wtorek, 26 marca 2019

Rozdział 4


Warszawa 15 luty 2019

Jedną z niewielu umiejętności, nabytych po odejściu mamy, było znajdowanie sobie zadań, których nie trzeba robić, ale które sprawiały wrażenie, że nad czymś się pracuje. Zostałam mistrzem pucowania nieistniejącej porcelanowej zastawy i mycia schodów w cztero piętrowym domu. I to dziesięć razy dziennie. Bo przecież Walter na pewno przynosi błoto na trampkach. Co z tego, że ledwo da się to zmusić do ubrania skarpetek. 
Gdy wróciłam z zakupów musiałam czymś zająć myśli. Zaczęłam skrupulatnie przeszukiwać całe mieszkanie, kąt po kącie, szuflada po szufladzie. Co dziesięć minut zapisywałam w tajemniczym zeszycie kolejne pytania, licząc, że na chociaż jedno uzyskam odpowiedź. Oczywiście magicznemu wszechświatowi, który wpakował mnie w to gówno, nie chciało się ruszyć czterech liter. Więc nie pozostało mi nic innego, jak pogodzić się z faktem, że cofnęłam się w czasie i nikt nie wie po co. 
Na szczęście przeszukiwania mieszkania okazały się bardziej owocne. Co prawda okazało się, że bieliznę muszę sobie kupić sama ( jak widać dobranie rozmiaru stanika było dla wszechświata zbyt trudnym zadaniem), ale ku mojemu jeszcze większemu zdziwieniu pod łóżkiem znalazłam futerał z skrzypcami. Żeby było śmieszniej, moimi skrzypcami. Tymi samymi, które dostałam od rodziców na dwunaste urodziny. 
Powoli wzięłam instrument do ręki i delikatnie przejechałam smyczkiem po strunach. Przez moja ciało przeszedł dreszcz. Dźwięk… brzmiał pięknie. Skrzypce były idealnie nastrojone. Ostatni raz słyszałam taką  gładkość jeszcze gdy mama żyła. Potem już nigdy nie byłam wstanie dojść do takiej perfekcji w strojeniu. 
Wahałam się przez ułamek sekundy, a potem oparłam skrzypce na obojczyku i zaczęłam grać. Spokojnie przesuwałam palcami po gryfie, co pewien czas wprawiając niektóre dźwięki w wibrację. Nie wybrałam konkretnej melodii, ot zbiór na pozór przypadkowych dźwięków. 
Ale każdy z nich przeszywał mnie od stóp do głów, każdy wprawiał serce w drżenie, każdy rozmywał na moment rzeczywistość. 
Mama tak uwielbiała, gdy improwizowałam…
Przerwałam gwałtownie. Zamarłam, nasłuchując. Głupia, przecież wokół masz sąsiadów, którym gra może przeszkadzać. O tym oczywiście nie pomyślałaś? 
Pospiesznie schowałam skrzypce do futerału. Zapisałam w podświadomości, że muszę jeszcze dokupić kalafonię, a potem oparłam futerał o ścianę.  Pod łóżkiem leżały obok kaloryfera, a ja nie zamierzałam tak łatwo stracić tego idealnego nastrojenia. 
Cały czas sprawdzając, czy żaden sąsiad nie przyjdzie się skarżyć, zabrałam się do dalszej pracy. Systematyczność — to zawsze powtarzał mi tata. Bez systematycznych ćwiczeń niczego nie osiągniesz. 
Przypomniałam sobie o komórce w torebce. Może tym razem udałoby mi się ją odpalić? Szczególnie, że w kuchni znalazłam coś, co od biedy można by było uznać za przedpotową ładowarkę. 
Miałam rację. Kabel pasował do telefony i gdy podpięłam go do prądu, urządzenie zabrzęczało cicho. Po ekranie przepłynęło logo jakiejś starej sieci telefonicznej, a potem wyświetlił się interfejs. 
Ha, dziesięć punktów do genialności dla Pretty! Jednak nie jesteś frajerem totalnym! 
Zaczęłam bawić komórką. Z goryczą stwierdziłam, że przydałaby mi się Aisha. Ona rozłożyłaby ten telefon na kawałki, ulepszyła, złożyła z powrotem i jeszcze prychnęła kpiąco, bo takie badziewia, to montowała mając trzy latka. 
Chyba po powrocie muszę załatwić jej kubek z napisem „ Najtrafniej prychająca osoba na świecie”. 
Niestety telefon okazał się nie przedstawiać żadnej wartości. Nie było w nim numeru do żadnej policji międzyczasowej, biura pomocy nagłej w nadnaturalnych przypadkach, ani nawet do paczki Scooby’ego Doo!  Przecież oni działali w każdym dziesięcioleciu! 
Zirytowana zajrzałam jeszcze do galerii. 
I zamarłam. Wyświetliło się bowiem zdjęcie. Tylko jedno. Przedstawiało mnie i Theodora. Na plaży, w słońcu i tylko w kostiumach kąpielowych. On obejmował mnie w pasie, a ja wspinałam się na palce i całowałam go w policzek. 
Wyglądaliśmy na takich szczęśliwych… 
— Oh, Theo — z cichym westchnięciem opadłam na łóżko. Nie miałam pojęcia, co to zdjęcie robiło w telefonie, ale w tamtym momencie guzik mnie to obchodziło. Niech wszechświat sam się bawi w te swoje gierki, ja się z tej zabawy wypisuje. W końcu mam stwierdzoną słabą odporność psychiczną. A od czasu do czasu można zaufać psychologom, co nie? 
Dobijał mnie fakt, że nie wiedziałam, co się dzieje z Theodorem. Czy moje zniknięcie bardzo nim wstrząsnęło?  Czy może w ogóle nic nie zauważy, bo wrócę do tego samego momentu, w którym zniknęłam? 
No i był jeszcze tata. 
Jęknęłam cicho. To tata powinien być na moim miejscu. To on powinien znów móc porozmawiać z mamą, znów ją zobaczyć. Na pewno poradziłby sobie z powierzonym mu zadaniem, był w końcu moim tatą. 
A tak bardzo ucieszyłby się z każdej minuty z mamą… 
Nie mam pojęcia jak długo tak leżałam, ale gdy w końcu ogarnęłam własne jestestwo ogólne, dochodziło wpół do czwartej. Ogarnęłam się szybko, a przed wyjściem jeszcze starannie złożyłam w kostkę spódnicę do flamenco i schowałam ją na najwyższej półce w szafie. Z mieszkania wychodziłam z jasnym postanowieniem — dostać tę pracę, a potem jak najszybciej wrócić do przyszłości. Choćbym miała oszczędzać na niebieski, zardzewiały samochód. 
Kawiarnia, o której mówił Mateusz mieściła się na parterze jednego z nowoczesnych budynków. Nie była zbyt duża, chyba bardziej nastawiona na przelotnych klientów, niż długie przesiadywanie. Wnętrze jednak utrzymano w ciepłych brązowych barwach, a głębokie fotele, każdy w innym kolorze wręcz zapraszały do spoczynku. 
Gdy weszłam do środka nad drzwiami zabrzęczał złoty dzwonek, a zza lady wyłoniła się młoda dziewczyna. Mogła być w moim wieku, ale zdecydowanie nie byłyśmy podobne. Różowe włosy, po pięć kolczyków w każdym uchu i drobny tatuaż na nadgarstku — o nie, ja za taką stylówę podziękuję. 
Nie żeby mi to przeszkadzało, tylko że… zostanę jednak przy kwiatkach i pudrowych sukienkach. 
— Wyszło nam truskawkowe latte — prychnęła kpiąco. — I to wyszło jakieś… nieskończoność czasu temu. 
Zamrugałam szybko. Mówiła po polsku, czego oczywiście mój mózg nie przetworzył i zarejestrował jedynie słowo „czas”. 
— Ja… — już otwierałam usta, by jakoś obronić swoją godność, a raczej to co pozostało z jej zgliszczy, gdy dzwonek zadzwonił po raz drugi, a w drzwiach stanął Mateusz. 
— Pénélopa! — Na mój widok wyszczerzył się szeroko. 
Ciekawe, ile Onico Warszawa wydaje na dentystę dla zawodników, bo jeśli wszyscy uśmiechają się z taką częstotliwością jak Mati, to powinni mieć jakąś kartę stałego klienta. 
— Polly — poprawiłam go odruchowo. Jak już ciągnąć tę maskaradę, to raz, a porządnie. — Znajomi mówią do mnie Polly.
— W takim razie Polly. — Siatkarz pokiwał z aprobatą głową, a potem zwrócił się do różowowłosej dziewczyny. — Trixie, jest pani Gienia? 
Trixie prychnęła kpiąco. Znowu. Powinna poznać Aishę. Mogłyby założyć klub prychających kpiąco, niezależnych, silnych kobiet. Urządzałyby spotkania, pikniki, oferowały wsparcie terapeutów i organizowałyby konkursy na najbardziej kpiące prychnięcie. A na wakacje wyjeżdżałyby do jakiejś puszczy, by móc sobie prychać do woli. 
— Proszę pani! — krzyknęła w kierunku zaplecza. — Bo Mati znów czegoś od pani chce! 
Na zapleczu coś huknęło, coś spadło, ktoś siarczyście przeklął i zza kolorowej zasłony wyłoniła się kobieta. 
I to dosłownie kobieta. Przez wielkie K. Na jej widok moja szczęka znów chciała zaliczyć bliskie spotkanie z podłoga, ale na szczęście zablokowały jej się nawiasy. Była szersza niż wyższa, ale nadal wysoka, z naprawdę ogromnym biustem ( tu to dopiero wszechświat miałby pole do popisu) i jeszcze większą pupą ( w końcu trzeba zachować równowagę co nie?). Do tego mogła poszczycić się burzą tlenionych blond włosów, które podkreślała ostrą, czerwoną szminką. 
Jakby to określił mój kochany brat bliźniak — istota wprost niebiańska. 
— Oh, Mateuszku, to ty! — Widząc Janikowskiego, pani Genia rozpromieniła się tak bardzo, że przez moment przyćmiłaby samą boską gołębice. — Co cię do mnie sprowadza? Przyprowadziłeś koleżankę? 
— To jest Pénélopa, proszę pani — wyjaśnił uprzejmie. — Chciałaby tutaj pracować. 
Kobieta zmierzyła mnie krytycznym spojrzeniem. Wymusiłam uśmiech. Udawaj, że wiesz co robić, udawaj, że wiesz, co robić… 
— Nie wygląda na taką, która wie w ogóle o czym mówimy — zauważyła cierpko Trixie. 
— Bo Polly słabo mówi po polsku. — Mateusz użył takiego tonu, jakby to był zupełnie nieistotny szczegół. — Ale za to po francusku, angielsku i hiszpańsku wymiata, co nie? 
Pospiesznie pokiwałam głową. Niech to się juz skończy, niech to się już skończy… 
Pani Gienia zmrużyła podejrzliwie brwi. Wyglądała cokolwiek strasznie. Serio, nie zdziwiłabym się, gdyby zaraz wyciągnęła niewiadomo skąd kałasznikowa i wystrzelała wszystkich wokół. 
I jeszcze by ją uniewinnili. 
— Doświadczenie jakieś ma? — zapytała łamanym angielskim. 
— Y… — z zakłopotaniem podrapałam się po głowie. 
— Latte od espresso odróżni? 
— Y… 
— Zalety karmelu potrafi podać? 
— No, znaczy się… 
— Trzy rodzaje mleka roślinnego? 
— To będzie… 
— Jak przygotować podwójne latte machiatto, na mleku kokosowych, z dodatkiem cynamonu, podwójnym syropem karmelowo —krówkowym i z bezlaktozową bitą śmietaną?
Poddałam się. To ja już wolę rozdawać ulotki. Albo sprzątać chodniki. Pod warunkiem, że będą zawierały laktozę. 
— I ostatnie pytanie — w jakich kubkach podać kawę?
— Y… jak najmniejszych? — wydukałam.
— Brawo! — klasnęła wesoło. — Nada się. Trixie, umowa! — nakazała, a potem odwróciła się na pięcie i zniknęła na zapleczu. 
Oprowadziłam ją zdezorientowanym spojrzeniem. Nada się? Serio? Czy ten świat mógł być bardziej porąbany? Jeśli zaraz założą mi na nogi czerwone kalosze i karzą iść żółtym chodnikiem, to oficjalnie urządzę strajk. I niech sobie radzą sami. 
— Widzisz, mówiłem, że się uda! — Mateusz poklepał mnie po ramieniu. 
Wzdrygnęłam się nieznacznie. Mocniej już nie mógł? 
— Ta… chyba jesteś wyjątkowo przekonywujący — zaśmiałaś się nerwowo. 
