. 
Zamrugałam kilka razy. Serio? Mieszkał niedaleko? I co jeszcze? Codzienne rano roznosił ciepłe bułeczki wszystkim okolicznym staruszkom. Jęknęłam w duszy. Naprawdę do szczęścia brakowało mi tylko smoków. 
Chociaż nie — smoki byłyby bardziej prawdopodobne niż cała ta porąbane rzeczywistość.
Potoczyłam wzrokiem po osiedlu. Na szczęście numer 32 był tuż za moimi plecami. Wolności, już biegnę!
— W takim razie jeszcze raz dzięki za pomoc. I może jeszcze kiedyś się spotkamy. — Odwróciłam się na pięcie i nie czekając na odpowiedź, pobiegłam w kierunku klatki schodowej, Może nie było to specjalnie kulturalne, ale w tamtym momencie byłam święcie przekonana, że już nigdy, ale to nigdy nie spotkam Mateusza. 
Ku mojej ogólnej radości już za pierwszym razem udało mi się wybrać właściwy klucz. Dzięki temu Mati nie miał szans, by mnie dogonić. Gdy upewniłam się, że chłopak odszedł, powoli zaczęłam wspinać się po chodach. Mieszkanie  numer pięć znajdowało się na trzecim piętrze. Drugi z kluczy idealnie pasował do drzwi.
Tak naprawdę to nie wiedziała, czego się spodziewać. Zlotu czarownic? Szalonego naukowca z zmieniaczem czasu? Sądu ostatecznego? A może tajemniczego portalu do świata żelków? 
Ku ogromnemu żalowi całego wszechświata, za drzwiami nie zastałam ani czarowni, ani naukowca, ani nawet tych cholernych żelków ( a serio miałam ochotę na żelki.) Zamiast tego weszłam do zupełnie zwyczajnej kawalerki. W jednym pomieszczeniu połączono salon, kuchnię i sypialnie. Choć każdy mebel był inny to razem tworzyły w miarę spójną całość. Żółta kanapa, brązowy stolik pod niewielkim telewizorem, zielony dywan i wysoki, biały regał, który oddzielał metalowe łóżko od reszty pomieszczenia. 
Była jeszcze wysłużona szafa. Prosta, drewniana, ale niepokojąco fascynująca. Podeszłam do niej powoli. Niepewnie otworzyłam drzwiczki, jakby bojąc się, że w środku znajdę trupa. 
Trupa nie było, ale i tak zamarłam. Zatoczyłam się do tyłu, czując jak krew uderza mi do mózgu. 
— To nie możliwe — szepnęłam. — Niemożliwe. 
Na wieszaku, wśród kilku kolorowych tunik, wisiała spódnica. Moja spódnica. Patchworkowa, z milionem falbanek. Ta sama, którą kilka godzin wcześniej cisnęłam w kąt pokoju. Obok, na półce leżał czerwony wachlarz, który powinien być połamany, a pod spodem, czarne, lakierowane buciki. 
Wzięłam głęboki oddech. Powoli odsunęłam się od szafy. To była dla mnie zdecydowanie za wiele. Skąd w zupełnie obcym mieszkaniu wzięły się moje rzeczy? I to jeszcze nie byle jakie rzeczy, ale strój do flamenco. Ten, na który od trzech lat nie byłam wstanie nawet spojrzeć. 
Nagle poczułam się przeraźliwie zmęczona. Wyparowała ze mnie cała energia. Miałam ochotę osunąć się na podłogę i po prostu płakać. Nie miałam pojęcia, gdzie jestem ani co się dzieję. W tamtym momencie chciałam tylko wrócić do domu. 
— Jest tu kto?! — krzyknęłam zdesperowana. — Ktokolwiek?!
Nie uzyskałam odpowiedzi.
Nie chciałam już więcej myśleć. Poddałam się. Z trudem doczłapałam do łóżka. Nawet nie zdjęłam sukienki, jedynie zsunęłam z nóg szpilki. Położyłam się z nadzieją, że zasnę jak najszybciej, a gdy się obudzę wszystko wróci do normy. 
— Chcę do taty — szepnęłam, przytulając poduszkę. — I do Theodora. I do Aishy i do Zana. I nawet do Waltera. Chcę do domu. 
Zasnęłam jakiś czas później, z policzkami mokrymi od łez i nadal otwartą szafą. 



