niedziela, 11 sierpnia 2019

Rozdział 18

Warszawa, 10 marca 2019

Wiecie, świat potrafi być porąbany. A życie jeszcze bardziej. Czasami rękami i nogami bronimy się przed przeznaczeniem, a gdy w końcu nadchodzi, ze zdumieniem stwierdzamy, że wcale nie jest takie złe. 
Siedząc w jednej z Warszawskich kawiarni, z kubkiem czekolady w ręce i Mateuszem na przeciwko, czułam ulgę. Tak, taką prostą, zwyczajną ulgę. Spokój. Jakby nie istniały żadne podróże w czasie. Jakby rodzice wcale się nie kłócili. Jakby to nie ode mnie zależały losy całej rodziny. 
W tamtym momencie liczył się tylko Mateusz. Znów swobodnie rozmawialiśmy o wszystkim i o niczym. Znów śmialiśmy się z kompletnych głupot. Znów mogłam spojrzeć mu w oczy i nie czuć wyrzutów sumienia. Na moment stałam się normalną dziewczyną, miło spędzającą czas z chłopskiem. 
Ale niestety nadszedł moment, gdy zegar wskazał szóstą. Przerażona zauważyłam, że jeśli zaraz nie wyjdę, to nie zdążę złapać mamy. A koniecznie musiałam z nią porozmawiać. 
— Naprawdę nie możesz zostać? — zapytał po raz trzeci Mati, gdy szczelnie owijałam się płaszczem. 
— Niestety, ale obowiązki wzywają. — Bezradnie rozłożyłam ręce. — Ale teraz, skoro już wszystko sobie wyjaśniliśmy, to chyba możemy umówić się na jutro, prawda? Kończę pracę o trzeciej. 
— Przyjdę po ciebie o czwartej. — Uśmiechnął się chytrze. 
Pokręciłam głową z udawaną dezaprobatą. Powinnam bać się, co takiego planuje, ale prawda była taka, że już nie mogłam się doczekać. Szczególnie, że dzisiejszy wieczór nie zapowiadał się kolorowo. 
Na pożegnanie cmoknęłam Mateusza w policzek. Przynajmniej tak mogłam wynagrodzić mu wszystkie tajemnice. 
Na szczęście o tej porze ruch w Warszawie był trochę mniejszy i już po pół godzinie byłam na miejscu. Usiadłam na ławce, a wzrok wlepiłam w drzwi starej kamienicy. Z piętra dochodziły stłumione dźwięki gitary i stukot obcasów. 
Przymknęłam oczy. W mojej głowie znów pojawiły się obrazy z tych pięknych czasów, gdy też tańczyłam. Wtedy życie wydawało się takie proste. Miałam wszystko. Kochających rodziców, wkurzającego brata, prawdziwych przyjaciół i dwie pasje, którym zawsze mogłam się oddać. Czego mogłam chcieć więcej? 
Gdy mama zmarła straciłam swoje życie. 
Pokręciłam stanowczo głową. Nie mogłam o tym myśleć. Nie teraz. Musiałam skupić się misji. Musiałam zapewnić małej mnie chociaż te siedemnaście lat szczęśliwego życia. Zasłużyła. 
Z zamyślenia wyrwało mnie ciche skrzypnięcie drzwi. Podniosłam wzrok, obserwując wychodzące tancerki. Większość była w wieku mamy i żadna nie zwróciła na mnie uwagi. Śmiały się z czegoś głośno, co chwilę poprawiając torby z długimi spódnicami. 
Mama wyszła jako ostatnia. Rozpuściła już włosy i teraz falami spływały jej na ramiona. Po raz kolejny uświadomiłam sobie, jak niesamowita była. Nie piękna. Ciężko było ją umieścić w kanonie piękności. Ale była niezwykła. Biło od niej niesamowite ciepło, miłość, a jednocześnie klasa, pewność siebie. Tata często powtarzał, że mama pociągała jedynie inteligentniejszych mężczyzn. Że ich fascynowała. 
Teraz zrozumiałam, co miał na myśli.
— Polly? To ty? — Na mój widok prawie wypuściła torbę z rąk. 
— Ta, to ja — Pospiesznie podniosłam się z ławki. — Przepraszam, że cię tak nachodzę, ale pomyślałam... Pomyślałam, że powinnyśmy porozmawiać. 
Nerwowo przełknęłam ślinę. Przestąpiłam z nogi na nogę, oczekując na reakcję mamy. 
— Skoro tak uważasz — uśmiechnęła się ciepło. — A o czym to chciałaś porozmawiać. 
— O ta... O twoim mężu. 
Pobladła gwałtownie. Dłonie zaczęły jej drżeć. Odwróciła wzrok i zaczęła grzebać w mniejszej torebce. 
— Nie wiem, czy jest w ogóle o czym rozmawiać. Stephane... 
— Proszę. — Ucięłam stanowczo. — Nie jestem ślepa, naprawdę. Wiem, że nie powinnam się wtrącać, że jestem tylko opiekunką. Ale kurczę, nie potrafiłam nie zareagować. Nikt by nie potrafił! Musiałam coś zrobić! 
Mama wyglądała na zszokowaną. Dopiero to uświadomiło mi, że przecież nie ma pojęcia o czym w ogóle mówię. Opamiętałem się szybko. Wygładziłam płaszczyk i już na spokojnie kontynuowałem. 
— Proszę mi wierzyć, znam się na ludziach. Swoje w życiu przeszłam. Już pierwszego dnia dostrzegłam coś, czego pewnie nie dostrzegłam. Dwoje kochających się ludzi, których poróżniły głupie decyzje. 
Mama nie wiedziała co powiedzieć. Zamiast tego tylko westchnęła głęboko i machnęła z rezygnowaniem ręką. 
— Chodźmy lepiej — mruknęła, ruszając w kierunku metra. — Bez sensu tak stać na zimnie. 
Na początku szłyśmy w zupełnym milczeniu. Mama uparcie wpatrywała się w swoje buty, a ja układałam w głowie, co dokładnie powiem. Wcześniej w ogóle tego nie przemyślałam. Ot, założyłam, że wyrzucę z siebie wykład, jak to rodzice się kochają i że jakieś błachostki nie powinny ich poróżnić. Już nie mówiąc o tej strasznej krokodylicy. 
Ta, brawo Pretty. Medal za planowanie gwarantowany. 
— Naprawdę chcesz rozmawiać o Stephanie? — zapytała w końcu mama. Mówiła cicho, nie patrząc mi w twarz. Nadal była przeraźliwie blada i co chwila to zaciskała, to rozluźnialiśmy pięści. 
— Chyba nie mam wyboru — westchnęłam. — Ostatnie wydarzenia sprawiły, że zwątpiłam w ludzi. Nie mogę przejść obojętnie obok widocznych prób rozbicia wspaniałej rodziny. 
— Co masz na myśli? — Nareszcie podniosła głowę. Już nie wyglądała na przerażoną. Raczej wściekłą. Byłam przekonana, że za nim skończę swoją historię, będzie kląć na czym świat stoi. 
— Po wieczorze, gdy wybito okno w pokoju Timiego, postanowiłam trochę wypadać sytuacje — zaczęłam. — Słyszałam jak się kłócicie... Nie podsłuchiwałam, to był przypadek! — zaznaczyłam szybko. — I coś mi się nie zgadzało. To nie była kłótnia ludzi, którzy się nienawidzą albo chociaż są ze sobą z przyzwyczajenia. To była kłótnia ludzi, który nadal strasznie się kochają, ale na ich drodze pojawiły się problemy. I boją się, że z tymi problemami sobie nie poradzą. 
— Miło mi to słyszeć. — Mama uśmiechnęła się smutno. — Fajnie, że chociaż jedna osoba tak uważa. 
— Oh, nie tylko jedna! — zaprotestowałam. — W skrócie; zawarłam sojusz z Nicolasem. Co dwie głowy to nie jedna, prawda? Więc popytałam tu i tam, pośledziłam kogo trzeba i doszłam do jakże trafnego wniosku, że oprócz gróźb, największy problem stanowi nie jaka Amelia vel Krokodylica. 
— Krokodylica? — mama uniosła ze zdziwieniem brew.