Mateusz ponownie się uśmiechnął. Nadal wyglądał jak dziecko, ale jakoś tak bardziej, no nie wiem… uroczo? 
— Muszę się zwijać — powiedział, a w jego głosie pojawił się szczery żal. — Wieczorem mamy jeszcze trening, a ja musze się wcześniej ogarnąć — powiedział, a potem odwrócił się na pięcie i po prostu wyszedł. 
Trixie jeszcze przez chwilę przyglądała mi się z powątpiewaniem. Odruchowo zerknęłam na plakietkę z imieniem, przyczepioną do jej koszuli. „Beatrycze..” Zaczęłam szybko łączył fakty. Zawsze lubiłam zabawę z imionami. Beatrycze, Beatrice, Trixie…
Z trudem stłumiłam parsknięcie śmiechem. Beatrycze i Pénélopa, aleśmy się dobrały! 
— Umowa może poczekać — mruknęła. — Od kiedy możesz zacząć pracę? — zapytała, zdejmując z wieszaka różowy fartuch. 
— Od zaraz — wypaliłam bez zastanowienia. W końcu nigdzie mi się nie spieszyło. Kolejne zajęcia na uczelni zaczynałam dopiero za dwadzieścia lat. 
— W takim razie, proszę  — wręczyła mi drugi fartuch. — Zaraz zacznie się prawdziwy armagedon. Ludzie wracają z pracy. 
— Ale przecież... 
— Nie umiesz jeszcze obsługiwać ekspresu? — dokończyła za mnie. — Spoko, poradzimy sobie. Za minutę powinien pojawić się jeszcze Dorian. Stanie na kasie, ja będę robić kawę, a Ty przyjmuj i roznoś zamówienia na salę. Zrozumiałaś? 
Pospiesznie podpisałam głową. Cholera w co ja się wpakowałam. 
W tym momencie dzwonek zabrzęczał po raz kolejny. Odwróciłam się na pięcie i zbaraniałam. Po raz kolejny. Może sama powinnam nosić dzwonek i rogi? Byłabym niewątpliwie uroczym barankiem. 
W progu stali moi rodzice. Mama i tata. We dwójkę. Razem. Tak jak za starych dobrych czasów. 
Przywitali się grzecznie, a mama posłał mi ciepły uśmiech. Tata popatrzył na mnie z zaciekawieniem. Czyżby skojarzył, że jestem tą wariatką, która zemdlała w zawodniczej szatni? Cholera, chyba zaraz zapadnę się pod ziemię i zamieszkam z kretami. Kto wie, może przyjmą mnie z otwartymi ramionami? 
Albo raczej łapkami. Krety chyba mają łapki. 
— Pierwsza okazja żebyś się wykazała — szepnęła Trixie. — Przychodzą tu regularnie, to Francuzi. 
— Wiem — wypaliłam bez zastanowienia. — Już… już miałam okazję ich poznać. 
— Naprawdę? — Uniosła ze zdziwieniem brwi. — W każdym razie zawsze biorą… 
— Dwie czarne kawy i mleko osobno — wypaliłam bez zastanowienia. Przecież tyle razy słyszałam jak zamawiali kawę. Gdy byłam mała, zabierali mnie i Waltera do parku, gdzie były trasy dla rowerzystów. Ja i brat szalaliśmy na rowerkach, a rodzice siedzieli na drewnianym tarasie i rozmawiali. 
Byliśmy tacy szczęśliwi. 
Dopiero po kilku sekundach ciszy, zdałam sobie sprawę z tego, co powiedziałam. Mogłam jeszcze jakoś wytłumaczyć fakt, że poznałam małżeństwo wcześniej, ale że wiedziałam, jaką kawę pijali. To już było podejrzane. 
— Pójdę zebrać zamówienia — zaproponowałam i nie czekając na odpowiedź ruszyłam na salę. 
— Mam cię na oku — rzuciła jeszcze Trixie. — Dowiem się, co kombinujesz. 
Rodzice usiedli w samym rogu, pod oknem. Na szczęście żadne z nich nie dało po sobie poznać, że mnie zna. Zamówili to co zwykłe, a potem zaczęli dyskutować po francusku. 
Próbowałam usłyszeć, o czym mówią. Musiałam w końcu wybadać, dlaczego mama wygląda na tak zmęczoną. Niestety zaraz po rodzicach pojawili się kolejni klienci, a także wspomniany wcześniej Dorian. W trójkę mieliśmy ręce pełne roboty. 
Na szczęście w pewnym momencie udało mi się zakręcić bliżej mamy i taty. Udając, że sprzątam naczynia z długiego stołu, nasłuchiwałam uważnie. 
— Ale przecież to głupie — stwierdził tata, upijając łyk kawy. — Niemożliwe żeby w całej Warszawie nie było nikogo, kto chciałby się zająć dwójką małych dzieci przez trzy godziny w tygodniu. 
— Mówię przecież, że nie ma. — Mama wydawała się wyjątkowo poirytowana. — Bliźniaki mają dopiero cztery miesiące. Są malutkie. Nikt nie chce opiekować się takimi maluszkami tak rzadko. A doskonale wiesz, że nie zawsze będziemy mieć pod ręką Nicolasa, tak jak dzisiaj. 
— Wiem, wiem. Ale jakoś nie chce mi się wierzyć, że nikogo nie znajdziemy — pokręcił z niedowierzaniem głową. 
— To uwierz — prychnęła. — Jak widać będę musiała odłożyć mój powrót do tańca. Trudno, już przez to przechodziłam. 
Tata nie odpowiedział. Wlepił wzrok w kubek kawy i zmarszczył czoło. Przyglądałam mu się kątem oka, wyłapując coraz więcej niepokojących szczegółów. Tak jak mama, miał podkrążone oczy i nieprzyzwoicie bladą cerę. Garbił się nad stolikiem, wykręcał dziwnie palce.
A przede wszystkim prawie w ogóle nie patrzył na mamę. Omijał ją wzrokiem, jakby była niewidzialna. 
Nie mogłam uwierzyć, w to co widzę. Przecież doskonale pamiętałam, że nawet po latach małżeństwa, tata uwielbiał po prostu patrzeć na mamę. Gdy zmarła, całymi godzinami przeglądał stare albumy. Nie potrafił żyć bez jej widoku. 
Więc, co się działo? 
Nasłuchiwałam dalej. Rodzice ściszyli głosy, ale chyba się o coś kłócili. Nie byłam wstanie usłyszeć o co, jednak wiedziałam, że nie mogę tego tak po prostu zostawić. Zmęczenie mamy, dziwne zachowanie taty… Musiałam wybadać, co się dzieje. 
— Polly, rusz mi tu swoje płaskie cztery litery! — usłyszałam poirytowaną Trixie. 
Udany dzień w pracy, nieprawdaż? 
Pospiesznie zgarnęłam ostatnią filiżankę i wróciłam za ladę. W moje głowie zaczął kiełkować pewien plan. Może nie był doskonały, ale jak na mnie i tak wykazywał się doskonałością. Tylko musiałam go dopracować.
Gdy piętnaście minut później rodzice zaczęli się zbierać, byłam już przekonana, że powinnam dostać Nobla za przebiegłość. Co z tego, że nie ma takiej kategorii. Utworzyliby ją specjalnie dla mnie!
Wcisnęłam Dorianowi brudne spodki, a potem pospiesznie stanęłam przy drzwiach. 
— Przepraszam, chciałabym… chciałabym o coś zapytać— nieznacznie zagrodziłam rodzicom drogę. Wymienili zaskoczone spojrzenia, ale zgodnie kiwnęli głowami. 
Odetchnęłam z ulgą. Przynajmniej w tej kwestii nadal byli zgodni. 
— Pénélopa, prawda? — Mama znów uśmiechnęła się do mnie. Żałowałam, że nie mam w oczach aparatu, by móc naprawdę zapisać ten widok. — Poznałyśmy się dzisiaj w sklepie. 
— I to chyba ty wparowałaś wczoraj do szatni — dodał tata. 
Zaczerwieniłam się gwałtownie. Daję głowę, że nie minie tydzień, a cała Warszawa będzie wiedziała o jakże ciekawych zdarzeniach po meczu Onico. 
— Tia, możliwe. Ale wolałabym o tym zapomnieć — mruknęłam. — Jednak chciałam porozmawiać o czymś innymi — pospiesznie zmieniłam temat. Jednocześnie wyprostował się i wygładziłam fartuszek. Musiałam przecież wyglądać profesjonalnie. Jak to powtarzała moja świętej pamięci babcie: „Cyc do przodu i dawajta!”. — Przez zupełny przypadek usłyszałam, że mają państwo problem z znalezieniem opiekunki do dzieci… które tak na marginesie też zdążyłam już poznać… — „Nawet jestem jednym z nich” dodałam w myślach. — Może mogłabym pomóc? 
Mama spojrzała na tatę. Tata spojrzał na mnie.
A ja spojrzałam na podłogę. Nie zauważyłam, że są tu takie ładne kafelki… 
— Znasz się choć trochę na opiece nad niemowlakami? — zapytał z powątpiewaniem tata. 
„Oczywiście, że tak” chciałam odpowiedzieć. I nawet bym nie skłamała! W końcu na dziewiętnaste urodziny dostałam kubek „Dla najlepszej ciociu na świecie”. Od synów Nicolasa. Którzy byli identycznymi trojaczkami. A ja potrafiłam ich rozróżnić, co oficjalnie zostało uznane za sukces na skale światową. 
Tylko, że tego nie mogłam powiedzieć. 
— Coś tam umiem — wzruszyłam ramionami tak, jakby to była najoczywistsza rzecz pod słońcem. — Mam dwie młodsze siostry. Zresztą też bliźniaczki. Gdy były małe często się nimi zajmowałam — skłamałam płynnie. Jak tak dalej pójdzie to zwycięstwo w Grand Prix kłamstwa też mam zagwarantowane. — Moja mam zmarła, pomagałam tacie. — A to akurat była szczera prawda. Brawo ja! 
Nie wyglądali na specjalnie przekonanych. Zresztą czego niby się spodziewałam? Że powierzą dwójkę malutkich dzieci zupełnie obcej nastolatce? Która pojawiła się znikąd i tak po prostu zaoferowała pomoc? Jeszcze czego? Chyba muszę przestać wierzyć w cuda, bo to zaczyna źle na mnie działać. 
Choć z drugiej strony przeniosłam się w czasie. Co już samo w sobie można uznać za cud. 
Ciekawe, czy gdybym wygrała w Lotto, to wypłaciliby mi nagrodę teraz, czy za dwadzieścia lat? 
 — Pomyślimy  — odezwał się w końcu tata.
Mama dosłownie zmroziła go spojrzeniem. 
 — Pomyślimy?  — fuknęła.  — A znasz lepsze wyjście?
 — Na razie nie, ale nie możemy decydować pochopnie  — warknął, na co ona tylko z irytacją przewróciła oczami.
Przełknęłam głośno ślinę. To nie wyglądało dobrze. Rodzice lubili się przekomarzać, ale nie warczeli na siebie. Nie w ten sposób. Teraz już byłam pewna, że dzieje się coś złego. I niezależnie od powodu, dla którego przeniosłam się w czasie, musiałam pomóc rodzinie. Znając humor szanownego wszechświata, równie dobrze mogę nigdy nie wrócić do domu. A w końcu mała ja musi mieć szczęśliwe dzieciństwo.
 — Może dam państwu swój numer?  — zasugerowałam.
Państwu… dobrze, że nie cofnęłam się o dwieście lat i nie muszę mówić do swoich przodków per „Hrabio”, „Lordzie”, czy jakoś tak. 
 — Niech będzie  — tata niechętnie pokiwał głową.
Klasnęłam radośnie. Odwróciłam się na pięcie, zgarnęłam zza lady samoprzylepną karteczkę i starannie napisałam na niej numer, który znalazłam w komórce. Triumfalnie wręczyłam kartę mamie. 
 — Proszę dzwonić, pisać, słać znaki dymne czy coś. Szefowa jest okej, mamy luźny grafik, więc zawsze znajdę czas.
 — Będziemy pamiętać.  — Mama znów się uśmiechnęła. Przynajmniej to się nie zmieniło. Taką mamę zapamiętałam  — uśmiechającą się przy każdej możliwej okazji i do wszystkich.
Tata zerknął na zegarek, a potem skinął głową na pożegnanie i obydwoje pospiesznie opuścili kawiarnię. Odprowadziłam ich wzrokiem, aż zniknęli za następnym blokiem. 
A co by było gdybym za nimi pobiegła? Gdybym powiedziała im prawdę? Gdyby uwierzyli, że jestem ich małą córeczką, która po prostu wpakowała się w kłopoty? Przecież na pewno by mi pomogli. 
 — Jesteś dziwna.
Na ziemię sprowadziły mnie słowa Trixie. Dziewczyna nonszalancko opierała się o kontuar. Ruch trochę się przerzedził, więc mogła w spokoju wrócić do żucia gumy. 