Boston, 15 luty 2039

Promienie słońca bez trudu przedarły się przez cieniutkie firanki. Jęknąłem cicho, przewracając się na drugi bok. Wyciągnąłem rękę i po omacku zacząłem obmacywać drugą połowę połowę łóżka. Po chwili zdałem sobie jednak sprawę z tego, że nikt nie leży obok. Usiadłem więc niechętnie i nieprzytomnym wzrokiem rozglądnął się wokół. 
— Obudziła się śpiąca królewna. 
Uśmiechnąłem się pod nosem, słysząc znajomy głos. W drzwiach do sypialni stała wysoka dziewczyna o długich, szczupłych nogach i czarnych, kręconych włosach. Na sobie miała tylko cienki szlafrok, a po jej szyi wpływały kropelki wody. 
— Nie zaczekałaś na wspólny prysznic? – Osunąłem się z łóżka i powolnym krokiem podszedłem do kobiety. 
— Spałeś jak zabity - prychnęła. - A ja muszę być na dziesiątą na zajęciach. Nie jesteś na tyle ważny, by się na nie spóźnić. - Prowokująco przesunęła palcem po moim nagim torsie. 
Roześmiałem się radośnie. Pochwyciłem dziewczynę w ramiona i namiętnie wbiłem się w jej usta. Oddała pocałunek, ale gdy zjechałem dłońmi na jej pośladki, gwałtownie pokręciła głową. 
— Nie ma mowy, Walt.
— Ale Juluś! — Tupnąłem mogą niczym mała dziewczynka. 
— Nie Julusiuj mi tu — fuknęła. — To, że Ty nie masz dzisiaj treningu wcale nie oznacza, że wszyscy mogą zrobić sobie zrobić wolne. 
— Przecież wygraliśmy wczoraj mecz! Chyba należy mi się coś od życia!
— I właśnie dlatego, to Ty dzisiaj robisz obiad. - Julia uśmiechnęła się chytrze, a potem obróciła się na pięcie i z powrotem zniknęła w łazience.
Westchnąłem głęboko i powlokłem się z powrotem do łóżka. Zakopałem się głęboko pod kołdrę, z ambitnym planem nie wyściubiania nosa co najmniej do wieczora. Cały mój poranny zapał wyparował. Na początku z entuzjazmem przyjąłem wizję całego dnia w łóżku, bo zakładałem, że nie spędzę go sam. Wtedy nie byłby to czas stracony. W końcu trzeba wspomagać ciężko pracujących producentów środków antykoncepcyjnych.
Ale skoro Julcia musiała iść na uczelnie... 
Co ja biedny miałem zrobić?! Jak w ogóle można porzucić tak przystojnego, pełnego energii mężczyznę jakim niewątpliwie byłem. Toż to skandal! Każda kobieta i nie tylko kobieta, niewątpliwie uznałaby decyzje Juli za skrajne marnotractwo!
 Tylko, że Julka nie była każdą. Była moją Julcią. I właśnie dlatego wybrała uczelnie zamiast mnie. 
— Przynajmniej Ty mnie nigdy nie zostawisz — mruknąłem, przytulając się do ogromnej poduszki. W tych ciężkich chwilach musiała zastąpić mi ciepło niezastąpionej Julki.
Po dokładnie pięciu minutach i trzydziestu sekundach doszedłem do wniosku, że uczłowieczenie poduszki było kiepskim pomysłem. Strasznie wbijała mi się w żebra. 
Po rozważenie wszystkich za i przeciw, przeprowadzeniu w głowie debaty na temat sensu istnienia świata i otoczeniu krwawej bitwy z wewnętrznym leniem, postanowiłem ruszyć cztery litery. Zwlokłam się z łóżka i ziewając głośno, podszedłem do szafy. Jednak gdy ją otworzyłem, doszedłem do jakże ambitnego wniosku, że nie ma sensu się ubierać. O tej porze roku w Bostonie panował mróz totalny, a po mieszkaniu mogłem przecież chodzić w samych slipkach, nieprawdaż? 
Na wszelki wypadek przejrzałem się w lustrze. I ku zaskoczeniu całego wszechświata jak zwykle wyglądałem idealnie. Idealnie wyrzeźbiona klatka piersiowa, idealny uśmiech, idealnie gładka skóra. 
Nawet jasne włosy składały się w idealny artystyczny nieład. 
Cudownie! 
— Tylko przypadkiem nie zakochaj się w swoim odbiciu. —W drzwiach do łazienki znów pojawiła się Julka. My mojemu ogromnemu żalowi była już ubrana. Naprawdę tak bardzo jej się spieszyło?
— Czyżbyś była zazdrosna? — Uśmiechnąłem się kokieteryjnie. 
— Raczej zażenowana — prychnęła, podnosząc z ziemi swoją torebkę. — Wychodzę. Postaraj się utrzymywać bieliznę na tyłku, gdy mnie nie będzie. Nie chcesz chyba, by na następnym meczu fanki znów dawały do podpisania zdjęcia twoich pośladków. 
— To był przypadek! — zaprotestowałem stanowczo. — Skąd miałem wiedzieć, że paparazzi nadal praktykują wspinanie się po drzewach! Myślałem, że już z tego wyewoluowali!
Julka parsknęła śmiechem i pokręciła głową z używaną dezaprobatą. 
— Po prostu nie rób nic głupiego — poprosiła, a potem wspięła się na palce, cmoknęła mnie w policzek i zniknęła za nim zdążyłem zaprotestować.
Jeszcze przez chwilę stałem na środku ogromnej sypialni jakby z nadzieją, że Julka jednak zmieni zdanie. 