— Autorami tego jakże trafnego przezwiska są chłopaki z Onico. Ale to teraz nie ważne. Ważne jest to, że razem z kumpelą, tą Trixie co pracuje ze mną, wybrałyśmy się na przeszpiegi do domu tej francy. 
— Zaraz, stop! — podniosła rękę, przerywając mi w pół słowa. — Serio, śledziłyście Amelię? Bawiłaś się w tajną agentkę? Dla mnie? 
— I tak nie mam nic innego do roboty. — Wzruszyłam ramionami. — W każdym razie odkryłyśmy, że Amelia ma ciekawe hobby. Podrywa zajętych facetów, owija ich sobie w okół palca, a potem porzuca, czerpiąc satysfakcję z kolejnego rozbitego związku.
Mama wyglądała tak, jakbym przywaliła jej patelnią w łeb. Mrugała w zwolnionym tempie, bezgłośnie ruszając ustami. Przez chwilę bałam się, że zaraz zemdleje. Na szczęście w końcu otrząsnęła się i zapytała: 
— Wybrała sobie na cel Stephana? 
— Dokładnie. 
Wiecie, nie pamiętam wściekłej mamy. Naprawdę. Przez siedemnaście lat mojego życia, mama była wręcz podręcznikowym przykładem oazy spokoju. Nic, ale to nic nie było wstanie wyprowadzić ją z równowagi. Gdy kiedyś zapytałam ją, jak to robi. Odpowiedziała tylko, że po tylu latach po prostu się przyzwyczaiła. Do ludzi, do ich głupoty, do tego, że oceniają jej wybory. Poświęciła się rodzinie, nie karierze, tracąc niezależność. I niektórym bardzo się to nie podobało. 
— Jak ją dorwę, to jej te doczepiane kłaki powyrywam! Popamięta mnie, idiotka! Żeby się do mojego Stephana dobierać! Co ona sobie myśli?! O nie, tak się bawić nie będziemy. Już ja jej pokażę, co to znaczy wściekła żona. Będzie mnie jeszcze błagać o litość! A jak już skończę, to z własnej woli do zakonu wstąpi! Żeby cudzego męża... Gdyby to była prawdziwa miłość, to jeszcze. Ale ta kurwa, za przeproszeniem... 
Z niedowierzeniem słuchałam, jak mama wyrzuca z siebie wiązankę przekleństw i gróźb. Amelia została określona ` epitetami, że połowy nawet nie znałam. A przecież miałam trzech braci. 
Dopiero po kilku minutach mama trochę się opanowała. Nadal wyglądała na wściekłą, ale przynajmniej nie złorzeczyła. 
— Dlaczego nie powiedziałaś mi wcześniej? — zapytała, oddychając ciężko. 
— Miałam nadzieje, że ta... twój mąż jest na tyle ogarnięty, że sam o tym wspomni - rozłożyłam bezradnie ręce. Cóż miałam poradzić, ze w tych czasach tata nadal nie nauczył się, że czasami trzeba powiedzieć prawdę. Nie zależnie od tego jak bardzo bolesna by była. 
Mama znów jakby zmarkotniała. Zwiesiła głowę i westchnęła głęboko.
— No właśnie, Stephane. Dlaczego mi nie powiedział? Przecież bym zrozumiała. Myślisz, że... - przełknęła głośno ślinę. — Że już go sobie "owinęła". 
— Nie, oczywiście, że nie! — zaprzeczyłam gwałtownie. — Po prostu ma taki charakter. Pewnie nie chciał cię martwić. 
— Głupek — pokręciła z pobłażaniem głową. — Właśnie przez takie zachowanie narobił sobie wrogów w kadrze. Jakby powiedział temu i owemu, co o nich myśli, to przynajmniej nie mogliby mu zarzucić nieszczerości. 
Tu musiałam się zgodzić. Timi wspominał, że tacie wiele lat zajęło nauczenie się wyczuwać, co powinien powiedzieć konkretnemu zawodnikowi. Bardzo pomogło w tej kwestii objęcie żeńskiej drużyny z Rzeszowa. Co jak co, ale z kobietami teoretycznie pracuje się trudniej. 
— Czasami naprawdę go nie rozumiem — mruknęła mam. — Jesteśmy małżeństwem od siedemnastu lat, a czasami nadal wpadają mu do głowy głupie pomysły. 
— Cóż, tak już ma — rozłożyłam bezradnie ręce. 
Powoli pokiwałam głową. Przygryzła wargę, myśląc nad czymś intensywnie. 
— I naprawdę uważasz, że nadal mamy szansę? — zapytała cicho. 
Zacisnęłam usta w wąską kreskę. Oficjalnie byłam ostatnią osobą, która powinna odpowiadać na takie pytania. Byłam przecież tylko przypadkową dziewczyną. 
— Tak naprawdę, to rozmawiałam z twoim mężem — przyznałam niechętnie. — Kilka dni temu… Stwierdził, że mamy świetną relację. I jeśli ktoś mam mu pomóc wszystko naprawić, to właśnie ja. 
Mama wyglądała na jeszcze bardziej zszokowaną niż wcześniej. Przez chwilę wpatrywała się we mnie szeroko otwartymi oczami, by w końcu… wybuchnąć głośnym śmiechem. 
— Chyba miał rację! — po przyjacielsku poklepała mnie w ramię. — Potrzebowaliśmy kogoś z zewnątrz, by obiektywnie spojrzał na całą sytuację. A ty to zrobiłaś. Nie mogę zaprzeczyć, dałaś mi nadzieję, że jednak będzie dobrze. 
Uśmiechnęłam się nieznacznie. Czyż nie taki był mój cel? 
— Choć przyznam, że zachowanie Stephana ostatnimi dniami nie napawało mnie optymizmem — westchnęła. — Po prostu… chciałabym żeby zaczął mówić mi prawdę. Bo mam wrażenie, że mi nie ufa. Że przestał mi się zwierzać. Że już mnie nie potrzebuje. Gdyby nie bliźniaki pewnie byłoby ze mną jeszcze gorzej. 
Kilka sekund zajęło mi zrozumienie, o czym mama mówi. Przypomniałam sobie czasy, gdy chodziłam do podstawówki. Mieliśmy z Walterem po jedenaście lat i tak naprawdę byliśmy już w miarę samodzielni. Pamiętałam, że przez dłuższy czas mama chodziła jakaś taka cicha, smutna. Dopiero teraz po wielu latach zrozumiałam, że po prostu czuła się bezużyteczna. Wszystkie dzieci odchowała, a po takiej przerwie nie miała już tak naprawdę szans na powrót na rynek pracy.  Pewnie to samo czuła przed naszymi narodzinami, gdy pod opieką miała tylko Timiego i Manoline. 
— On cię kocha — powiedziałam dobitnie. — Po prostu jego chorobliwa potrzeba chronienia innych ludzi sprawiła, że woli skłamać. Uważa, że tak będzie lepiej. Jeśli chodzi o groźby, to nie chciał cię martwić. A Amelia? Miał nadzieję, że dzięki niej będzie mógł nadal prowadzić Onico. Wie jak ważne dla dzieciaków jest, by zostać w Polsce. Zresztą kupiliście dom, Timi i Manoline mają tu przyjaciół, szkołę… Nie chciał rozbijać waszego ułożonego życia. Teraz jednak zależy mu przede wszystkim na odzyskaniu twojego zaufania. 
— Więc niech powie, co się dzieje — prychnęła mama. — Nadal nie wiem, kto mu grozi. Za każdym razem, gdy o to pytam, odwraca wzrok i zmienia temat. Do cholery, jest moim mężem! Powinien wiedzieć, że wiele zrozumiem. 
— W końcu się przyzna — obiecałam. 
— Skoro tak twierdzisz… — Mama już nic więcej nie powiedziała. Dalszą drogę pokonałyśmy w milczeniu. 
Westchnęłam cicho. Rozmowa nie przebiegła dokładnie tak, jak chciałam. Mama nadal miała mnóstwo wątpliwości. W ogóle mnie to nie dziwiło. Po wszystkich cyrkach Amelii miała do tego prawo. Cieszyłam się jednak, że zna już prawdziwe zamiary krokodylicy. Jeśli chociaż o tym porozmawiałby z tatą, to i tak posunęliby się do przodu. 