 —Dlaczego tak uważasz?  — Wróciłam do zbierania brudnych filiżanek. Mimo wszystko musiałam zachowywać się normalnie, by nie wzbudzać podejrzeń. 
 — Serio, chcesz opiekować się bliźniakami Antigów?  — parsknęła.  — Przecież to dwa rozwrzeszczane bachory. Kijem od miotły bym ich nie tknęła.
 — Wbrew pozorom opieka nad tak małymi dziećmi jest łatwiejsza niż nad starszymi  — próbowałam zachować pozory racjonalnego myślenia.  — Te starsze są bardziej mobilne i częściej mają własne zdanie.
 — Bzdury totalne  — pokręciła z niedowierzaniem głową.  — Wariatka z ciebie i tyle.
Nie skomentowałam tego. Przez chwilę obie milczałyśmy. Trixie chyba analizowała poziom zdarcia czarnego lakieru na swoich paznokciach, a ja rozmyślałam o „zadaniu”, które wyznaczył magiczny zeszyt. Czy jeśli je wykonam, to wrócę do domu? Czy ma to jakiś związek z moją rodziną, z moją przeszłość? 
Czy… czy jest szansa, że chodzi o uratowanie mamy? 
Natychmiast odrzuciłam tę myśl. Była piękna, ale nieprawdopodobna. Przez te dwadzieścia lat życia nauczyłam się, że jeśli coś ma się zdarzyć, to się zdarzy. 
Chociaż może… 
 — Dobrze ich znasz?  — zapytałam Trixie. Musiałam zająć czymś myśli?
 — Ale kogo?  — Niechętnie oderwała się od telefonu. Kawiarnia powoli pustoszała, nie pojawiali się nowi klienci.
 — No to małżeństwo…
 — Antigów?  — Uniosła ironiczne brew.  — Nieźle. Mieszkają pobliżu od jakiś pięciu lat, czyli prawie tyle, ile pracuję w tej kawiarni. Na początku wynajmowali mieszkanie kilka bloków stąd, terach chyba kupili dom albo coś takiego.
 — Skąd to wiesz?  — zmierzyłam ją podejrzliwym spojrzeniem. Osiedle było spore i nie wyglądało na to, by każdy każdego znał. Zresztą Trixie nie wyglądała nawet na kogoś, kto mógłby tu mieszkać.
 — Z Internetu  — Zrobiła z gumy balona, który pękł z hukiem.  — Facet jest trenerem siatkówki. Daleko mu popularnością do piłkarzy, ale jego zawodnicy kochają media. I czasami gdzieś tam się napatoczy w kamerę. Zresztą to jeden z najpopularniejszych trenerów w Polsce. I jeden z najprzystojniejszych. Doprowadził naszą reprezentację do mistrzostwa świata, kibice go kochają.
 — A ty jesteś kibicem, tak?  — zaciekawiłam się. Niewiele wiedziałam o czasach, gdy jeszcze mieszkaliśmy w Polsce, więc Trixie mogła być cennym źródłem informacji.
 — Oczywiście!  — Wypięła dumnie pierś.  — Byłam jeszcze za czasów Politechniki Warszawskiej. Mój brat jest zresztą w Klubie Kibica Onico. A ja nie dojeżdżałabym na drugi koniec miasta do pracy, gdyby nie fakt, że na tym osiedlu mieszka pięciu mistrzów świata!
Mimowolnie parsknęłam śmiechem. W życiu nie posądziłabym Trixie o takie zamiłowanie akurat do siatkówki. Za Chiny Ludowe i jeszcze Mongolię, nie potrafiłam sobie jej wyobrazić z klubowym szalikiem, próbującą klaskać w rytm bębna. O tańczeniu kankana nie wspominając. 
 — Zaraz, przecież twierdziłaś, że znasz Antigów  — przypomniała sobie niespodziewanie.  — Więc dlaczego teraz o nich wypytujesz?
Pobladłam gwałtownie. O cholera, o cholera, o cholera. No toś się wpakowała Pierrette. Brawo ty! Plus dziesięć punktów za przemyślane działanie! Jako nagrodę otrzymasz darmowy pobyt w kurorcie bez klamek czy czymś podobnym! Czyż nie wspaniale? 
 — Ja… spotkałam ich w innej kawiarni  — próbowałam się tłumaczyć.  — Słyszałam co zamawiali. Chyba podświadomość podpowiedziała mi, że zawsze zamawiają to samo.
Trixie zmrużyła podejrzliwie oczy. Chyba moja inwencja twórcza niespecjalnie ją przekonały. 
Ale hej, przynajmniej zaraz usłyszy najlepszą bajeczkę wszech czasów! Pełną napięcia i zwrotów akcji, historię o podróżach w czasie! Może napisze na jej podstawie scenariusz i dostanie Oscara? O tak, jeszcze mi podziękuję. 
W wizję Trixie na czerwonym dywanie wciął się dzwonek u drzwi. W końcu pojawili się nowi klienci, więc obie wróciłyśmy do pracy. Przez kolejne dwie godziny nie zamieniłyśmy ze sobą nawet słowa, oprócz standardowego „Late Machiatto na mleku kokosowym” i „podwójne espresso z syropem karmelowo —czekoladowym”. 
Dopiero po siódmej, Trixie zniknęła na zapleczu, by wrócić z kilkoma, krzywo spiętymi kartkami. 
 — Powiedzmy, że przeszłaś okres próbny  — syknęła, kładąc umowę na blacie.  — Podpiszesz tu, tu i tu, a potem jesteś wolna. Zaraz przychodzi kolejny pracownik. 
 — Proszę?
 — Teraz nagle nie rozumiesz?  — prychnęła.  — Masz tę robotę, co już powiedziała szanowna szefowa. Podpisujesz umowę i jutro stawiasz się tu o siódmej rano. Ustalimy wtedy wstępny grafik na najbliższy miesiąc.
Oczywiście pod warunkiem, że za miesiąc nadal tu będę; pomyślałam z goryczą. 
Przeczytałam pospiesznie umowę, w duchu modląc się, by nie było tam żadnych nadprogramowych gwiazdek i warunków. Nie miałam ochoty na kłótnie i  negocjacje warunków. Znów poczułam nieprzyzwoite wręcz zmęczenie i pragnęłam tylko wrócić do domu. 
W końcu podpisałam we wskazanych miejscach. W ostatniej chwili powstrzymałam się by nie napisać „Pierrette Antiga”. Wahałam się przez moment. Czy jeśli podpiszę się „Penelopa”, to umowa stanie się nieważna? Na wszelki wypadek zostawiłam po prostu „P.Antiga”. 
Dumna z własnej pomysłowości, oddałam Trixie dokumenty. Obejrzała je szybko, a potem fuknęła, że mogę już iść. Nie ma to jak dbanie o atmosferę w miejscu pracy. 
Do mieszkania wracałam jak na skrzydłach. Przecież poradziłam sobie całkiem nieźle. Znalazłam pracę, spotkałam rodziców i wiedziałam, czym muszę się zająć w najbliższym czasie. A to przeklęte zadanie? Niech szanowny zeszyt pocałuje się w okładkę. 
Tak naprawdę brakowało mi tylko kogoś, kto wiedziałby, czy w ogóle mam szansę wrócić do domu. 
Odpowiedź na to pytanie była tylko jedna  — musiałam zmusić magiczny notes do gadania. 
Zaraz po powrocie, skierowałam się do kuchni. Usiadłam na blacie, podłożyłam pod notes deskę do krojenia i zaczęłam pisać, co tylko mi przyszło do głowy. 
Kim jesteś i co chcesz ode mnie? Dlaczego przeniosłam się do przeszłości? Jakie jest moje zadanie? Czy mogę wrócić do domu? Chcę wrócić do domu? Po co stworzyłeś mi fałszywą tożsamość? Dałeś mieszkanie! Gadaj! Znaczy się pisz! 
Po chwili namysłu dodałam również. 
Czy to ma związek z moją rodziną?
Odsunęłam zeszyt i cierpliwie wlepiłam wzrok w kartki. Miałam zamiar czekać dopóki nie uzyskam odpowiedzi. Choćby to miało trwać wieczność. Albo chociaż te dwadzieścia lat. 
Przez kolejne kilka minut nic się nie działo. Jednak w końcu na białych kartkach zaczęły pojawiać się wyblakłe litery. 
Masz zadanie do wykonania. Zadanie, od którego zależy przyszłość twoja i twojej rodziny. Popełniłam błąd, a ty jesteś jedyną osobą, która może go naprawić. 
A więc jednak. To nie był przypadek. Zostałam przeklętym wybrańcem. Brakowało mi tylko blizny na czole i łuku. Bo problem z własnym jestestwem już miałam. 
Dlaczego ja? Dlaczego nie Walter? Albo Timi? Albo Manoline?! O Nicolasie nie wspominając! Każdy byłby lepszy ode mnie! 
Bo to ciebie wybrałam. 
Aha. Super. Tak, bo tak. Wprost kocham takie odpowiedzi!
Zaraz, sekundę… Wybrała? 
Wybrałaś? Popełniłaś? Znaczy, że jesteś rodzaju żeńskiego. 
Chyba… chyba można tak powiedzieć. Mam na imię Ivy. 
Nie mogłam powstrzymać parsknięcia śmiechem. Absurd, totalna niedorzeczność! Gadający zeszyt o imieniu Ivy. Jeszcze powiedzcie, że uwielbia łzawe romansidła i protestuje przeciwko wycince lasów, a zachichram się na śmierć.  
Zsunęłam się z blatu i zirytowana podeszłam do szafy. Miałam nadzieję, że znajdę w niej jakąś pidżamę albo chociaż luźną koszulkę. Stanik zaczynał wbijać mi się w plecy, a to znacznie utrudniało logiczne myślenie. 
Jednak gdy tylko otworzyłam szafę, zemdliło mnie. Na wieszaku znów wisiała kolorowa spódnica. Ta sama, którą rano schowałam na najwyższej półce. 
 — To żart, prawda?  — wydukałam, zataczając się do tyłu.  — To cholerny żart! Jak to wszystko! Brawo, szanowny wszechświecie, udało ci się! Podręczyłeś mnie już wystarczająco, czy jeszcze nie masz dość?! Dobrze się bawisz?!  — kompletnie straciłam panowanie nad sobą. Ta spódnica… to było dla mnie za wiele. Dosłownie czułam, jak stłumione przez te dwa dni emocje wylewają się ze mnie.  — Doskonale wiesz, co robisz! Igrasz ze mną! Zabawiasz się i jeszcze sprawia ci to radość! Spotkałam mamę, moją mamę, ale nie mogę z nią szczerze porozmawiać! Nie mogę jej przytulić! I to doskonale wiesz! Ciebie to do cholery śmieszy! Lubisz przypominać, że ją straciłam tak? Dlatego cały czas podrzucasz spódnicę?! Grasz w jakąś głupią? W takim razie ja rezygnuję!
Zdarłam spódnicę z wieszaka. Rzuciłam na ziemię, zaczęłam deptać. Nie będę marionetką. Nie będę jakimś pionkiem. A już na pewno nie będę naprawiać czyiś błędów! Niech sobie radzą sami! 
Zaślepiona furią sięgnęłam po schowane w kuchni nożyczki. Nie zastanawiałam się nad tym, co robię. Wściekłość dosłownie rozrywała mnie od środka. Wiedziałam tylko, że muszę zniszczyć to, co pozwalało mną manipulować, to co 
Cięłam metr, po metrze, szew po szwie. Na podłogę opadały kolejne skrawki materiału. Każdy z nich z nich symbolizował niezależność, którą miałam odzyskać, każdy przedstawiał element gry, którą chciałam zniszczyć. Nikt nie będzie ze mną igrał. Zawsze byłam słaba. Zawsze byłam zagubiona. Zawsze dawałam sobą manipulować. 
Ale nie tym razem. Teraz ja podejmuję decyzję. 
Ostatnie cięcie, ostatni skrawek. Ze spódnicy pozostało jedynie kolorowe confetti. Dysząc ciężko, rozejrzałam się po kuchni. Cała podłoga pokryta była pociętym materiałem. 
I wtedy dotarło do mnie, co zrobiłam.
Zniszczyłam ją. Zniszczyłam spódnicę, którą uszyła mama.  
 — O nie… O nie, nie,nie!  — osunęłam się na kolana, w oczach poczułam łzy.  — Mamo.. tak, strasznie przepraszam, mamo  — zaszlochałam, przyciskając do piersi pojedyncze paski.
Z trudem dźwignęłam się z podłogi. Na drżących nogach podeszłam do blatu. Otworzyłam zeszyt i napisałam jeszcze jedno zdanie. To, które dawało mi nadzieję. 
Czy mogę uratować mamę?
Tym razem nie musiałam czekać na odpowiedź. Pojawiła się od razu. 
Nie. Twoja matka musi umrzeć
I wtedy moje serce pękło, a ja po prostu wybuchnęłam płaczem.  