Nic takiego się nie wydarzyło, więc postanowiłem wrócić do użalania się nad własnym jestestwem. 
Przed całkowity pogrążeniem się w samotności uratował mnie brzęczenie telefonu. Sięgnąłem po komórkę j zmarszczyłem ze zdziwieniem brwi. Tata? Po co znów dzwonił?
Pospiesznie upewniłem się, że Julki na pewno nie ma w mieszkaniu i dopiero wtedy odebrałem połączenie. Dziwny ucisk w żołądku podpowiadał, że to nie będzie normalna rozmowa. 
— Halo? 
—-Walter, to Ty? 
— Tak, to ja tato — westchnąłem, odruchowo wyłączając obraz holograficzny. Wiedziałem, że tata, jako starsze pokolenie i tak z niego nie skorzysta, a tylko będzie zakłócać połączenie. - Coś się stało? Przecież dzwoniłeś dosłownie kilka godzin temu, po meczu. 
— Wiem, wiem — w głowie taty słychać było podenerwowanie. — Ale tym razem chodzi o Pierrette. 
Zamarłem. Usiadłem powoli na łóżku, mocniej przyciągając telefon do ucha. Skoro tata mówił o Pretty, to znaczy, że musiało się coś stać.  Odkąd mama odeszła, a ja wyjechałem do Stanów, Pierrette stała się dla taty wszystkim. Wiedziałem o tym i nie miałem tacie tego za złe. Po części, podobnie jak reszta rodzeństwa, byłem wdzięczny siostrze, że skupia na sobie większość uwagi taty. Dzięki temu mogliśmy w miarę normalnie żyć. 
Ale mimo tego, tata starał się poświęcać uwagę także pozostałym dzieciom. Więc w trakcie rozmów przez telefon bardzo, ale to bardzo rzadko wspominał o Pierrette. Chyba, że coś się stało. 
— To coś poważnego? — Nerwowo przeczesałem dłonią włosy. 
„Oczywiście, że to coś poważnego, idioto” skarciłem samego siebie. „ Chodzi w końcu o twoją siostrę. Bliźniaczkę.”
— Pierrette… ona… straciła przytomność… wczoraj… nikt nie wie dlaczego… już tyle godzin. — Tata plątał się w tłumaczeniach. Jego głos to drżał, to znów się łamał. Brzmiał tak, jakby za chwilę miał się rozpłakać. 
Westchnąłem głęboko. Czyli znów będę musiał robić za tego logicznie myślącego? 
— Uspokój się, tato — poprosiłem. — Trzy głębokie wdechy, dziesięć wydechów i dwadzieścia pajacyków.
Zamilknął gwałtownie. Słyszałem jak kilka razy głośno przełyka ślinę. 
— Pretty straciła wczoraj wieczorem przytomność — wydukał w końcu. — Była z Theodorem. Lekarze nie są wstanie powiedzieć, co się stało. Nadal się nie obudziła. Nie wiadomo dlaczego. 
Miałem wrażenie, że krew dosłownie odpływa mi z twarzy. Przeżywałem cholerne deja vu. Bardzo nieprzyjemne deja vu. 
— Może znowu przechodzi załamanie — zasugerowałem z nadzieją. 
— Na pewno nie. Pilnuję ją. Codziennie zjada śniadania. Śpi po osiem godzin i uzupełnia wszystkie witaminy. Zresztą… zresztą wydawało mi się, że jest w miarę szczęśliwa. Nie tak jak kiedyś, ale szczęśliwa. 
Zacisnąłem usta w wąską kreskę. Myśl o załamaniu była pierwszą, która przyszła mi do głowy. Pierrette najgorzej z naszej piątki zniosła odejście mamy. Co oczywiście odbiło się na jej zdrowiu. Na samo wspomnienie jej wychudłej twarzy przechodziły mnie ciarki.  
— Jest źle?
— Bardzo źle. To się znowu dzieje. — Tata ostatecznie się załamał. Nie musiałem go widzieć, by wiedzieć, że płacze. — Moja Pretty, moja mała córeczka…
Na drżących nogach wstałem z łóżka. Działałem instynktownie. Podszedłem do szafy, do której przyczepiony był tablet asystent. 
— Wyświetl mi kalendarz — poprosiłem cicho. 
Ułamek sekundy wystarczył, bym miał przed oczami terminarz. Pospiesznie przebiegłem wzrokiem po kolejnych datach. 
— Spróbuję przyjechać — powiedziałem w końcu. 
— Naprawdę? — wychrypiał słabo tata. — Przyjedziesz?
— Postaram się — zaznaczyłem. — Mamy teraz trochę wolnego… potem jest mecz gwiazd. Może trener mnie puści. 
— Przyjedź — w głosie taty pojawił cień nadziei. — Pierrette cię potrzebuję. I ja... — zawahał się. — Ja też cię potrzebuję. 
Uśmiechnąłem się smutno. 
— Przyjadę — obiecałem, choć nie miałem pewności, czy uda mi się dotrzymać obietnicę. — Kocham cię, tato, trzymaj się. 
— Ja też cię kocham, synku. 
Rozłączyłem się. Jeszcze przez chwilę stałem na przeciwko szafy, pustym wzrokiem wpatrując się w tablet. 
— Pokaż mi Pierrette— szepnąłem. 
Na ekranie pojawiło się zdjęcie mojej siostry. Uśmiechała się szeroko, a jej ciemne włosy rozwiewał wiatr. W niebieskich oczach, takich samych jak moje, pobłyskiwały wesołe iskierki. 
— Oj, Pretty, Pretty. — Delikatnie musnąłem palcem ekran. — Coś ty znowu najlepszego zmalowała, siostrzyczko? 