— Może wejdziesz do środka? Upiekłam rano rogaliki. Może te żarłoki jeszcze coś zostawiły. 
Dopiero teraz zauważyłam, że stoimy już przed domem rodziców. Było już późno, ale nie zamierzałam jeszcze kończyć rozmowy. Przecież było tyle rzeczy, które musiałam powiedzieć mamie! 
Dobra, tak naprawdę po prostu nie potrafiłam tak po prostu się pożegnać. Po trzech latach znów miałam okazję z nią rozmawiać. Może i musiałam postać pewne granice, ale ona nadal była moją mamą. Napawałam się każdą sekundą z nią spędzoną. 
— Z wielką chęcią. 
W domu panowała prawie zupełna cisza. Z piętra dochodził cichy tupot stóp starszaków, ale nigdzie  nie widziałam bliźniaków. 
— Wróciłam! — krzyknęła mama. 
Brak reakcji. Wymieniłyśmy zaskoczone spojrzenia. Zdjęłyśmy kurtki, a potem mama na palcach przeszła do sypialni. \
— No tak… 
Zajrzałam jej przez ramię i dosłownie się rozpłynęłam. Zobaczyłam bowiem jedną z najsłodszych rzeczy w życiu. 
Na dużym łóżku, z każdą kończyną w inną stronę, spał głęboko tata. Za to na jego piersi, przytulone do siebie, przysnęły maluchy. Tata obejmował je jedną ręką, a druga zwisała z materaca. 
Mama uśmiechnęła się pod nosem, wycofała się i cicho zamknęła drzwi. 
— Musiały nieźle dawać w kość, skoro przysnął razem z nimi — powiedziała, przechodząc do salonu. — Mogę czepiać się różnych rzcezy, ale ojcem jest świetnym. 
Wyszczerzyłam się szeroko. Zgadzałam się w stu procentach. Z trudem powstrzymywałam się, by nie powiedzieć, że jest świetnym ojcem teraz i za dwadzieścia lat również będzie. 
Mama wyciągnęła z lodówki półmisek rogalików, zrobiła herbatę i razem usiadłyśmy w salonie. 
— Wiesz, gdy dowiedziałam się, że jestem w ciąży z bliźniakami, trochę się przestraszyliśmy — przyznała. — Stephane skończył czterdzieści trzy lata w lutym, ja czterdzieści dwa w październiku. To trochę późno. Bałam się, że coś się stanie, że sobie nie poradzimy, że po prostu jestem za stara i wszyscy będą się śmiać. Najpierw z nas, a potem z dzieciaków. Rozumiesz, że niby ich rodzice wyglądają jak dziadkowie. 
Uniosłam ze zdziwieniem brew. Nigdy, ale to nigdy nie spotkałam się z takim komentarze. Owszem, bywały momenty gdy odczuwałam wiek rodziców — głównie w trakcie choroby mamy. Raz jedna nauczycielka nazwała tatę moim dziadkiem. Ale tak, to posiadanie starszych rodziców nigdy nie było problematyczne. 
— Ale teraz już się tak nie martwię — kontynuowała mama. — Może za rok, dwa, jak maluchy zrobią się mobilne to znów zacznę. Oczywiście nadal są ludzie, którzy uważają, że jesteśmy nieodpowiedzialni. Jednak to są moje dzieci. I ja będę musiała o nie zadbać. I tylko ja widzę jak się rozwijają, jak Timi, Manoline i Nicolas są przywiązani do rodzeństwa. 
Uśmiechnęłam się nieznacznie. Mogliśmy się kłócić. Mogliśmy teoretycznie „nie mieć wspólnych tematów” i być z różnych pokoleń. Ale kochałam moje rodzeństwo całym serce. I żadna różnica wieku nie mogła tego zmienić. 
Nagle coś na zewnątrz huknęło. Momentalnie poderwałyśmy się z foteli. Mama rozglądała się w okół z przerażeniem. Przez kark przebiegły mi zimne dreszcze. 
— Co to było? — zapytała cicho. 
Wzruszyłam ramionami. Wyjrzałam przez okno. Ogród już od dawna tonął w ciemności. Musiałam wytężyć wzrok, by dostrzec cokolwiek. 
Ale podświadomie wiedziałam, czego szukam. 
Nagle to zobaczyłam. Jakiś ruch. Ktoś przemknął przez trawnik. Był niczym ninja. Dostrzegłam tylko cień. 
— Ktoś jest w ogrodzie — szepnęłam. 
— Ktoś znajomy? 
Zawahałam się, ale pokręciłam głową. 
— Nie przemykałby jak włamywacz, tylko po prostu zapukałby do drzwi.
Przytaknęła nerwowo. Widziałam, że cała się spina.
— Co robimy? Dzwonimy na policję? — zapytałam. 
— Jak przyjadą, to będzie już po wszystkim — mruknęła mama. — Zresztą chciałabym w końcu poznać człowiek, który od tylu tygodni grozi mojej rodzinie. 
Uśmiechnęłam się chytrze. Już współczułam włamywaczowi. 
Działałyśmy wspólnie rozumiejąc się bez słów. Ja wzięłam wałek, mama patelnię. Ustawiła się tuż przy drzwiach. Ja osłaniałam wyjście z przedsionka. W napięciu czekałyśmy na niespodziewanego gościa. Determinacja na twarzy mamy była wręcz namacalna. Opuściłaby patelnię tylko, gdyby w salonie nagle pojawił się tata lub starsze dzieci. 
Ktoś cicho zapukał w drzwi, a zaraz potem nacisnął klamkę. Pchnął ostrożnie, wchodząc centymetr po centymetrze. Jeszcze milimetr, jeszcze sekundę i go zobaczymy… 
Wszystko działo się bardzo szybko. Nie zdążyłam zareagować. Ledwo drzwi otworzyły się na całą szerokość, a mama zamachnęła się patelnią. Huknęło głucho, a włamywacz jak długi runął na ziemię. 
— Mamy go! Mamy go… o cholera! 
Dopiero teraz to dostrzegła. Czarne, związane w kucyk włosy, idealnie wyprasowana garsonka i lakierowane kozaki. 
Na podłodze w przedpokoju rodziców leżał nie kto inny tylko Amelia—Krokodylica we własnej osobie. 
— O cholera… — Mama była blada jak ściana. — Zabiłam ją, zabiłam, co teraz, co teraz, nie żyje, prawda? Zabiłam ją, o nie, o nie…. 
Spanikowana, instynktownie wyrwałam mamie patelnię i wepchnęłam swój wałek. 
— Jak już ktoś ją zabił to ja — powiedziałam. — Mnie tam mogą zamknąć. Rodziny do opieki nie mam, a życie i tak jest nudne. Za kratkami przynajmniej będę miała święty spokój. 
Mama nie wyglądała na przekonaną. Ale przynajmniej nie powtarzała, że kogokolwiek zabiła. 
— Zresztą należało jej się. W razie czego ogród jest spory, mamy gdzie ukryć ciało. Może nikt nie będzie szukał… A nawet jeśli, to powiemy, że jestem psychopatyczną morderczynią, wpadłam tu z patelnią i c
— Au… — zwłoki na podłodze jęknęły cicho, a ja wyszczerzyłam się głupkowato. 
— O i jeden problem z głowy. Jednak martwa nie jest. Trocję szkoda. Zostawiam ją tak na kafelkach, czy jednak wykażemy odrobinę ludzkich uczuć dla tego gada? 
Mama mimowolnie parsknęła śmiechem. Przewróciła z irytacją oczami, ale kiwnęła głową w stronę salonu. We dwie dźwignęłyśmy Amelię i zaciągnęłyśmy na fotel. Powoli odzyskiwała przytomność, ale sądząc po zamglonym wzroku jeszcze chwilę miało jej to zająć. 
— I co teraz? — zapytała mama. — Przecież nie możemy jej tak zostawić! Może powinnyśmy zadzwonić po ratowników… Chociaż z drugiej strony nie wygląda tak źle. — Podeszła do Amelii i sprawdziła podstawowe parametry życiowe. Z wykształcenia była w końcu fizjoterapeutką, jakąś wiedzę medyczną miała. 
— Dobra, powinna sama dojść do siebie. Ale co jej powiemy? 