Paryż, 16 i 17 luty 2039

Najnudniejsze jest zawsze czekanie. Resztę dnia po przylocie spędziłem przy łóżku Pierrette. Na zmianę z Aishą i Zanem mówiliśmy do niej, opowiadaliśmy stare kawały, które już dawno przestały kogokolwiek śmieszyć. Po cichu liczyliśmy, że to coś zmieni, że jakoś obudzimy Pretty. Byliśmy tylko we trójkę; tata chyba wziął sobie do serce moją radę i próbował odespać, a Theodore nie pojawił się ponownie w szpitalu. Co tylko wzbudziło naszą podejrzliwość i utwierdziło w przekonaniu, że coś knuje. 
Koło dwudziestej wygoniła nas pielęgniarka. Spędziłem dwadzieścia minut próbując podłączyć telefon do lokalizacji samochodu taty po czym okazało się, że ją wyłączył. Pół godziny zajęło mi znalezienie auta na ogromnym parkingu. Gdy więc w końcu dotarłem do domu dosłownie słaniałem się na nogach. Zajrzałem jeszcze do sypialni taty. Łóżko było zasłane, ale to akurat przewidziałem. Tata po prostu położył się w pokoju gościnnym. Tak, jak codziennie od trzech lat.
Ale przynajmniej spał. I to było najważniejsze. 
Na palcach wspiąłem się po schodach. Stanąłem przed drzwiami do pokoju, który kiedyś zajmowałem. Coś nie pozwalało mi wejść do środka. Czyżby perfidne wyrzuty sumienia? W końcu to tak, jakby odezwać się do przyjaciela, którego ignorowało się od lat. 
Pokręciłem gwałtownie. Kolejna głupota. Przecież to tylko pokój. Drobnostka. 
Pewnie nacisnąłem klamkę. Nie zapaliłem światła, nie rozglądałem się, jednak podświadomość i tak zarejestrowała fakt, że pomieszczenie wcale nie wydaje się opuszczone. W powietrzy nie wisiał kurz, a gdy położyłem się na łóżku stwierdziłem, że pościel jest świeża. 
Pokój czekał na mój powrót. A raczej tata liczył. 
Westchnąłem głęboko. Usiadłem po turecku, a z kieszeni wyjąłem komórkę. Spróbowałem zadzwonić do Juli. Holograficzne logo sieci migało przez chwilę w powietrzu, a potem zastąpił je wizerunek dziewczyny. 
Wyszczerzyłem się głupkowato. Może ten dzień jednak nie będzie taki zły?
 — Cześć, przepraszam, że dzwonię dopiero teraz, ale… 
 — Dodzwoniłeś się na telefon Julki — przerwał mi hologram.  — Niestety nie mogę teraz rozmawiać. Proszę, zostaw wiadomość. Jeśli to ty, Walt, przywal łbem w ścianę, nasuń gacie na tyłek i dopiero wtedy zastanów się, co nagrać.
Momentalnie zrzedła mi mina. Poczta głosowa? Serio? Co ona sobie wyobrażała? Dlaczego nie odbierała? 
„ Może dlatego, że jest na zajęciach, idioto” odezwały się pozostałości trzeźwego myślenia. „ A ty nie jesteś pępkiem świata.” 
Z irytacją odłożyłem komórkę na szafkę nocna. Opadłem z powrotem na poduszkę, ręce kładąc pod głową. Pusty wzrok wlepiłem w sufit. Próbowałem jeszcze raz przeanalizować minionego dnia, ale nie potrafiłem wyrzucić z głowy Julci. Tak cholernie chciałem z nią porozmawiać, zobaczyć ją. 
Chciałem wrócić do Bostonu. 
Zacisnąłem pięści. Ogarnij się, Walt. Choć raz w życiu się ogarnij. Pretty cię potrzebuje. Więc ten jeden raz jej nie zawiedź. 
Nawet nie zauważyłem gdy zasnąłem. Przez całą noc, dręczyły mnie w kółko widok nieprzytomnej Pierrette, pobłażliwy uśmiech Julci i wycieńczona mama, która prosiła bym zajął się siostrą. 