Z wielką przyjemnością przedstawiam rozdział drugi. Przyznam, że z różnych względów pisało mi się go bardzo dziwnie. Z niektórych fragmentów jestem bardzo zadowolona zadowolona z innych mnie. 
Ogólnie to ten rozdział jeśli chodzi o długość jest jeszcze w miarę ogarnięty ( ma jakieś 4,5 tys słów), ale wygląda na to, że następny będzie najdłuższym rozdziałem jaki napisałam w życiu. Już ma prawie 7 tys. słów, a jeszcze nie skończyłam. Mam tylko nadzieję, że nie zanudzę was na śmierć. 
Pojawiły się również pierwsze elementy fantasy – teraz już wiecie, dlaczego Pretty straciła przytomność. Jest też Walter, choć gdy na początku planowałam to opowiadanie, to nie myślałam o tym, by wprowadzać jego perspektywę ( te części chciałam pisać w trzeciej osobie). Ale mam nadzieję, że i tak się podobał. 
Jak zwykle z niecierpliwością czekam na wszystkie komentarze. Może nie odpiszę na wszystkie ( nadal nie potrafię wyrobić sobie takiego zwyczaju), ale postaram się. I wszelkie uwagi mile widziane, bo taj jak wspominałam, to opowiadanie to jeden wielki eksperyment. 
Pozdrawiam
Violin
PS. W najbliższych dniach zmieni się jeszcze szablon, bo ten zaczął mnie drażnić swoim zmienianiem edycji tekstów. 