— Już mówiłam. To ja przywaliłam jej patelnią. Jestem w końcu nadpobudliwą nastolatką. Myślałyśmy, że to włamywacz. Ja waliłam na oślep, a ty wspaniałomyślnie udzieliłaś jej pomocy. 
— Serio, chcesz wziąć to na siebie? — Mama zamrugała z niedowierzaniem. 
— Oh, to drobnostka — machnęłam zlekceważeniem ręką. — Zresztą jeśli mam być szczera, to żałuję, że naprawdę jej nie przywaliłam. Myśli, że mogę jeszcze poprawić? Ten wałek wygląda na ciężki. 
Tym razem mam już nie hamowała śmiechu. Nie minęły trzy sekundy i obydwie chichrałyśmy jak głupie. To było porąbane. Na fotelu leżała otumaniona kobieta, a my dostałyśmy głupawki. 
— Stephane nigdy mi nie uwierzy, jak mu opowiem. 
— W co mam nie uwierzyć? 
Obydwie podskoczyłyśmy, słysząc rozbawiony głos taty. Stał w przejściu do salonu i nonszalancko opierał się o ścianę. Ręce skrzyżował na piersi, włosy miał w kompletnym nieładzie, a podejrzliwym wzrokiem patrzył to na nas, to na Amelię. 
— Czy możecie mi wyjaśnić, dlaczego nieprzytomna specjalistka od PR z mojego klubu leży na fotelu w naszym salonie, a wy dwie zachowujecie się, jakbyście coś brały. 
— Cóż, to długa historia. — Uśmiechnęłam się niewinnie i za nim mama zdążyła się odezwać, streściłam tacie przebieg ostatnich kilkunastu minut. W tym czasie mama przyniosła z kuchni lód, by niby troskliwie okładać nim głowę Amelii. 
Gdy skończyłam, tata był w lekkim szoku. Zaczęłam zastanawiać się, czy zaraz się zdenerwuje, czy też również wybuchnie śmiechem.
— Zawsze wiedziałem, że poślubiłem niebezpieczną kobietę — mruknął zamiast tego. 
Mama przewróciła kpiąco oczami. Nadal jednak na jej twarzy błąkał się uśmiech. Co chwilę kątem oka zerkała na tatę, a ja wiedziałam, że wspomina naszą wcześniejszą rozmowę. Musiałam jak najszybciej pozbyć się Amelii, by rodzice mogli spokojnie zająć się sobą. 
Kto wie, może przez przypadek dorobię sobie jeszcze młodsze rodzeństwo?
I dokładnie ten moment wybrała krokodylica, by wrócić do świata żywych.
— Co… o Stephane… — potoczyła zamglonym wzrokiem po pomieszczeniu. 
— Spokojnie, tylko bez gwałtownych ruchów. — Mama momentalnie znalazła się przy kobiecie. Pomogła jej usiąść, a potem podała szklankę wody. — Przepraszamy za ten atak. Penny jest odrobinę… przewrażliwiona. Myślałyśmy, że jest pani włamywaczem. Straciła pani na moment przytomność, ale już wszystko w porządku. — mówiła spokojnym, kojącym tonem, tym samym, którego używała, gdy któreś z dzieci było chore. Może naprawdę współczuła Amelii? A może po prostu była doskonałą aktorką? 
Krokodylica wydawała się w ogóle nie słuchać. Wodziła wzrokiem po zebranych salonie i niczym ryba, to otwierała, to zamykała usta. 
— Już w porządku — powiedziała w końcu, gdy mama po raz kolejny zaoferowała jej wodę. Ja tylko stałam z boku i pilnowałam, by zdradziecki, triumfalny uśmiech nie pojawił na mojej twarzy. — Naprawdę… naprawdę czuję się lepiej. Nie, nie jestem żadnym włamywaczem. Po prostu… pomyślałam, że może mógłbyś mi pomóc Stephane? 
W salonie zapadła cisza. Nagle powietrze zgęstniało, zrobiło się nieprzyzwoicie duszno. Mama zacisnęła zęby, a tata przezornie zrobił krok w tył. Czułam się bardzo nie na miejscu, ale jednocześnie ciekawość nie pozwalała mi wyjść. 
— A w czym to miałbym pomóc? — zapytał ostrożnie tata. 
— Mój dom ostatnio prześladuje pech! — wybuchnęła Amelia, przybierając najbardziej płaczliwą minę jaką kiedykolwiek widziałam. Poczułam nieodpartą ochotę, by znów przywalić jej patelnią. —  Najpierw zepsuła się hydraulika, a dzisiaj odkryłam szczury w piwnicy. I jeszcze dodatkowo wszystkie rynny poodpadały. Dach mi zaczął przeciekać. Specjaliści mówią, że naprawa zajmie kilka dni. Dom jest niezdatny do zamieszkania. Nie mam gdzie się podziać. 
Krew we mnie zawrzała, zacisnęłam wściekle pięści. Co ta kobieta sobie myślała?! Że tata pozwoli jej zostać?! Że zaoferuje nocleg?! Jeszcze czego! Miała tupet. Wiedziałam z czym się zmagała. Jej dom nadawał się do zamieszkania. Wiedźma szukała po prostu okazji by poprzystawiać się do taty! I to jeszcze na oczach mamy! Po moim trupie! 
Nagle jednak w mojej głowie pojawił się pomysł. Równie genialny, co szalony. Stara Pretty, Pierrette Antiga sprzed podróży w czasie, nigdy by na to nie wpadła. Ale Pénélopa Bernard owszem. Pénélopa Bernard miała mnóstwo szalonych pomysłów i podjęła już milion głupich decyzji. Ta miła być tylko kolejną. 
Dobra, czas wziąć sprawy w swoje ręce. 
— Oh, oczywiście! — klasnęłam wesoło, przejmując pałeczkę. — Ro… Państwo Antiga na pewno zgodzą się by została pani na jedną, dwie noce. W pokoju gościnnym jest przecież jeszcze jedno łóżka, a mnie współlokatorka nie przeszkadza. Bo wie pani, ja tu czasami pomieszkuję. Przy tylu dzieciach każda pomoc się przyda. — Uśmiechnęłam się słodko. 
Nie mam pojęcia kto był bardziej zdziwiony — Amelia czy rodzice. Uparcie uśmiechałam się dalej, zupełnie nie zważając na ich zszokowany wzrok. 
Gdy napotkałam spojrzenie mamy, nieznacznie kiwnęłam głową. Potem to samo powtórzyłam z tatą. Wystarczyło. Obydwoje zrozumieli, że mam plan. Plan, dzięki któremu mogliśmy raz na zawsze pozbyć się problemu. 
Pierwsza otrząsnęła się mama. Podeszła do taty, cmoknęła go w policzek, a potem obdarzyła Amelię swoim popisowym uśmiechem. 
— W takim razie wyjmę dodatkowe ręczniki. Penny, skarbie, mogłabyś sprawdzić, co u maluchów?  — poprosiła jeszcze, a potem zniknęła na piętrze. 
— W takim razie pokarzę pani pokój — zaoferowałam. 
Nie mogła odmówić. Nadal zdezorientowana podążyła za mną. 
Oczywiście wiedziałam, że to bardzo naciągane. Że nie mam rzeczy w szafie, że drugie łóżko wygląda na nieużywane i że niczego nie uzgadniałam z rodzicami. Ale właśnie zyskali szansę, by pokazać Amelii jak kochającym małżeństwem są. Rozumiała to mama, rozumiał tata. Wiedziałam, że sobie poradzą. Ja miałam być tylko zaworem bezpieczeństwa.
Zostawiłam Amelię w nowym pokoju, a potem zeszłam na parter. Tatę znalazłam w sypialni. Pochylał się nad łóżeczkami bliźniaków i uśmiechał się pod nosem. 
— Jesteś genialna — szepnął, gdy stanęłam obok. 
— Wiem. 
Przedstawienie czas zacząć. 

CERN, 10 marca 2039

Jeśli mam być szczery, to nigdy nie interesowałem się tym, co robi Isaac. Tan naprawdę, to w ogóle się nim nie interesowałem. Był jedynym dzieckiem ciotuni Danielle, siostry taty, która zmarła jeszcze za nim się urodziłem. Wychowywany przez ojca i macochę stanowił dość odległą część rodziny. Na imprezach zawsze cichy, z nosem w książce albo laptopie. Starszy o dobre dziewięć lat nie był dobrym kompanem do zabawy. 