Obudził mnie huk upuszczanego garnka. Usiadłem gwałtownie i zdezorientowany rozejrzałem się wokół. Kto ukradł moje słoneczko? Moje kochane, bostońskie słoneczko? Przecież nie po to wybrałem apartament z ogromnymi oknami, wydałem tyle kasy, by ktoś kradł moje słoneczko. 
I dlaczego do cholery ze ściany gapi się na mnie wyblakły Jerry West? 
W tym momencie dotarło do mnie, że nie jestem w Bostonie. Tylko w Paryżu. Smutnym, szarym Paryżu, w jeszcze smutniejszym domu. 
Niechętnie zsunąłem się z łóżka. Narzuciłem pierzą rzecz, która wypadła z szafy, a potem powlokłem się na parter. Tatę znalazłem w kuchni. Krzątał się przy patelniach i chyba próbował zrobić jajecznicę ze wszystkiego, co znalazł w lodówce. A przynajmniej tak to wyglądało, bo na kilku mały patelniach smażyło się milion dziwnych składników. 
Chyba dostrzegłem nawet dżem. Ale bezpieczniej było nie zgłębiać tematu. 
 — Cześć, Walt!  — Na mój widok tata uśmiechnął się szeroko. Przynajmniej próbował. Wyglądał zdecydowanie lepiej niż dzień wcześniej, ale nadal miałem wrażenie, że jedno słowo i kompletnie się załamie. 
 — Cześć  — mruknąłem, przeczesując palcami włosy. Dzięki losowi za naturalny, artystyczny nieład na łbie. Przynajmniej nie musiałem pilność grzebienia.  — Jedziesz dziś do Pretty?  — Podszedłem do lodówki. Jajecznica jajecznicą, ale coś na śniadanie trzeba zjeść. 
 — Yhm  — W skupieniu wymieszał zawartość dwóch patelni.  — Tylko pomyślałem, że moglibyśmy zjeść razem śniadania. No wiesz… jak za starych, dobrych czasów. 
Jęknąłem w duchu. Serio, tato? Musisz wracać do przeszłości? 
Z konsternacją stwierdziłem, że panel pomocniczy lodówki jest wyłączony. Uruchomiłem go, a potem jeszcze raz zerknąłem na wyczyny kulinarne taty. 
 — Nie korzystałeś z wskazówek? 
 — Wiesz dobrze, że ich nie lubię  — skrzywił się nieznacznie.  — Zresztą to przepis mamy, nie może się nie udać… O, kuźwa! 
I dokładnie w tym momencie z jednej z patelni zaczął pryskać olej. Doskoczyłem do kuchenki, wyłączyłem prąd pod palnikiem, a patelnie na wszelki wypadek wrzuciłem do zlewu. 
 — Może… może ja się tym zajmę  — zasugerowałem przestraszonemu tacie. 
Niechętnie pokiwał głową. Powłócząc nogami, wyszedł z kuchni. 
Jednym z wielu plusów wyjazdu do Bostonu było to, że musiałem nauczyć się sam gotować. Podstawy wyniosłem jeszcze z domu, ale gdy zamieszkałem sam, chcąc nie chcąc trochę poszerzyłem umiejętności. Odkryłem nawet, że całkiem to lubię, gotowanie mnie odstresowywało. Był nawet okres, że każdą wolną chwilę spędzałem w kuchni. A gdy pojawiła się Julcia, sam przygotowałem pierwszą romantyczną kolację. 
Właśnie nakładałem jajecznicę na talerze, gdy zadzwonił dzwonek do drzwi. Zerknąłem na kuchenny tablet. Na ganku czekali Aisha z Zanem. Dyskutowali o czymś zawzięcie, ale nie byłem wstanie powiedzieć o czym, bo nagłośnienie już dawno się popsuło. 
W ogóle się nie zastanawiając, pochłonąłem kilka gryzów śniadania, zgarnąłem telefon i tylko rzucając tacie szybkie „wychodzę”, wybiegłem z domu. 
 — Tylko daj znać, że wszystko w porządku!  — usłyszałem jeszcze. 
Wiem, grzeczne to to nie było. Ale nie miałem wyboru. Gdyby tata wpuścił przyjaciół Pierrette do środka, to pewnie utknęlibyśmy przy stole na kolejne kilka godzin. Tata wprost uwielbiał gości. Jakichkolwiek, byle tylko domu znów było głośno. 
 — Mogłeś chociaż zaproponować nam herbatę  — fuknęła Aisha, gdy szliśmy w kierunku stacji metra. 
 — Przecież znasz mojego ojca  — prychnąłem.  — Chcesz dowiedzieć się, co knuje Theodore, czy słuchać historii z dzieciństwa Pierrette. 
 — O nie, z tego się wypisuje!  — zaprotestował stanowczo Zan.  — Słyszałem je już chyba z tysiąc razy. I nie zamierzam usłyszeć po raz tysiąc pierwszy. 
Ta… doskonale go rozumiałem. 
Apartament Theodora znajdował się w centrum, w starej, kamiennej kamienicy z wysokimi oknami i portierem przy drzwiach. Naprzeciwko znaleźliśmy popularną kawiarnię, o tej porze pełną ludzi. Zajęliśmy stolik przy oknie, by móc obserwować wejście do budynku. Ja i Zan zamówiliśmy po ciastku, co Aisha oczywiście musiała skwitować kpiącym prychnięciem. 
Przez dobry kwadrans siedzieliśmy w zupełnej ciszy. Nic się nie działo. Zaczynałem tracić cierpliwość i dostrzegać bezsensowność całej tej misji. Pomimo tego, że Zan był przekonany, że Theo niedługo wyjdzie. Albo pojedzie do Pierrette albo na siłownie. Podobno robił tak codziennie. 
Bezglutenowy korpoludek na mleku sojowym. 
Dokładnie za pięć dziewiątej, na chodniku pojawił się Theodore. Przywitał się z portierem, porozmawiał z jakąś staruszką, a potem ruszył w kierunku nowoczesnych biurowców. Przez ramię przewiesił sportową torbę. 
Czyli jednak siłownia okazała się ważniejsza od mojej siostry. 
— To jak tam wejdziemy? — zapytałem, nie odrywając wzroku od ciastka. — W ogóle byliście kiedykolwiek u Theodora?
— Może ze dwa razy. — Zan beznamiętnie wzruszył ramionami. — Nie ma tam nic ciekawego. Nawet porządnej konsoli. To straszne, prawda?!
Aisha nawet nie drgnęła.  Zawzięcie stukała w tablet, co chwilę marszcząc czoło. 
— Hej, nie wiem czy zauważyłaś, ale mamy zadanie do wykonania — syknąłem. 
— Właśnie nad tym pracuję — warknęła. — W przeciwieństwie do was. Bo jedzenie ciasta raczej nie należy do czynności produktywnych. 
Zacisnąłem zęby. W myślach policzyłem do dziesięciu. A potem jeszcze do dwudziestu. Tak na wszelki wypadek. Dlaczego ta dziewczyna tak bardzo mnie irytowała?! 
— I wymyśliłaś coś? — Podniecony akcją Zan nie mógł usiedzieć w miejscu. 
Westchnęła głęboko. Oparła łokcie na stole i  spojrzała na nas spode łba. 
— Można tak powiedzieć. Z wewnętrznymi kamerami i blokadą drzwi poradziłam sobie już dawno. Tak na wszelki wypadek gdyby Theodore okazał się psychopatą gwałcicielem w stroju zielonego króliczka. 
Uniosłem ze dziwieniem brwi, ale nie dopytywałem. Ceniłem własne życie. 
— Samo przedostanie się do mieszkania to bułka z masłem. 
— Ale? – zmarszczyłem podejrzliwie czoło. 
— Przy drzwiach postawili portiera – wyjaśniła. – A jeszcze nie nauczyłam się hakować ludzkich mózgów. 
— No coś ty – mruknąłem ironicznie. 
Czyli jednak nie wrócę do Bostonu żywy. 
Przeczesałem palcami włosy i z cichym świstem wypuściłem powietrze. W mojej głowie zaczął kiełkować pewien plan. 
— Zbajeruje go – wypaliłem w końcu. 
Pozostała dwójka spojrzała na mnie jakbym urwał się z Marsa. Co było głupie, bo wszyscy wiedzą, że stroje astronautów są strasznie niemodne. 
— Niby co zrobisz? 
— Zbajeruje portiera – powtórzyłem. – Na pewno w kamienicy mieszka jakiś dzieciak. Sprawdź tylko jaki, masz przecież dostęp do listy mieszkańców. Stwierdzę, że mam dla niego niespodziankę z okazji dnia pizzy czy coś takiego. Jestem gwiazdą koszykówki. Kto mi nie uwierzy?! 
— A co z nami? – dopytał Zan. 
— Przemkniecie do środka, gdy będę rozmawiał. 
Wymienili sceptyczne spojrzenia. Niepotrzebnie się martwili. Moje plany zawsze wypalały, byłem w końcu genialnym Walterem Antigą. 
— To nie ma prawa się udać – stwierdziła Aisha. – Prędzej ludzie wylądują na Jowiszu niż portier łyknie twoja bajeczkę. 
Mimowolnie parsknąłem śmiechem. 
— Mnie zawsze się udaje — przywołałem popisowy uśmiech numer pięć. — Zobaczysz — rzuciłem jeszcze, a potem wstałem od stoły i wyszedłem z kawiarni. 
Podążyli za mną bez przekonania. Jeszcze w progu Aisha zerknęła na tablet i rzuciła, że na piątym piętrze mieszka mały Laurent. Podziękowałem skinięciem głowy. 
Gdy portier mnie zobaczył, uniósł ze zdziwieniem brwi, ale nic nie powiedział. Oczywiście najlepszy dla misji  byłby zachwyt totalny, ale ważne, że w ogóle mnie rozpoznał. Do tego stał w pewnej odległości od drzwi, co ułatwiało zadanie Aishy i Zanowi. 
— Dzień dobry. — Znów uśmiechnąłem się dźwięcznie. Na świecie nie istniał człowiek, który byłby wstanie mu się oprzeć. 
— Dzień dobry. — Mężczyzna zachowywał pozory całkowitego spokoju. — W czym mogę panu pomóc? 
— Przyszedłem do niejakiego Laurenta — zacząłem zmyślać. — Taki mały, uroczy dzieciak. Jego rodzice wzięli udział w konkursie organizowanym przez francuski związek koszykówki i wygrali dla syna śniadanie niespodziankę. Ze mną oczywiście. Tylko, że to musi być niespodzianka totalna, więc nawet nie mogę do nich zadzwonić! Na pewno panu o tym wspominali… — zatrzepotałem rzęsami niczym niewinna dziewica o wschodzie słońca. Bo, co by nie powiedzieć, ale zaliczałem się do mistrzów baśni i bajek wszelakich. 
Portier spojrzał na mnie podejrzliwie, a ja uśmiechnąłem się jeszcze szerzej. Jeszcze chwila i naciągnę sobie mięśnie twarzy. A nie byłem przekonany, czy to wchodzi w zakres klubowego ubezpieczenia. 
Choć może gdybym stwierdził, że uśmiecham się do fanów… 
— Niestety, ale nie mogę pana wpuścić. — Mężczyzna rozłożył bezradnie ręce. — Takie są zasady. Jeśli nie wprowadzi pana nikt z mieszkańców, to potrzebuje pisemnej informacji. 
Zbaraniałem. Ale jak to? Mój genialny, niezawodny, obmyślony na sto sposobów plan, zawiódł?! Przecież takie rzeczy dzieją się tylko w bajkach! 
Przeprosiłem pospiesznie i oddaliłem się na bezpieczną odległość. Mógłbym próbować dalej, ale zawsze istniało niebezpieczeństwo, że portier wezwie ochronę. A Julka urwałaby mi głowę, gdybym znów znalazł się na głównych stronach portali plotkarskich. 
— Trochę się przeliczyłem — przyznałem, gdy już dodzwoniłem się do Aishy. — Plan z portierem nie wypalił. 
— Nie do końca — odparła tajemniczo. — Ty może nie wszedłeś, ale my owszem.
— Jesteśmy w końcu mistrzami ninja! — wtrącił Zan. 
Aisha syknęła uciszająco. 
— Idź na tyły budynku. Zapętliłam już kamery, wejdziesz schodami przeciwpożarowymi i wpuścimy cię przez  okno — poleciła, a potem po prostu się rozłączyła. 
Zacisnąłem triumfalnie pięść. Jednak byłem genialny. 