Walt was widzi xd

13 komentarzy:

  1. Po części wyjaśniło nam się omdlenie Pierrette. Chociaż muszę przyznać, że sądziłam, iż jest ono spowodowane stresem i tymi nagłymi oświadczynami ^^ a tu proszę. Pierrette cofnęła się w czasie! Ale tak ... niedosłownie, bo tkwi w teraźniejszości i przeszłości. To jest na prawdę bardzo dziwne, aczkolwiek intrygujące :) Wyjaśniła nam się również kwestia słów "vel Penelopa". W każdym bądź razie "Penelopa" ma swoje mieszkanie i życie, ale szafę z rzeczami Pierrette. I sympatycznego młodego "sąsiada", chociaż niedosłownie ^^ Naszła mnie jednak taka myśl, że skoro Pierrette pojawiła się w przeszłości, to może będzie miała szansę na spotkanie się z własną matką. I ciekawe czy mała Pierrette istnieje ... tyle pytań! ^^
    Walter, na pierwszy rzut oka, wydaje się być młodym gwiazdorem pewnych swoich umiejętności i walorów. ALE! Skoro jest w związku (?) z Julią, to nie jest typowym łamaczem damskich serc. Ich rozmowa przypomina mi w jakimś procencie rozmowę jego rodziców :D Bo wiadome, że Stephana i Stephanie nic nie pobije ^^ Julcia też ma kąśliwy języczek i bardzo dobrze! W każdym bądź razie ich relacja wywarła na mnie pozytywne wrażenie. Dodajmy do tego, że rodzina dla Waltera jest bardzo ważna. Gdy tylko usłyszał od ojca, że coś złego stało się z jego siostrą, od razu pomyślał o wyjeździe do Francji. Cieszę się, że nie okazał się byc dupkiem ^^

    Czekam na dalszy rozwój sytuacji ;*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jej, jest pierwszy komentarz (za który bardzo, bardzo dziękuję), to mogę poćwiczyć odpowiadanie ( takie postanowienie na wiosnę).
      Ogólnie to przyznam, że byłam troszkę zdziwiona, że pod poprzednim rozdziałem nikt nie połączył omdlenia Pierrette z podróżami w czasie. Ale z drugiej strony cieszy mnie, że mogę czymś zaskoczyć.
      Walter... przyznam, że jeszcze pracuję nad jego charakterem. Jest pierwszą tak postacią, którą opisuję, więc mam wrażenie, że nie zawsze potrafię oddać jego charakter.
      W następnym rozdziale trochę rzeczy się wyjaśni. Ale jeszcze więcej pokomplikuje.
      Jeszcze raz dziękuję za komentarz!
      Violin