Ale teraz potrzebowałem jego pomocy. Znałem już magiczną, nadprzyrodzoną stronę historii skrzatów. Teraz chciałem poznać jej naukowe aspekty. A kto miałby wiedzieć więcej jak nie człowiek, który pół życia poświęcił fizyce kwantowej? 
Na francusko-szwajcarskiej granicy było cieplej niż w Paryżu. Słońce odbijało się od sześciennych, idealnie gładkich budynków. Po starannie przystrzyżonych trawnikach biegały ptaki i wiewiórki, a w okół leniwie przechadzali się ludzie. Niektórzy narzucili na siebie białe kitle, inni zostali w dzierganych, kolorowych swetrach albo koszulkach zespołów metalowych. Zauważyłem również faceta w szacie czarodzieja. 
Schowałem kurtkę do plecaka i raźnym krokiem podszedłem do głównej bramy. Strażnik zmierzył mnie podejrzliwym spojrzeniem, ale ja nadal uśmiechałem się szeroko. Po rozmowie z Julcią nic nie mogło zniszczyć mojego humoru. 
— Cel wizyty? — burknął strażnik. Jego kolega właśnie przepuszczał wycieczkę podnieconych licealistów. 
— Chciałem odwiedzić kuzyna. Isaac Antiga-Samica. Dzwoniłem do niego wczoraj. Miał mi załatwić wejściówkę.
Pokazałem dowód osobisty, a potem na wszelki przyłożyłem palec do skanera DNA. Strażnik kiwnął głową, podał mi małą plakietkę, by w końcu stracić wszelkie zainteresowanie moją osobą. 
Powoli wszedłem na teren głównego ośrodka. Dochodziła trzynasta. Zaproponowałem Isaacowi, że spotkamy się w stołówce, ale tylko burknął, że nie jada w pracy. Przez chwilę zastanawiałem się, gdzie mam iść. Brakowało hologramów ze znakami, czy nawet zwykłej mapy. 
— W czym mogę ci pomóc? 
Wzdrygnąłem się nieznacznie, słysząc kojący kobiecy głos. Rozglądnąłem się, ale w okół nikogo nie było. 
— Spójrz w dół, Walterze. 
Posłusznie zerknąłem na swoją pierś. 
To była plakietka. Zwykła, plastikowa plakietka. To ona do mnie przemawiała, lśniąc delikatnie. 
— Jestem inteligentnym przewodnikiem komputerowym. W czym mogę ci pomóc Walterze Antiga? — powtórzyła, a ja wyobraziłem sobie, jak uśmiecha się przy tym miło. 
Ze zdumieniem pokręciłem głową. Jajogłowi mają naprawdę szalone pomysły. 
— Zaprowadź mnie do pawilonu 32B — poprosiłem cicho. Po historii ze skrzatami byłem przygotowany, że mogę widzieć rzeczy, których inni nie widzą. A wolałem nie robić z siebie wariata. 
Plakietka znów zaświeciła. Sekundę później przede mną pojawiła się mapa całego CERNu. Moje położenie zaznaczono czerwoną kropką. 
— Proszę iść przed siebie, a potem skręcić w prawo za modelem Układu Słonecznego. 
Posłusznie wykonałem polecenie. Ośrodek był ogromny, ale dzięki wskazówkom plakietki już po dziesięciu minutach stałem pod właściwym budynkiem. Długim na dobre trzysta metrów, niskim i w całości pokrytym czarnym szkłem. Miał trzy wejścia — dwa na krańcach i jedno w środku. Nikt do niego nie wchodził, nikt nie wychodził. Jakby stał pusty. 
— To na pewno tutaj? — z powątpiewaniem zapytałem plakietki. 
— Tak, to pawilon 32B. Pawilon Teorii Teleportacji. 
Przytaknąłem nieznacznie. Zapisałem w głowie, by przy najbliższej okazji wybadać, dlaczego ludzie boją się teleportacji. 
Powoli wszedłem do środka. Gdy przechodziłem przez próg rozległo się ciche pyknięcie. Dopiero po chwili załapałem, że system skanował moją plakietkę, by zbadać kim jestem. 
Tu również brakowało recepcjonistki, ale za to były znaki. Zwykle, drewniane tabliczki, które wydawały się pochodzić z poprzedniej epoki. Po prostu przytwierdzono je do ściany. 
— Sala ćwiczeń, pokój wypoczynku umysłu, gabinet snów, komnata smaków wszelakich, sala flamingów — czytałem pod nosem. 
Pod salą flamingów ktoś doczepił kartkę z narysowanym krwiożerczym flamingiem o ostrych zębach i wyłupiastych oczach. 
— O, pracownie teoretyczne! To chyba to! 
Dumny z własnej przebiegłości ruszyłem długim korytarzem. Tabliczki kazały mi wejść na piętro, gdzie okazało się, że budynek wcale nie jest taki prosty jakby wydawał się z zewnątrz. Labirynt zakrętów i schodków prowadził pomiędzy zwykłymi, drewnianymi drzwiami. Podłogę wyłożono miękką wykładziną. Czułem się trochę jakbym cofnął się w czasie o pół wieku. Jeśli zaraz napotkam wielkiego, grubego faceta z wąsem i w spodniach na szelkach i jeśli ten facet zacznie mi machać przed oczami metalową odznaką, to chyba się poddam. 
Ale nic takiego się nie stało. Mijałem kolejne pokoje, aż w końcu dotarłem do numeru czternaście. Na małej tabliczce, srebrnymi literami napisano I. Antiga. 
Przez ułamek sekundy zastanawiałem się, dlaczego Isaac używa tu tylko jednego nazwiska. Szybko jednak porzuciłem te rozważania. Miałem coś zdecydowanie ważniejszego na głowie. 
Zapukałem. Gdy ze środka dobiegło burkliwe „proszę”, ostrożnie pchnąłem drzwi. 
Pokój nie był duży, mógł mieć jakieś cztery na cztery metry, ale oświetlany przez olbrzymie okna, tylko z zewnątrz wyglądały na ciemne, wydawał się zdecydowanie większy. Na samym środku stał przeszklonych blat, prawie w całości pokryty papierami. Pod ścianami, na stołach stało kilka włączonych komputerów, a pod sufitem podwieszono ekran, który wyświetlał obraz monitoringu. Pod oknem postawiono przeźroczystą tablicę, w tym momencie wypełnioną skomplikowanymi wzorami. 
— George, mówiłem już, że nie mam czasu na obiad — warknął Isaac, nawet na moment nie przestając pisać na tablicy. — Jeśli chcesz możemy wyskoczyć potem wyskoczyć do Denisa i Florego. Albo zamów coś na wynos. I błagam, na miłość boską, nie wpuszczaj tu tego zasranego futrzaka! 
Oparłem się o ścianę i ze śmiechem przyglądałem się pracującemu kuzynowi. Był dokładnie taki, jakiego go zapamiętałem. Trochę niższy i szczuplejszy ode mnie. Płowe włosy miał zdecydowanie dłuższe niż tata, wujek Charlie, czy nawet Manoline. Sięgały prawie do pasa, a związywał je nie gumką, a piękną srebrną spinką. Nosił druciane, okrągłe okulary i nadal wyglądał tak, jakby cały czas się gdzieś spieszył. 
— Nie wiem, kim jest George, ale jak go spotkam, to przekażę twoje upodobania kulinarne. 
Isaac wzdrygnął się nieznacznie, a potem powoli obrócił. Zmierzył mnie uważnym spojrzeniem. 
— Witaj, Walterze. Miło, że w końcu zaszczyciłeś mnie swoją obecnością. — Uśmiechnął się kpiąco. 
— Przecież mówiłem, że przyjadę — przypomniałem. — Mam do ciebie pewną sprawę, pamiętasz? Drobny… problem. Obiecałeś, że go rozwiążesz. 
Kiwnął głową. Starannie zamknął pisak, uporządkował papiery na blacie, by na nim usiąść. 
— W takim razie mów. Mam jeszcze dzisiaj mnóstwo roboty. Nie chcę tracić czasu na udzielanie korepetycji z fizyki. 