Stare kamienice miały tą zaletę, że drogi ewakuacyjne biegły według starych planów. Dzięki czemu od strony niewielkiego podwórka umieszczono metalowe drabinki. Bez problemu podciągnąłem się na pierwszy podest, a potem zacząłem wspinaczkę. Dosłownie dziesięć sekund później, Zan otworzył okno, a ja zwinnie wsunąłem do mieszkania Theodora. 
Może minąłem się z powołaniem? Może powinienem zostać akrobatą? Na pewno wyglądałbym seksownie w lateksowym, brokatowym stroju. 
Okej, spójrzmy prawdzie w oczy — ja we wszystkim wyglądam seksownie. 
— Znaleźliście już coś ciekawego? — Nonszalancko strzepnąłem z ramienia wyimaginowany pyłek kurzu. 
— Jesteśmy tu od jakiejś minuty — warknęła Aisha. — I bądź cicho, bo nie chcę spędzić najbliższej nocy w areszcie. 
Skrzywiłem się nieznacznie, ale postanowiłem nie odpowiadać. Zamiast tego rozejrzałem się po pomieszczeniu. 
Spodziewałem się, że Theodor będzie miał gabinet. W końcu był młodym biznesem. Byłem też przekonany, że będzie to sterylne, wypucowane na błysk pomieszczenie z szarymi ścianami i wtopionymi w nie ekranami oraz granitowym biurkiem. Żadnych szafek, żadnych zbędnych lamp czy foteli. 
Theo okazał się do bólu przewidywalny, Serio, jeśli jednak kiedyś ożeni się z Pierrette, to w ramach prezentu ślubnego dostaną ode mnie roczny zapas mleka sojowego. 
A może lepsze będą nasiona chia? 
— Nasz dupek może i tworzy genialne gry, ale te zabezpieczenia złamałby przedszkolak — prychnęła Aisha, już włamując się do stojącego na biurku komputera. — Ściągnę wszystkie dane i przeglądniemy je później, na spokojnie. 
Powoli pokiwałem głową. Zrobiłem krok w przód, w tył, a potem westchnąłem głęboko. Ogarnęło mnie poczucie bezużyteczności. Zan pospiesznie sprawdzał resztę mieszkania, Aisha wykorzystywała swe informatyczne zdolności, a ja? Co niby miałem ze sobą zrobić?
I nagle dostrzegłem coś ciekawego. Na biurku leżała teczka. Zwykła szara teczka, jakiej już nikt prawie nie używał. A już na pewno nie profesjonalni projektanci gier. Oni już wszystko zapisywali zero-jedynkowo. 
Zaciekawiony zajrzałem do środka. Spodziewałem się znaleźć jakieś rachunki albo kopie faktur, ewentualnie stare dokumenty. Jednym słowem nic ciekawego. 
Tymczasem teczka zawierała zdjęcia. Wszystkie przedstawiały Pierrette w różnych sytuacjach i w różnym wieku. Na plaży, na szkolnym przedstawieniu, na występie orkiestry czy młodzieżowej grupy flamenco. Niektóre pochodziły ze stron Internetowych, inne musiał już zrobić sam Theodore. Dodatkowo pod zdjęciami znalazłem notatki. Mnóstwo notatek. Kolorowych, wypełnionych informacjami i podkreślanych fluorescencyjnymi pisakami. Wszystkie dotyczyły mojej małej siostrzyczki. 
Zaczęło mi się kręcić w głowie. Oparłem się o blat i wziąłem kilka głębokich wdechów. Miałem wrażenie, że podłoga osuwa mi się spod stóp.
— Ten facet naprawdę jest rąbnięty — stwierdziłem, starając się ukryć nagłe zasłabnięcie. —  Zbierał informację na temat Pierrette. I to wszystkie możliwe. Od stanu zdrowiu przez edukacje na ulubionym kolorze kończąc. Wie o niej wszystko. 
Aisha podeszła z drugiej strony. Przysunęła sobie teczkę i zaczęła w skupieniu przeglądać jej zawartość. 
— Nie tylko o Pretty — mruknęła. — Starał się dowiedzieć jak najwięcej o was wszystkich. Oczywiście w kontekście Pierrette. Tak jakby tworzył jej dokładny profil. 
— Chyba przegapił tylko fakt, że odwiedziliśmy park Vanoise. Jak widać do lasów jeszcze jego wpływy nie sięgają — zażartowałem. 
Aisha zmarszczyła ze zdziwieniem brwi. 
— Nie wiedziałam, że Pretty była kiedykolwiek w parku Vanoisa. 
Znów zbaraniałem. Spojrzałem na nią zaskoczony czując, że świat zaczyna się jeszcze bardziej kiwać. 
— Przecież byliśmy tam razem — wydukałem. — Twoi rodzice, siostry, nasz tata i Zan. Pojechaliśmy całą ekipą, w czwartej klasie. Wrzuciłem ci mrówki do łóżka. Musisz to pamiętać.
— Ale nie pamiętam. A wierz mi, pamiętałabym, że byłam gdziekolwiek z takim głupkiem jak ty. 
Zirytowany, zacisnąłem palce na krawędzi biurka. 
— Nie drocz się ze mną, proszę. Nie mamy na to czasu. 
— Nie droczę się z tobą — prychnęła. — Może po prostu nawala ci już pamięć. Starzejesz się Walt. W tej Ameryce nie fundują wam tranu na poprawienie pamięci? Biedaczek. 
— Aisha… 
Stanowczo pokręciła głową. 
— Nigdy nie byłam, w parku Vanoisa — powtórzyła, a potem wróciła do kopiowania danych. 
Już chciałem dalej brnąć w temat, ale powstrzymałem się. To było dziwne. Nawet bardzo dziwne. Tak samo, jak cała ta sytuacja. Byłem przekonany, że mam rację. W końcu w bostońskiej sypialni zostawiłem pana Łatka — spranego pluszowego Rysia, który od dobrych jedenastu lat był moim najlepszym przyjacielem. 
I byłem przekonany, że jeszcze w szkole został okrutnie obrażony właśnie przez Aishę. Bo jaki piętnastolatek bierze na wycieczkę pluszowego Rysia. 
— Ludzie, zbieramy się! 
Nagle do gabinetu wpadł przerażony Zan. Doskoczył do okna, otworzył je i zaczął przeciskać się na zewnątrz. 
— Ale co się dzieje? — Wymieniliśmy z Aishą zdezorientowane spojrzenia. 
— Theodore wraca.
— Już?! Przecież to niemożliwe! 
— Widziałem go z okna z kuchni — wyjaśnił, stając na na najwyższym podeście. — Jest z jakąś tlenioną poczwarą i będzie tu za minutę! 
To podziałało na nas jak kubeł zimnej wody. Pospiesznie zamknąłem teczkę, sprawdziłem, czy nic nie wypadło, a potem podążyłem za Zanem. 
— Musimy się spieszyć — pogoniłem Aishę, które jeszcze kończyła zgrywać pliki z komputera. 
— Daj mi sekundę. — Nerwowo wklepała jakąś komendę. 
— Nie mamy sekundy! 
— Serio, już kończę. 
— Aisha! 
W ostatniej chwili wyrwała pendrive i prześlizgnęła się na zewnątrz. Z hukiem zamknął okno, dokładnie w momencie, gdy drzwi do gabinetu zaczęły się otwierać. 
Wstrzymałem oddech. Obydwoje przylgnęliśmy do ściany. Miałem wrażenie, że serce bije mi jak oszalałe. Jedna sekunda, dwie. Ze środka dobiegały przytłumione głosy. 
— Nie, to nic takiego. Musiałem się przesłyszeć. 
Drugiego głosu nie kojarzyłem. Był wdzięczny, delikatny, zdecydowanie kobiecy. Brzmiał nieprzyzwoicie wręcz słodko, aż się skrzywiłem. Przed oczami stanęła mi wielka różowa landrynka na krótkich nóżkach. 
— Oj, Theo. W takim razie może wrócimy do tego… 
Dalszej części zdania nie usłyszałem. Zacisnąłem wściekle pięści. Zerknąłem na Aisha, ale tylko ze smutkiem pokręciła głową. Wiedziałem, że myśli o tym samym — ta dziewczyna na pewno nie pojawiła się w mieszkaniu Theodora przez przypadek. 
— Schodzimy — szepnęła prawie bezgłośnie. 
Zacząłem schodzić pierwszy. Może nie było to specjalnie dżentelmeńskie, ale dzięki temu mogłem choć trochę asekurować Aishę. Mimo wszystko nie chciałem, by cokolwiek sobie zrobiła. 
W końcu zeskoczyłem z ostatniego podestu. Spojrzałem jeszcze przez ramię, by upewnić się, że Aisha też jest na ziemi i… 
Cholera, wiedziałem, że o czymś zapomniałem. 
Aisha siedziała na najniższym podeście, z przerażeniem spoglądając w dół. Do ziemi zostało jej niecałe dwa metry. Wystarczyło by zsunęła się na rękach. Nic trudnego, chyba, że ktoś piekielnie boi się takich skoków. 
— Musimy się spieszyć — pogonił ją Zan. — Theo w każdej chwili może wyjrzeć na podwórko.
— Nie zeskoczę. — Zacisnęła palce na metalowej barierce. 
— Pomyśl, że to… że to jak skakanie z parapetu w szkole! Z tego wysokiego, w sali gimnastycznej. Przecież wchodziliśmy na niego tysiąc razy. 
— Ja nie. Zawsze siadałam na ławce. 
— Przecież to nie jest bardzo wysoko — jęknąłem, nerwowo zerkając na okno od mieszkania Theodora. Kończył nam się czas. 
—  Nie mam mowy. — Aisha stanowczo pokręciła głową. — Nie zeskoczę. 
Bądź cierpliwy, tylko bądź cierpliwy. Jesteś kwiatem lotosu na gładkiej tafli jeziora… 
No chyba kogoś porąbało. 
— Pomogę ci! — wypaliłem bez zastanowienia. 
Dziewczyna pobladła nieznacznie. Objęła się ramionami i zacisnęła zęby.
— Wiesz, że to odpada — wycharczała. 
— Ten jeden raz się zgódź. Przecież w pewien pokręcony sposób ratuję ci życie… A przynajmniej zdrowie!
Błagalnie spojrzałem na Zana. Dotychczas przekonania Aishy jeszcze nigdy nie sprawiały problemu. Szanowaliśmy je, szczególnie, że wynikały ze szczerej wiary. 
— Przed chwilą włamaliśmy się do mieszkania — spróbowałam. — Chyba już wyczerpałaś limit grzechów na dzisiaj. 
— To co innego. Pomagam przyjaciółce! 
— W takim razie ja robię dokładnie to samo. 
Nie mam pojęcia, co we mnie wstąpiło. Miałem głęboko gdzieś, czy będę tego żałować, czy nie. Zresztą, kogokolwiek to obchodziło? Raczej wątpię. O wiele ważniejsze było nie wpaść w ręce policji. Chwyciłem więc Aishę w pasie i nie zważają na protesty, po prostu ściągnąłem na ziemi. 
— Au! — syknąłem, gdy nagle poczułem ból w małym palcu lewej ręki. Pospiesznie postawiłem Aishę na ziemię i przycisnąłem dłoń do piersi. 
— Wszystko okej? — zaniepokojony Zan przystanął w pół kroku. 
— Ta, to nic takiego. — Wymusiłem uśmiech. — Tylko się uderzyłem. 
— Ale jesteś pewien? — Aisha nie wyglądała na specjalnie przekonaną. Na wszelki wypadek trzymała się kilka metrów ode mnie. Nie żeby mi to specjalnie przeszkadzało.  — W twoim zawodzie… 
Z irytacją przewróciłem oczami. Przyjrzałem się uważnie palcowi i tylko beznamiętnie wzruszyłem ramionami. Pobolewał i był trochę zaczerwieniony, ale to po wspinaczce. Tysiące razy na treningach obrywałem mocniej piłką i nie było to nic poważnego. 
— Serio, poradzę sobie — powtórzyłem. By to potwierdzić trzepnąłem kilka razy dłonią, a ból znacząco zelżał. 
Przyjaciele wymienili sceptyczne spojrzenia, ale już nic więcej nie powiedzieli. Zresztą mieliśmy zdecydowanie ważniejsze rzeczy do obgadania, a Theo w każdej chwili mógł wpaść na genialny pomysł, by wyjrzeć przez okno. 
Gdy wróciliśmy do kawiarni na przeciwko, długo siedzieliśmy w milczeniu. W głowie cały czas słyszałem głos Pierrette. „Theo to dobry chłopak. Tak, naprawdę go kocham. Nie, nie musisz się martwić, Walt. Theo bardzo, bardzo mi pomógł.” 
W końcu podniosłem wzrok. Spojrzałem na Aishę, na Zana i powiedziałem to, o czym myśleliśmy wszyscy: 
— Theodore nie jest tym, za kogo się podaje. 