      Usuń
  2. Pierrette cofnęła się w czasie i to o dwadzieścia lat! Nie dziwię się, że dziewczyna nic nie ogarnęła z zaistniałej sytuacji, bo to totalne szaleństwo. Widzieć ojca, jego byłych zawodników i jednocześnie nie móc powiedzieć kim jest, bo Stephane prawdopodobnie uznałby ją za wariatkę. Penelopa (bo teraz tak chyba powinniśmy pisać o Pretty) ma własne mieszkanie, życie, ale jednak została cząstka Pretty w postaci jej szafy. Jestem niezwykle ciekawa jakie czekają na tą młodą dziewczynę przygody i czy będzie miała kontakt ze swoją rodziną, rodzeństwem i zobaczy siebie sprzed dwudziestu lat.
    Walt początkowo wydał mi się strasznym narcyzem. Te jego myśli/komentarze o własnej wspaniałości wydały mi się też zabawne, ale jak widać chłopak jest zakochany. I dobrze, że trafił na Julię, która widać stara się sprowadzać go na ziemię. Pomimo niewątpliwe dużej sławy Walt nadal jest mocno związany z rodziną, a wieść o złym zdrowiu Pretty bardzo przeżył. Mam nadzieję, że ostatecznie uda mu się przelecieć do ojca i będzie wsparciem dla Antigi.

    Życzę weny i do następnego!

    PS: Zapraszam do siebie na nowy rozdział.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki wielkie za komentarz. Przyznam, że trochę bałam się, czy na pewno wystarczająco mocno oddałam zdezorientowanie Pretty. Cały czas mam wrażenie, że coś jeszcze mogłabym napisać.
      Walt... nadal nie wierzę, że serio go wprowadziłam. Ale lubię go i mam nadzieję, że uda mi się odpowiednio oddać jego charakter.
      W każdym razie, jeszcze raz dzięki za komentarz.
      Violin

      Usuń
  3. Więc Pierette przeniosła się w czasie i stała Penelopą. Choć równocześnie nadal pozostaje obecna w swojej rzeczywistości... Akurat tego się nie spodziewałam. Dlatego też mam teraz, jeszcze więcej pytań, a ciekawość wprost mnie zżera. 😀
    Przede wszystkim bardzo zastanawia mnie, dlaczego dziewczyna przeniosła się akurat w to miejsce i w ten czas. Na pewno coś ważnego się za tym kryje i czeka nas wiele przygód naszej bohaterki.
    Nic dziwnego, że Pierette była w szoku po przebudzeniu. Chyba nikt nie wiedziałby, jak ma się zachować czy postępować, gdyby zobaczył młodsze wersje znanych nam osób i znał ich dalszą przyszłość, a ona mimo wszystko zachowała spokój i bardzo szybko zaczęła racjonalnie myśleć. Dzięki czemu odnalazła swoje rzekome mieszkanie i przynajmniej ma jakiś kąt, gdzie będzie mogła zastanowić się nad swoimi dalszymi krokami.
    Dobrze, że Mateszusz zdecydował się trochę pomóc Pretty. Nie zadawał zbędnych pytań tylko bezpiecznie odwiózł ją pod wskazany adres. Kto wie, czy nawiązanie z nim znajomości, jeszcze kiedyś nie przyda się dziewczynie.
    Ktoś w końcu będzie musiał pomoc się jej odnaleźć w czasie, który zna wyłącznie z opowieści.
    Pojawił się także Walter, który już na pierwszy rzut oka wydaje się być przeciwieństwem swojej siostry bliźniaczki. Wygląda na lekkoducha, który preferuje beztroski styl życia. Niczym zbytnio się nie przejmując. Dobrze, że przynajmniej Julia trzyma go w ryzach i przywołuje do porządku. Bez niej nie byłoby tak kolorowo. Mimo wszystko nie można mu odmówić dużego związania z rodziną. Przede wszystkim z siostrą, o którą martwi się nie mniej niż Stephane. Samo to, że obiecał pojawienie się we Francji idealnie pokazuje, że bliscy są dla niego najważniejsi. Jego pobyt w Paryżu na pewno się przyda. Zwłaszcza teraz, gdy nie wiadomo co z nieprzytomną Pierette.
    Czekam z niecierpliwością na następny rozdział. 😊