Przewróciłem z irytacją oczami, ale nic nie powiedziałem. Nie mogłem zarzucić Isaacowi, że uważa się za geniusza. W końcu sam miałem dość wysokie poczucie własnej wartości. 
— Chciałbym dowiedzieć się, co wiesz o podróżach w czasie — powiedziałem otwarcie. 
— O podróżach w czasie? — prychnął kpiąco. — Naprawdę? Z takimi bajeczkami idź do Timiego. To on jest specjalistą od komiksów i pseudo bohaterów. 
Zacisnąłem usta w wąską kreskę. Jeden, dwa, trzy, cztery… Spokojnie, Walt. Jesteś kwiatem lotosu na tafli jeziora. Poradzisz sobie. 
— Pytam całkiem poważnie. Chcę wiedzieć, jak patrzy na to nauka. Jak działa zmienianie przeszłości i czy… — przełknąłem głośno ślinę. — I czy to jest w ogóle możliwe. 
Twarz Isaaca zmieniła się diametralnie. Już nie patrzył na mnie kpiąco. W jego oczach, postawie dostrzegłem prawdziwe współczucie, żal. 
— Przykro mi, ale nie możesz w ten sposób ocalić mamy, Walt — westchnął. — Podróże w czasie są nierealne. A nawet jeśli byłby możliwe, to nadal stwarzałby niebezpieczeństwo. 
Zamrugałem zdezorientowany. Nie bardzo rozumiałem skąd w ogóle pomysł, że chciałbym wskrzesić mamę. Przecież nawet nie zająknąłem się na ten temat. 
Ale wystarczył rzut oka zdjęcia w rogu pokoju, bym zrozumiał. Jedno przedstawiało kobietę. Z krótkimi ciemnymi oczami, w białym kitlu i takim samym uśmiechem jak u Isaaca. 
On też stracił matkę. I to gdy był zupełnie małym dzieckiem. Miał tylko osiem lat. Gdyby mógł cofnąć się w czasie, to przede wszystkim chciałby ją ocalić. 
— Nie, nie o to mi chodziło. Nie chcę cofać się w czasie, by ratować mamę. Wiem, że to nie możliwe. Zresztą, pewnie i tak byłaby to podróż na nic. Przecież wiesz, że moja mama chorowała na raka. Bardzo złośliwego. Nawet wcześniejsze wykrycie mogłoby nic nie dać. 
Isaac rozluźnił się. Zaczął nawet leniwie machać nogami. 
— W takim racie, co chcesz wiedzieć? 
— Czy słyszałeś kiedyś o skrzatach opiekunach? 
Zmarszczył ze zdziwieniem brwi. Przypominał trochę pracujący na zwiększonych obrotach komputer. 
— Nie, nigdy. To jakaś sekta? 
Mimowolnie parsknąłem śmiechem. Szybko jednak się opanowałem. W skrócie opowiedziałem kuzynowi, co odkryłem w bibliotece i oczym powiedział mi wuj Charlie. Zgrabnie pominąłem wątek Pierrette w tym wszystkim. Wolałem, by na razie nikt nie wiedział, że nie jest po prostu chora. 
Isaac długo analizował, to co powiedziałem. Zszedł ze stołu i zaczął przechadzać się po pomieszczeniu. Już nie zwracał uwagi na swoje notatki. Bezgłośnie ruszał ustami, jakby mówiąc do siebie. Co trochę mnie zdziwiło. Bałem się, że gdy tylko usłyszy całą historię wyśmieje mnie. Był w końcu poważnym naukowcem. 
— Cóż, nie ukrywam, że nie wierzę w żadne siły nadprzyrodzone — przyznał w końcu. — Tak więc, ciężko mi brać na poważnie istnienie skrzatów, które mogłyby zmieniać ludzkie losy. Według mnie to tylko kolejna bajeczka, według której ludzie próbują wytłumaczyć sobie cel życia, bolesne wydarzenia. Ale sam aspekt podróży w czasie jest niewątpliwie ciekawy. 
Przysłuchiwałem mu się z uwagą, w głowie notując kolejne pytania. Zdałem sobie sprawę, że w historii o skrzatach są luki, dość poważne luki, ale które można załatać, jeśli zdobędę odpowiednie informacje.
Zostawiłem to jednak na później. Na razie musiałem dowiedzieć się czegoś innego. 
— Więc na nich się skupmy — poprosiłem. — Jak to się dzieje, że skrzaty mogą popełnić błąd w przeszłości, który w tym samym czasie zmienia przyszłość. Czy to nie powinno… no nie wiem… następować po kolei?  
— Niekoniecznie. — W oczach Isaaca pojawił się tajemniczy błysk. — To zależy, jak spojrzymy na czas. Jeśli wyobrazimy go sobie jako rozwijającą się taśmę, to owszem cała teoria upada. Ale jeśli na przykład jako kocioł, pełen wydarzeń z różnych momentów historii, które tak naprawdę dzieją się jednocześnie i w kółko. Jeśli więc zmienimy jedno, to zmieniają się wszystkie po nim. 
Westchnąłem głęboko, pocierając skroń. Próbowałem zrozumieć, co ma na myśli, ale tylko rozbolała mnie głowa. 
Ale Isaac nie zamierzał przestawać. 
— Najlepsze jest to, że my również jesteśmy częścią tego kotła. Więc nie zauważamy zmian jakie zachodzą. Po prostu dla nas to nie są zmiany. Zyskujemy nowe wspomnienia, nowe wydarzenia, które naprawdę się wydarzyły. Po prostu zastąpiły stare. 
To była strasznie pokręcone. Totalnie porąbane. I nadal nie wyjaśniało czegoś, co zaprzeczało całej teorii.
Przymknąłem oczy. Musiałem się skupić. Isaac był jedyną bliską mi osobą, która posiadała odpowiednią wiedzę. 
— Załóżmy, że cała ta historia ze skrzatami jest jednak prawdziwa — zacząłem ostrożnie. — I że na przykład, tak czysto hipotetycznie, to Pretty została wybrana, by cofnąć się w czasie i uratować naszą rodzinę. Jednocześnie przyszłość się zmienia, ale nikt tego nie zauważa. Nikt oprócz mnie. Dlaczego? 
Isaac uniósł brew. Nawet na moment nie oderwał ode mnie wzroku. 
Pewnie już uznał, że ma do czynienia z wariatem — pomyślałem gorzko. 
— To raczej mało prawdopodobna sytuacja — stwierdził w końcu. — Ale gdybym miał zgadywać, to chodzi o to, że jesteście bliźniakami. Co prawda dwujajowymi, ale jednak. Wasze życia są ze sobą powiązane już od momentu urodzenia. A nawet wcześniej. Przez pierwsze kilkanaście lat byliście nierozłączni. Nie dosłownie, ale podświadomie. Choć wasi rodzice starali się byście czuli się indywidualnościami, to jednak w najważniejszych momentach, gdzie był Walter tam i Pierrette. Decyzję jednego miały znaczący wpływ na drugie. Rozumiecie się jak nikt inny. Możecie się zakochać, założyć własne rodziny, ale i tak najważniejszy będzie bliźniak. Przynajmniej w waszym przypadku. 
Ze zdumieniem zauważyłem, że to ma sens. Że Isaac ma stuprocentową rację. Pretty była. Po prostu była. Od zawsze. Byliśmy razem, wspieraliśmy się i dokuczaliśmy. Było mnóstwo decyzji, które podejmowaliśmy wspólnie, mieliśmy tyle wspólnych wspomnień. Mogłem kochać Julcię ponad wszystko. Ba, kochałem Julcię ponad wszystko! 
Ale to Pierrette była najważniejszą osobą w moim życiu. Bo w jakiś pokręcony sposób była częścią mnie. 
To było zdecydowanie za wiele. Znów zaczęło mi się kręcić w głowie. Oparłem się o ścianę, oddychając ciężko. Zamknąłem oczy, bo miganie komputerów tylko pogarszało sprawę. 
— I naprawdę zauważałbym wszystkie zmiany? — dopytałem słabo. — Nawet… nawet bardzo, bardzo znaczące? 