Z wielką przyjemnością przedstawiam rozdział czwarty. Trochę się nad nim napracowałam i mam nadzieję, że jego długość nie odstraszyła was na śmierć. I oczywiście liczę, że przypadł wam do gustu. 
Ogólnie, krótka informacja  do końca kwietnia rozdziały będą pojawiać się nieregularnie, co 9/10 dni. Wynika to z faktu, że mam trochę rzeczy na głowie, a nie jestem też wstanie pisać krótszych rozdziałów. Od maja postaram się już dodawać regularnie. 
W każdym razie jak zwykle z niecierpliwością czekam na wszystkie komentarze. Nawet te krótkie. Po prostu dajcie znać, że żyjecie i czytacie. 
Pozdrawiam
Violin
PS. I ogólnie nie wiem, czy zauważyliście, ale na wszystkie komentarze odpowiadam! 




12 komentarzy:

  1. Mi również serce pękło. Gdzieś tam z tyłku głowy pojawiła się myśl, taka malutka nadzieja, że może dzięki temu wszystkiego Stephanie będzie żyła, choć z drugiej strony byłoby to raczej niemożliwe, prawda?
    Pierrette/Penelopa z miejsca dostała nową pracę. Szczerze mówiąc mi samej zaczęło się kręcić w głowie, gdy szefowa zadawała jej te wszystkie skomplikowane pytania. Ja bym uciekła gdzie pieprz rośnie, sądząc że nigdy w życiu tego nie ogarnę. A przecież każdy powinien dostać szansę, aby spróbować. Jak się okazała nasza bohateeka jako tako (jak na pierwszy dzień) odnalazła się w nowym otoczeniu. Nic nie zbiła, nie wylała kawy na klientów, a to wielkie osiągnięcie :D Przy okazji los kolejny zaśmiał się jej w twarz i sprowadził do kawiarni jej rodziców. Jak widać nic tu się nie dzieje przez przypadek ^^ a kto wie, może zostanie swoją własną nianią :) Chociaż bardzo zaniepokoiło mnie zachowanie jej rodziców. Przecież zawsze byli wobec siebie tacy szczerzy i pełni miłości, nawet w trudnych chwilach. Co się więc dzieje?
    Rozumiem sceptyczne zachowanie Stephana wobec "Penelopy". W końcu znalazła się ona niespodziewanie w szatni jego zawodników, a potem nawiązała znajomość z jego żoną w sklepie. Nie minęło dużo czasy, a wpadli na siebie w kawiarni i dziewczyna "usłyszała" rozmowę o opiece nad bliźniakami, oferując swoje "usługi". Nie dziwne, że pan Antiga jest podejrzliwy i nie do końca przekonany do jej zatrudnienia. Za to Stephanie zachowuję się jakby czuła silną więź z dziewczyną. Jestem pewna, że przekona męża, aby dał jej szansę.
    Ta rozmowa z dziennikiem jest bardzo fascynująca. Przez chwilę miałam wrażenie, że Pierrette rozmawia z matką ^^ ale padło imię Ivy. Ale czy prawdziwe?
    Podczas gdy Pierrette/Penelopa musi samotnie radzić sobie w przeszłości, jej brat bliźniak i przyjaciele niczym słynna brygada RR rozpoczęli śledztwo. Jak widać, mieli nosa co do Theodora. W końcu w taki sposób nie zachowuje się po uszy zakochany przyszły narzeczony. I mieli rację! Włamanie do jego mieszkania było bardzo owocne. Choć ta teczka bardzo mnie zaniepokoiła. Czyżby Theodore stał za tym co się stało z Pierrette? A jeśli tak, to w jaki sposób? ^^ Raczej możemy być pewni tego, że jego związek z panienką Antiga był ukartowany. Szczerze mówiąc już przy pierwszej wzmiance wydawał mi się zbyt idealny dla niej. Taki pewny młody człowiek sukcesu zakochałby się w szarej myszce? Wiadomo, miłość miłością, ale od początku coś mi tu nie pasowało. I proszę bardzo! Aisha to moja idolka, ale czy nie pamiętałaby wspólnej wycieczki do Parku Narodowego? Skoro Walter twierdzi że ona tam była (i ma wspomnienie z nią związane), a ona jest przekonana że nie, to ... kto tam był "za nią"? ;o Bo nie sądzę aby chłopakowi coś się przewidziało. Jakaś Aisha tam była, tyle że nie ta prawdziwa. Kurde, dziwne to brzmi, ale inne rozwiązanie nie wchodzi w grę ^^
    Znów mam totalny mętlik w głowie i potrzebuje odpowiedzi na wiele pytań! :D Pozdrawiam i czekam ^^

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przyznam, że za każdym razem jak idę do jakiejś kawiarni i słyszę te wszystkie skomplikowane nazwy różnych dziwnych napojów, to zaczynam współczuć baristom. Serio, to jest nie do ogarnięcia.
      Troszkę się sama boję tej relacji między Stephanie i Stephanem. Bo jak piszę, to musze się nieźle postarać by wyważyć emocje między nimi.
      Co do Waltera i akcji z Theodorem, to niedługo się kilka rzeczy wyjaśni. Ale nie wszystko, więc polecam uzbroić się w cierpliwość.
      Bardzo dziękuję za komentarz i ciesze się, że rozdział się podobał.
      Pozdrawiam
      Violin

      Usuń
  2. Pierette coraz lepiej radzi sobie z "pobytem" w przeszłości. Powoli oswaja się z nową rzeczywistością i uczy w niej funkcjonować bez wzbudzania podejrzeń innych osób. Oczywiście zdarzają się jeszcze potknięcia, ale z każdym dniem na pewno będzie lepiej.
    Choć jej misja do wykonania nadal jest owiana tajemnicą, Polly odniosła już pierwszy sukces. Dostała pracę w kawiarni i jak na pierwszy dzień i brak doświadczenia świetnie sobie poradziła.
    Poza tym ona idealnie pasuje do tej kawiarni, której pracownicy to bardzo oryginalne osobowości. Pani Gienia i Trixie na pewno jeszcze nie raz doprowadzą mnie do łez rozbawienia. Są po prostu genialne, a kto wie czy Pierette nie uda się za jakiś czas zaprzyjaźnić z Trixie, która ma sporo podobieństw z Aishą.
    Bardzo zaskoczyły mnie napięte relacje Stephanie i Stephana. Przecież to do nich zupełnie nie podobne. Oni nawet gdy mieli jakiś problem to wspólnie szukali rozwiązania, zamiast obwiniać się wzajemnie. Widać, że opieka nad bliźniakami jest bardzo męcząca i potrzeba im kogoś, kto ich odciąży. Polly wydaje się być do tego idelana, ale Stephane jest bardzo sceptycznie nastawiony do tego pomysłu. Czy można się mu jednak dziwić? To w końcu chodzi o opiekę nad jego dziećmi, a Polly to dla niego zupełnie obca osoba. W dodatku spotkał ją w szatni swojego zespołu! Nic dziwnego, że jest wobec niej nie ufny. Gdyby tylko znał prawdę.. Może jednak Stephanie uda się przekonać męża do zmiany zdania.
    Tajemniczy notatnik powoli odsłania swoje sekrety. Przynajmniej wiemy, że to jakaś Ivy odpowiada za tą podróż w czasie. Zastanawia mnie tylko jaki to błąd popełniła, że Pierette musi go naprawić. Najbardziej zasmuciła mnie jednak wiadomość, że Stephanie i tak umrze. Po cichu liczyłam, że Polly to właśnie temu mu zapobiec...Nie dziwię się, że dziewczyna wpadła w szał, gdy znowu znalazła spódnicę w widocznym miejscu. Z tą rzeczą wiąże się zbyt wiele negatywnych i bolesnych emocji, aby móc przejść obok tego obojętnie. Coś jednak wciąż nie powoła Pierette o niej zapomnieć.
    Walter wraz z przyjaciółmi siostry rozpoczął swoje małe śledztwo i już są tego pierwsze efekty. Theodore im więcej o nim się dowiadujemy tym mocniej mnie niepokoi. Po co mu te wszystkie informacje o Pierette i kim była ta tajemnicza kobiety, która mu towarzyszyła? Zaczyna mi się to bardzo nie podobać. Mam tylko nadzieję, że naszej trójce detektywów nie stanie się nic złego, gdy zaczną jeszcze bardziej zagłębiać się w prawdziwe życie Theodora.
    Aisha nie pamięta wycieczki na której była? Przecież to wprost niemożliwe. Coś mi tu bardzo nie pasuje. Albo podróż w czasie Pierette zaczyna zmieniać pewne wydarzenia z przyszłości, albo to kolejna zagadka, której rozwiązanie zwali mnie z nóg.
    Czekam więc z niecierpliwością na następny rozdział. Nie mogąc się go doczekać. 😊

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Misja Pierrette nawet dla niej na razie pozostanie owiana nutką tajemnicy.
      To może być dziwne, ale cieszę się, że wszyscy zauważyli napięte relacje między Stephanie i Stephanem. Zawsze mam problem z konfliktami, więc i tu trochę się denerwowałam.
      Tajemniczy notatnik to chyba moja ulubiona część opowiadania. Sama nawet nie wiem dlaczego xd
      A śmierć Stephanie... Są rzeczy, których nie przewidywałam od początku.
      W każdym razie, bardzo dziękuję za komentarz!
      Pozdrawiam
      Violin

      Usuń
  3. Polly dostała pracę, a nawet miała okazję zobaczyć rodziców i może zostanie nianią ich dzieci, a raczej swoją i brata. Jakie to pokręcone!
    Zdziwiło mnie zachowanie Stephane i Stephanie, bo byli wobec siebie tacy inni... jakby przechodzili jakiś kryzys? Do tego ten zmęczony wygląd kobiety, to na pewno nie wróży nic dobrego.
    Rozmowy, a w zasadzie wiadomości pomiędzy dziewczyną, a zeszytem są takie... dziwne, ale zarazem wciągające? Jestem ciekawa tego, co poszło nie tak, że Pretty musiała przenieść się do przeszłości i jakie jest jej docelowe zadanie.
    Za to w teraźniejszości widzę, że Walt wraz z Aishą i Zanem stworzyli coś za wzór Atomówek, haha. Widać, że włamanie do mieszkania Theo było owocne, bo ta teczka ze zdjęciami Pretty, informacje oraz zapiski świadczą o tym, że chłopak może mieć sporo za uszami. A może... może on też jest z przeszłości i tak naprawdę od początku wiedział co ma zrobić oraz wie, co się dzieję z Pierette.
    Tyle pytań, a na razie żadnej odpowiedzi. 😁
    Do następnego, buźka!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nawet mnie dziwi zachowanie Stephanie i Stephana xd W życiu bym nie przypuszczała, że w końcu uda mi się opisać jakiś realny konglikt.
      Strasznie podoba mi się porównanie do Atomówek! Uwielbiam je po prostu! I może kiedyś wykorzystam ;)
      Bardzo dziękuję za komentarz i cierpliwość przed kolejnym rozdziałem.
      Pozdrawiam
      Violin