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Chyba muszę jeszcze popracować nad szokiem Pierrette w kolejnych rozdziałach. A co do tego, dlaczego przeniosła się w to konkretne miejsce... To jeszcze chwilę potrwa za nim się wszystko wyjaśni.
      Jeśli chodzi o Waltera, to jeszcze gdy pisałam Lucky One wyobrażałam go sobie jako takiego amerykańskiego surfera. Mam nadzieję, że uda mi się to oddać.
      W każdym razie dziękuję bardzo za komentarz i widzimy się pod kolejnym rozdziałem.
      Violin

      Usuń
  4. Przepraszam, za opóźnienie i krótki komentarz. Ale mam ostatnio urwanie głowy. I do tego piszę z telefonu.
    Pierrette cofnęła się w czasie o całe dwadzieścia lat. Musiała przeżyć niezły szok. Odzyskując przytomność i widząc przed sobą swojego ojca i innych zawodników. Młodszych o dwadzieścia lat.
    Ma tutaj swoje mieszkanie i życie. A nawet swoje rzeczy w szafie ;)
    Walter od pierwszego momentu skradł moje serce. Momentalnie go polubiłam. Jest zabawny, pewny siebie i ogólnie taki pozytywnie zakręcony. Do tego ma swoją Julkę. Która też wydaje się być świetną dziewczyną , dodatkowo z ciętym językiem. to na pewno będzie jedna z moich ulubionych par.
    Szkoda mi Stephana. Zapewne bardzo się zamartwia o swoją nieprzytomną córkę. Dobrze , że Walter zdecydował się do nich przyjechać.
    Z niecierpliwością czekam na kolejny rozdział. Nie mogę się go wprost doczekać. Pozdrawiam cieplutko.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Właśnie zastanawiam się, czy wystarczająco opisałam szok Pierrette. Chyba nie do końca. Próbuję to nadrobić w kolejnych rozdziałach, ale jakoś nie bardzo mi wychodzi.
      Wszyscy kochają Waltera, a ja myślałam, czy w ogóle jest sens dodawać jego perspektywę.
      Julcia... Strasznie ciekawi mnie, czy wpadnie tu ktoś super obeznany z siatkarskim fandomem i życiem prywatnym siatkarzy. Bo Julia choć jest postacią epizodyczną nie jest przypadkowa.
      W każdym razie bardzo dziękuję za komentarz.
      Pozdrawiam
      Violin

      Usuń
  5. Powiem Ci, że jestem w szoku ^^ Ani przez myśl mi nie przeszło, że omdlenie Pierrette miało związek z podróżą w czasie. A jednak! Dziewczyna cofnęła się o dwadzieścia lat i ani trochę się jej nie dziwię, że po przebudzeniu była w totalnym szoku. No bo nagle przeniosła się z Paryża i znalazła się w Warszawie w towarzystwie siatkarzy oraz Stephana, młodszego o dwadzieścia lat. Coś takiego nie mieści się w głowie, więc i tak jestem pod wrażeniem, że potrafiła zachować trzeźwość racjonalnego myślenia. Okazało się, że ma w Warszawie własne mieszkanie, własne życie, a dokumenty identyfikują ją z Penelopą. Bardzo jestem ciekawa, jak uda się jej wpasować w tę rzeczywistość i otoczenie i czy najbliżsi zorientują się, że coś jest nie tak. Dobrze, że chociaż ma swój kąt, w którym jak na razie może się schronić i pomyśleć, co robić dalej. Ale może to mieć swoje plusy, w końcu poznała bardzo sympatycznego sąsiada... ;)
    Bardzo polubiłam Waltera :D Wiedzie beztroskie, spokojne życie, ma u swojego boku Julkę, która gdy tylko trzeba potrafi postawić go do pionu :D Ich rozmowa również bardzo mi się podobała <3 Takie przekomarzanki... To jest coś ^^ :D
    Walter pomimo tego, jak podchodzi do życia na pierwszym miejscu stawia rodzinę, która jest dla niego niezwykle ważna. Przejął się stanem swojej siostry bliźniaczki, która utknęła pomiędzy dwoma rzeczywistościami. Stephane bardzo martwi się o Pierrette, dlatego na pewno przydałoby mu się wsparcie syna. Oby Walterowi udało się pojechać do Francji, by być przy swoim tacie i siostrze!
    Bardzo jestem zaintrygowana, dlatego czekam na nowość z niecierpliwością :)
    Pozdrawiam ;*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ha, to jest ogólnie śmieszne, bo byłam przekonana, że podróż w czasie będzie oczywista. I teraz nie wiem, czy cieszyć się z tego, że udało mi się Was zaskoczyć.
      Pobyt Pierrette w Warszawie na pewno będzie ciekawy, choć też bardzo tajemniczy.
      Cieszę się, że wszyscy jak na razie polubili Waltera. Mam nadzieję, że z kolejnymi rozdziałami to się nie zmieni, choć trochę będę żonglować jego charakterem.
      W każdym razie dziękuję za komentarz.
      Pozdrawiam
      Violin