— Pewnie tak. — Isaac wzruszył ramionami. — Ale wiesz, ciężko to przewidzieć. Możliwe, że są jakieś aspekty życia, które nie są w ogóle związane z twoją siostrą. Widziałbyś bowiem tylko te zmiany, które miały coś z nią wspólnego. Jeśli cofnęłaby się w czasie, to sama znałaby tylko pierwszą wersję historii. Dlatego ty też byś ją znał. 
Pokiwałem głową. Mózg mi się przegrzewał. Wszystkie te informację, choć bardzo ich pragnąłem, tylko pogmatwały całą sytuację. Z jednej strony potwierdzałyby wersję ze skrzatami. Jednocześnie jednak zaprzeczały wszelkiej logice. 
— No dobrze — odetchnąłem w końcu. — Zostawmy na razie kwestię skrzatów. Czyli uważasz, że nie ma żadnego sposoby, by cofnąć się w przeszłość? 
— Przynajmniej na razie — przytaknął Isaac. — Oczywiście jest milion teorii na ten temat. Nawet tutaj, w CERN-ie, mamy niewielki wydział, który zajmuje się tego typu fizyką. Problem w tym, że zajmują się nią czysto teoretycznie. Gdyby podróże w czasie istniały, stanowiłyby olbrzymi problem moralny, etyczny. Owszem, mógłbym cofnąć się w czasie i zapobiec obydwóm Wojnom Światowym. To byłoby piękne, prawda? Ocalić tylu ludzi. Ale jednocześnie mógłby skrzywdzić jeszcze więcej osób. Porozbijałbym rodziny, poznikał, niektórzy nigdy by się nie urodzili. Już nie mówiąc o tym, że mógłbym wywołać kolejną wojnę. Do tego pozostaje słynny paradoks dziadka. 
— Co dziadunio Edi ma z tym wspólnego? — rzuciłem głupio. 
Isaac spojrzał na mnie tak, jakbym był tylko muchą, którą trzeba rozdeptać. 
— Chodzi o paradoks dziadka. Jeśli cofnąłbym się w czasie i zabił naszego dziadka, to nigdy bym się nie urodził. Więc nie mógłbym cofnąć się czasie. A skoro nie cofnąłem się w czasie, to nie zabiłem dziadka. Sytuacja bez wyjścia, rozumiesz? 
Przytaknąłem szybko. 
— Ale jeśli ktoś już cofnął się w czasie, to po prostu znikał z własnej rzeczywistości? — zapytałem. 
Tu Isaac musiał się dłużej zastanowić. Odwrócił tablice na drugą stronę i zaczął szybko pisać. Nie rozpoznałem ani jednego wzoru, a jedynie w dwóch miejscach pojawiły się cyfry.
— I tak i nie — powiedział w końcu. — Jeśli odpowiednio się postara, może wrócić dokładnie w ten sam moment, z którego zniknęła. Albo w ogóle nie wrócić. Znika, zostaje w przeszłości i potem zastępuje swoją przyszłą wersję. Ale musi się wtedy upewnić się, że młodsze ja też cofnie się w czasie. To ma sens szczególnie wtedy, gdy uznamy, że dana podróż w czasie po prostu miała się wydarzyć. Że od początku była częścią historii. 
Nerwowo przeczesałem palcami włosy. Ta część teorii nie pasowała do Pierrette. Ona nadal tu była, przynajmniej ciałem. Nie zniknęła nagle. Tego akurat byłem pewien. 
— A można cofnąć w przeszłość samą świadomość? 
— Że niby duszę? 
— Coś w tym stylu. 
Isaac w zamyśleniu podrapał się po brodzie. 
— Musiałbyś mieć naczynie, w które tą świadomość wtłoczysz — zauważył. 
Z cichym świstem wypuściłem powietrze. Oczywiście, że miał racje. Przecież świadomość nie może sobie ot tak po prostu latać w przeszłości. Potrzebuje ciała. 
Na razie nic nie wskazywało na to, by Pierrette to ciało miała. 
Potrzebowałem więcej informacji. Musiałem dokładnie wybadać sytuacje. Sprawdzić historię, samemu cofnąć się w przeszłość. Może gdzieś znajdę chociaż małą wskazówkę? 
Pozostała jeszcze jedna kwestia. 
— Czy może istnieć jakiś sposób, by sprowadzić osobę cofniętą z powrotem? — zapytałem cicho. 
Tego właśnie chciałem najbardziej. Pretty musiała wrócić. Poradzę sobie jakoś z rozwodem rodziców, czy z Zanem. Do wielu rzeczy mogłem się przyzwyczaić. 
Ale nie do braku siostry. 
— To akurat jest prostsze. — Isaac uśmiechnął się nieznacznie. — Wystarczy, że osoba, która się cofnęła dożyje dnia, w którym wykonała skok. W ten sposób wróci do domu. 
— A jeśli nie chciałbym czekać? Jeśli chcę tą osobę już i teraz? Jeśli chcę ją wyciągnąć z przeszłości? 
— To najpierw musisz odkryć jak w ogóle podróżować w czasie. Już ustaliśmy, że to niemożliwe. 
Zacisnąłem zęby. Nie chciałem dać po sobie poznać, jak bardzo zawiedziony jestem. Naprawdę liczyłem, że Isaac znajdzie jakiś sposób, by ściągnąć Pierrette z powrotem. Że chociaż da jakąś nadzieję. Problem tkwił w tym, że dla niego cała ta sytuacja była komiczna i nie zamierzał tego ukrywać. 
— Dziękuję, że poświęciłeś czas, by odpowiedzieć na te kilka pytań. — Uśmiechnąłem się do Isaaca z wdzięcznością. — Naprawdę nie wiesz, ile to dla mnie znaczy. Niestety teraz muszę już iść. Niedługo ucieknie mi pociąg powrotny. 
Przytaknął grzecznie, ale już się nie odezwał. Odwrócił się na pięcie, a potem wrócił do przerwanych obliczeń. 
Powoli szedłem korytarzami z powrotem. Próbowałem poukładać to, czego się dowiedziałem. Mój mózg szalach, tocząc bitwę między rozumem i racjonalnym podejściem do sytuacji, a przeczuciem, które podpowiadało, że to wszystko prawda. 
Wyszedłem z budynku, już zupełnie nie zwracając uwagi na otoczenie. Wpatrzony w swoje buty, zastanawiałem się, co mogę teraz zrobić. Tak bardzo chciałem powrotu Pierrette, że nie potrafiłem się pogodzić z tym, że to może być niemożliwe. 
Jeśli naprawdę cofnęła w czasie, to mogłem spróbować chociaż wybadać do jakich czasów się cofnęła. Może zdawała sobie sprawę z tego, co się dzieje i zostawiła mi wiadomość? Może wie jak sobie pomóc? 
Z irytacją kopnąłem przypadkowy kamień. Dlaczego to musi być takie strasznie dziwne? Dlaczego moje życie znów nie mogłoby być nudne i zwyczajne? Dlaczego to moją rodzinę wszechświat wybrał, by testować teorie czasu? 
Byłem zmęczony. Wycieńczony. Podróżą, rozmową z Isaacem, a wcześniej stryjem. Byłem zmęczony tajemnicami, sekretami, kłamstwami. Byłem zmęczony zmieniającą się historią. Jedynie pocieszająca myśl, że niedługo wrócę do Paryża, że spotkam Julcię, powstrzymywała mnie przed położeniem się na trawie i po prostu zaśnięciem. 
Przymknąłem oczy i wyobraziłem sobie Julcię. Wyobraziłem sobie, że stoi obok mnie, że delikatnie obejmuje mnie w pasie i opera głowę na moich plecach. Że uśmiecha się nieznacznie, że mówi, jak bardzo tęskniła. Jak obiecuje, że to koniec i teraz będziemy mogli już wieczność spędzić we dwoje. Po tym, co się stało już się nie bałem. Nie bałem się dziennikarzy, plotek, a przede wszystkim jej ojca. Wiedziałem, że to pikuś, przy podróżach w czasie. 
Z tego wszystkiego nawet nie zauważyłem, że ktoś mnie śledzi. Nie dostrzegłem, skrywającego się w cieniu mężczyzny. Nie wyczułem zagrożenia. Zresztą, po co miałbym to robić? Na co dzień śledzili mnie tylko nadgorliwi dziennikarze, ale z nimi potrafiłem sobie poradzić. 