      Usuń
  4. Pierrette z całych sił stara się wpasować w tę "nową" rzeczywistość, w której znalazła się zupełnie niespodziewanie i co najważniejsze dobrze sobie z tym wszystkim radzi. Mimo tego, że usilnie zastanawia się, o co w tym wszystkim chodzi to stara się jak może, by funkcjonować nie wzbudzając żadnych podejrzeń swoim zachowaniem. Dobrze, że postanowiła skorzystać z propozycji Mateusza i udała się do kawiarni, by przedstawić swoją kandydaturę na stanowisko pracy :D Udało się ją zdobyć, co można odnotować za sukces :) Chociaż podziwiam, sama bym nie znała odpowiedzi nawet na to ostatnie pytanie haha :D Ale koniec końców Polly dostała pracę i po raz kolejny spotkała Stephanie... Tym razem w towarzystwie Stephana. To musiało być dla niej niezwykłe przeżycie, widząc znów razem swoich rodziców. Rodziców, którzy dość chłodno się do siebie odnosili, co było zupełnie niepodobne do tego, co znała Polly. Cóż, bardzo jestem ciekawa, co takiego się między nimi dzieje. Może Polly uda się tego dowiedzieć? Nadarzyła się okazja, by została nianią bliźniaków... Nianią dla samej siebie i swojego brata... Ależ to musi być dziwne! ^^ Stephan jak na razie jest dość sceptycznie nastawiony do tego pomysłu, ale coś czuję, że Stephanie go do tego przekona :) Ona jakoś bardziej potrafi się odnaleźć w rozmowie z Polly, a Stephan... Ale z drugiej strony, czy można mu się dziwić? W końcu dziewczyna dopiero co wylądowała w jego szatni :D
    Tajemniczy dziennik, Ivy... Aż mi się w głowie kręci od tego wszystkiego! Smutno mi się zrobiło, bo miałam jakąś malutką nadzieję, że Stephanie uda się uratować, ale jak widać nie :( Strasznie mnie intryguje to zadanie, które stoi przed Pierrette. Ale wiem, wiem, muszę się uzbroić w cierpliwość. W ogóle strasznie zasmucił mnie ten fragment, gdy Polly podarła spódnicę, którą zrobiła jej Stephanie. Ale emocje wzięły górę i ani trochę się jej nie dziwię. W końcu sytuacja, w której się znalazła jest niecodzienna i niespotykana. Trzymam za nią kciuki, by udało jej się to wszystko ogarnąć i wrócić do domu :) Do domu, do miejsca, w którym Walter wraz z Aishą i Zanem rozpoczęli swoje własne śledztwo. Śledztwo, które zaczęli od mieszkania Theo. I kurczę! Czyżby on miał coś wspólnego z tym, co przydarzyło się Pierrette? Ta teczka z tymi wszystkimi informacjami jest mocno podejrzana! I Aisha, która nie pamięta wycieczki? Zagmatwane to wszystko, ale tym bardziej czekam na nowość, by odkryć nowe tajemnice i rozwiązania haha :)
    Pozdrawiam ;*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przyznam, że za każdym razem gdy opisuję sceny spotkania Pierrette z rodzicami jestem tak samo zdezorientowana jak ona. Ale to chyba dobrze, w końcu piszę w pierwszej osobie, co nie?
      To wszystko jest tak zagmatwane, że zaczynam się bać, czy sama się nie pogubię.
      W każdym razie bardzo dziękuję za komentarz!
      Pozdrawiam
      Violin

      Usuń
  5. Najpierw przepraszam za opóźnienie. Ostatnio cierpię na brak czasu. Nie potrafię z niczym się wyrobić.
    Pierrette dostała nową pracę. I można powiedziec dobrze sobie radzi. A nawet już załatwia sobie kolejną. Jako opiekunka swojego brata i siebie😉
    Nie pasuje mi tutaj atmosfera. Jaka panuje pomiędzy Stephanem a Stephanie. Przecież oni nigdy się tak nie zachowywali.
    Jestem ciekawa czy przestaną na propozycje Pierrette.
    A więc dziennik to tajemnicza Ivy. Jakie to wszystko zakręcone. Ale strasznie mi się podoba.
    Walt ,Aisha i Zan zaczęli swoje własne śledztwo. Od domu Theo. Strasznie nie podoba mi się znaleziona tam teczka. I mam wrażenie że jest on głównym podejrzanym w tym co przydarzyło się Pierrette.
    Aisha nie pamięta wycieczki na który była. Jakim cudem ? Czy to Walt coś pokręcił? Czy Aisha ma jakieś dziwne luki w pamięci. Wszystko jest coraz bardziej tajemnicze. I nie mogę się doczekać aż poznam odpowiedzi na wszystkie dreczace mnie pytania.
    Pozdrawiam i z niecierpliwością czekam na kolejny rozdział.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Eh, mam wrażenie, że moje opowiadania zawsze są strasznie pokręcone. Jakbym nie potrafiła napisać nic prostrzego.
      Ogólnie, to zawsze mam straszną radochę gdy czytam domysły czytelników. Ale niczego nie zdradzę! Musicie uzbroić się w cierpliwość.
      Bardzo dziękuję za komentarz!
      Pozdrawiam
      Violin

      Usuń
  6. Całkowicie zgłupiałam, znaczy ja wiem, że to pokręcone, ale zazwyczaj nie zmieniam swojej opinii NA TEMAT WSZYSTKIEGO dziesięć razy w ciągu jednego rozdziału!
    Ale rozdział był długi, więc daję sobie oficjalnie taryfę ulgową do zmieniania czegokolwiek.
    Postaram się niczego nie pominąć, więc zacznę od tego, co mnie poruszyło na początku. RODZICE. Być może mieli wyjątkowo kiepski dzień, albo ich małżeństwo nie było tak super jakby się wydawało. Możliwe, że coś się zmieniło wiele lat później, ale kimże jestem by to oceniać? Ale nie będę robić teorii spiskowych na temat ich życia, kiedy nadal nie pamiętam imion. To by było takie "hej, myślę że wiem wszystko o twoim życiu. A właściwie jak masz na imię?". Rodziców zostawiam w spokoju, bo budowanie całego światopoglądu na podstawie jednej sytuacji jest słabe i dla lamusów.
    W ogóle bardzo mnie poruszyło, jak Pierrette niszczyła spódnicę w imię "niezależności", bo ja tam od początku widziałam bezsilność. Walczyła z tym, ale poległa. Swoją drogą myślę, że po drobnym czary mary spódnica dalej będzie się pojawiać w stanie nietkniętym. To wygląda tak jakby taniec grał istotną rolę w całej tej historii. Jaką nie mam pojęcia, ale póki co ten motyw pojawił się chyba w każdym rozdziale, co może być istotne, przecież nie był tylko żeby pogrążyć bohaterki? A jeśli był, to nie posądziłabym cię o znęcanie się psychicznie nad postaciami xD
    Cały czas myślałam, że chodzi o to by uratować mateczkę, a zeszycik zniszczył cały mój światopogląd. Osobiście bym go spaliła w płomieniach wrot piekieł.
    A braciszek w tym rozdziale był taki hm, mało irytujący i arogancki. Poczułam do niego nawet lekką sympatię, bo poprzednio miałam ochotę palnąć go w ten śliczniusi łeb xD
    Swoją drogą nie wiem czemu myślałam, że Paryż będzie mnie nudzić, bo bohaterowie będą lamentować nad losem biednej Pretty. A TU TAKA AKCJA! Normalnie jeszcze namiętniej pochłaniałam tą część niż całą sytuację w Warszawie.
    Tatulek moim zdaniem za bardzo próbuje może nie naśladować, ale robić taką otoczkę jakby mateczka dalej żyła. Ciągle stara się robić wszystko tak jakby "ona to zrobiła". To go wykończy w końcu, a sytuacja z Pierrette to spotęguje.
    W ogóle na szybko wpadłam na teorię, że ojczulek jest winny śmierci mateczki i te witaminki, które wciska Pierrette są zadość uczynieniem czy coś. Ale ja jestem brutalnym człowiekiem i nie sądzę żeby tak było xD
    Braciszek nie dość, że nie taki znowu upierdliwy, to jeszcze ta akcja z Theodorem. Już nie wiem, czy on jest psychiczny, czy jest stalkerem, czy dziwkarzem, czy to on tworzy te programy do podróży w czasie. EJ, TO WCALE NIE TAKIE GŁUPIE, WŁAŚNIE TO WYMYŚLIŁAM! Dobra, to jednak zostaję przy ostatniej opcji.

    Rozdział czytałam bez przerw z zapartym tchem (no dobra, z lekkimi przerwami bo walczyłam z opakowaniem czekolady). Działo się dużo emocjonalnych rzeczy, które albo zmieniły mój światopogląd albo doprowadziły do mocnego wczucia się, co pogrążało mój smutek (bo poza brutalnością, jestem bardzo empatyczną osobą! Taki tam chichot losu, czy coś). Zawsze boję się długich rozdziałów, że znudzę się w trakcie, w sumie nie wiem skąd to się bierze. Do tej pory nic takiego się tutaj nie zdarzyło. Uwielbiam to co tworzysz i jak tworzysz.
    Aaa i super, że napisałaś o nowym rozdziale, bo ja jak zawsze nic nigdy nie widzę :D

    Pozdrawiam bardzo serdecznie Ciebie, jak i każdą postać - nawet braciszka! :D
    Eden.

    https://untilthedawn.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ogólnie to miałam zamiar odpisać zaraz jak komentarz się pojawił, ale zwyciężyło lenistwo i dopiero dziś znalazłam czas, by odpowiedzieć. Czego bardzo, ale to bardzo żałuję, bo Twoje komentarze są genialne! Serio, jak je czytam, to dosłownie zwijam się ze śmiechów. Są totalnie chaotyczne, ale hej, całe to opowiadanie jest chaotyczne! Więc super się wpasowują.
      A teorie co do dalszej fabuły? Zawsze mam z nich radochę, ale nie mogę zbyt wiele zdradzić. Tylko tyle, że w następnym rozdziale jeszcze będzie trochę użalania się nad Pierrette. Ale tylko trochę! Obiecuję!
      Okej, planowałam napisać jakąś logiczną, konstruktywną odpowiedź, ale niewiele z tego wyszło. W każdym razie, bardzo dziękuję za komentarz!
      Pozdrawiam
      Violin

      Usuń

.
.
.
.
.
.
GrafikaCentaura