      Usuń
  6. Na blogu grafikacentaura.blogspot.com pojawił się post z Twoim zamówieniem!

    Pozdrawiam!
    oreuis

    OdpowiedzUsuń
  7. Przepraszam, że z takim opóźnieniem, ale jestem. Ostatnio miałam sporo na głowie i tak jakoś wyszło. Niestety będzie krótko, ale nie mogłoby mnie tutaj zabraknąć!
    No to przyznam szczerze, że tego się kompletnie nie spodziewałam. Zapowiadało się spokojnie, a tu taka niespodzianka. Nasza bohaterka przeniosła się w czasie! Tylko kiedy będzie mogła wrócić? Jak się tam znalazła? Czemu się tam znalazła? Zawsze tyle pytań, a żadnych odpowiedzi!
    Biedny Stephen. Musi to strasznie przeżywać. W końcu to jego ukochana córeczka. A teraz leży w śpiączce, nie wiadomo dlaczego i nie wiadomo jak długo. Zresztą sam niedoszły narzeczony też jest w nielepszej sytuacji. To zdecydowanie nie będą najromantyczniejsze oświadczyny. Współczuję im obydwu.
    Dobrze, że przynajmniej Stephen nie będzie sam i przyjedzie do niego Walter. Ma u mnie dużego plusika za to, że jak usłyszał, co się dzieje z jego siostrą, to nie wahał się rzucić wszystkiego dla niej. Może i mieszkają daleko od siebie i rzadko się widują, ale jednak martwią się o siebie nawzajem. Już go lubię. Zresztą Julkę również. Tworzą naprawdę fajną parkę.
    Ale najbardziej mnie tu chyba ciekawi, jaką rolę odegra w tym wszystkim Mateusz. Coś czuję, że się jeszcze spotkają. A życie Pierrette już raczej nigdy nie będzie takie samo, jak powróci do normalności.
    Czekam już na następny rozdział i życzę dużo weny!
    A i tak na koniec jeszcze. Nie musisz pisać mi o wszystkich nowościach w komentarzach. Obserwuję Twojego bloga, więc zawsze wiem, że coś wstawiłaś. Może czasami z opóźnieniem, ale na pewno zawsze wpadnę, bo uwielbiam Twoje opowiadania.
    Trzymaj się! ;*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na początku: Bardzo, bardzo dziękuję za komentarz i strasznie przepraszam za spam na Twoim blogu. Serio, to chyba tak z przyzwyczajenia. Już więcej nie będę, obiecuję!
      Oj, Stephane to w ogóle w tym opowiadaniu będzie biedny i zagubiony, choć nie jest główną postacią.
      Pierrette w przeszłości sporo przeżyje. A odpowiedzi na pytania pojawią się w swoim czasie. Lubię trzymać w napięciu.
      Waltera wszyscy polubili, ale czy dalej tak będzie? Zobaczymy ;)
      W każdym razie jeszcze raz bardzo dziękuję za komentarz.
      Pozdrawiam
      Violin

      Usuń

.
.
.
.
.
.
GrafikaCentaura