Nie zachowałem czujności. I to był błąd. 
Wszystko działo się bardzo szybko. Ktoś wyskoczył z krzaków. Powalił mnie na ziemię, założył worek na głowie. Próbowałem się opierać, ale człowiek był zbyt silny. Związał mi nadgarstki i kostki. Potem pojawił się drugi. Razem wrzucili mnie do jakiegoś pojazdu. Usłyszałem tylko huk zamykanych drzwi. 
Nie mam pojęcia jak długo jechałem. Równie dobrze mogło to być kilkanaście minut jak i kilka godzin. Czas dłużył mi się niemiłosiernie, popadłem w letarg. Nogi i ręce mi zdrętwiały, głowa dosłownie pulsowała bulem. Przez materiał worka oddychało się wyjątkowo ciężko. Na ostrzejszych zakrętach obijałem się o ściany furgonetki.  
W końcu jednak dojechaliśmy na miejsce. Porywacze wywlekli mnie na ziemię, rozwiązali sznury, a potem zdjęli worek. 
Ze zdumieniem stwierdziłem, że jestem na moście, a dokładniej przy brzegu jednej z kładek technicznych. W okół szalał wiatr, niebo było zachmurzone. Dudniło mi w uszach. Musiałem chwycić się poręczy, bo zdrętwiałe kolana odmówiły posłuszeństwa. Próbowałem zmusić mózg do myślenia. Chciałem wiedzieć, gdzie jestem. Nie wiedziałem jaki to most, w jakim mieście, ale był wielki. Kilkanaście metrów niżej samochody pędziły po kilkupasmowej drodze. 
Wtedy dostrzegłem, że oprócz porywaczy na moście ktoś jeszcze jest. O barierki opierał się zgarbiony mężczyzna. Gdy odwrócił głowę, błysnął złoty ząb. 
Od razu go rozpoznałem. Przez moje ciało przeszedł dreszcz. 
— Witaj, Walterze. 
To był Ferasco. 


Z wielką przyjemnością przedstawiam rozdział osiemnasty. Przyznam, że pomysł na jedno z wydarzeń w tym rozdziale poddał mi pewien komentarz kilka rozdziałów temu... ;) 
Wydarzenia powoli zaczynają się klarować. Myślę, że do końca zostało jeszcze jakieś sześć, siedem rozdziałów, raczej nie więcej. Ale spokojnie, w mojej głowie już pojawiają się pomysły na kolejne historie. 
Z niecierpliwością czekam na Wasze komentarze i za wszystkie z góry dziękuję. 
Pozdrawiam
Violin

14 komentarzy:

  1. Przepraszam za opóźnienie, rozdzial ten i poprzedni przeczytam dzis wieczorem lub najpóźniej jutro :/
    OBIECUJE!^^

    OdpowiedzUsuń
  2. Miałam być od razu wczoraj, bo przeczytałam niemal od razu, jednak internet przez weekend zastrajkował :c Hahahah czy Amelia jest na tyle niemądra? Przebija chyba wszystkich "geniuszy". Może jeszcze myślała, że pani Antiga odda swoją część łóżka małżeńskiego i zaśnie wtulona w Stephana. Szkoda, że te szczury nie przegoniły jej z miasta :c No cóż najważniejsze, że była tam Pierrette, bo spotkanie powitalne nie byłoby takie śmieszne :D W końcu jaka matka, taka córka i idealnie opisujesz relację dwóch kobiet <333 Czekam na to przedstawienie, bo to tak jakby dostać bilecik za darmo na spektakl u Żebrowskiego :3 Isaac już nie jest tym malutkim chłopcem, który bawił się z przyrodnią siostrą i wiele przeszedł, ale marzenie z dzieciństwa o pracy chyba się spełniło, a raczej nie chyba, tylko na pewno c: Pewnie pomyślał, że kuzyn zwariował. Takie pytania nie zdarzają się codziennie, jednak nieco pomógł, rozwiał wątpliwości, a tu nagle buum. Było pięknie i nagle kolejna afera. Z jednej strony martwię się, lecz z drugiej strony nie mogę narzekać na nudę, czyli tzw. flaki z olejem. Weny i pozdrawiam c:

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cóż, Amelia sama jest przebiegłą szczurzycą, więc sporo wytrzymuje. Ale spokojnie, państwo Antiga też potrafią być chytrzy.
      Bardzo dziękuję za komentarz!
      Pozdrawiam
      Violin

      Usuń
  3. "Świat potrafi być porąbany. A życie jeszcze bardziej." - święte słowa ^^
    Pretty i Stephanie ramię w ramię przeciwko światu. Niesamowicie mi się to podobało :) Najpierw porozmawiały ze sobą jak bliskie przyjaciółki (bądź po prostu jak matka z córką, które mają ze sobą świetny kontakt) a potem przystąpiły do działania. Dziewczyna dokonała dobrego wyboru postanawiając opowiedzieć matce o wszystkim. Dzięki temu mogliśmy zobaczyć twarz zdeterminowanej kobiety, która nie ma zamiaru oddawać bez walki swojego ukochanego męża. Ta rozmowa dodała jej wiele sił i nadziei na odbudowanie tego, co w ostatnim czasie lekko się przyniszczyło. Choć teraz państwo Antiga powinni szczerze ze sobą porozmawiać, a sam Stephan wiele żonie wyjaśnić. Pretty wszystkiego za niego nie załatwi, nie ma tak łatwo :) Ale zaraz ... czy to Krokodylica odpowiada za "spacerku" po ogrodzie rodziny Antiga? Jeśli tak, to Pretty powinna jej poprawić tym wałkiem! Ale ta scena była niesamowicie zabawna - jak i w sumie niebezpieczna ^^ oczami mojej wyobraźni zobaczyłam "uzbrojoną" matkę z córką, czyhające na złodzieja. Ale przez chwile żadna z nich nie pomyślała, że złodziej od tak do domu nie wchodzi gdy, wiedząc iż domownicy są w środku. Ale adrenalina zrobiła swoje, a Stephanie mogła przynajmniej odpłacić się Krokodylicy za wszystkie łzy, które ukradkiem wylała. Także Amelii wcale mi szkoda nie jest ^^ a to co wymyśliła na koniec rozwaliło mnie totalnie. Biedna, pomocy szuka! Ciekawe co ta Pretty wymyśliła ^^
    Dziwnie się poczułam czytając o dorosłym Isaacu. Nadal go "pamiętam" jako uroczego i mądrego chłopca, który dzięki z dnia na dzień zaczął się cieszyć życiem. Teraz wykorzystuje swój potencjał i wiedzę nad bardzo ważnymi projektami. Jakoś nieszczególnie dziwię się, że nie chciał uwierzyć w istnienie jakiś dziwnych stworków. W końcu to człowiek, który wierzy w naukę z racjonalnymi dowodami. Sama jestem skołowana po jego rozmowie z Waltem. Szczerze mówiąc bliźniak nie wiele więcej się dowiedział. Na dodatek przez to całe zamieszanie i zamartwianie losem Pretty, chłopak znalazł się w ogromnym niebezpieczeństwie, co z drugiej strony może doprowadzić do wyjaśnienia wielu kwestii ^^ Nie mogę się doczekać rozwiązania tej zagadki :)
    Pozdrawiam :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak to twierdzi pewna bliska mi osoba, czasami naprawdę napiszę coś mądrego xd
      Przyznam, że chwilę musiałam sie zastanowić jak wyobrażam sobie Isaaca w przyszłości. Ale opisywanie go sprawiło mi dużą radość.
      Bardzo dziękuję za komentarz!
      Pozdrawiam
      Violin

      Usuń
  4. To oficjalnie mój ulubiony rozdział, kocham scenę z patelnią. Śmiałam się niemiłosiernie jak Stephanie zaatakowała Krokodylicę, należało się jej! Uwielbiam takie śmieszkowe sceny najbardziej na świecie, to oficjalnie kwintesencja mojego dnia xD
    W sumie myślałam nad szatańskimi planami pozbycia się Amelii, a wystarczyło powiedzieć wszystko mateczce, nie mogę uwierzyć, że to było takie proste!
    Byłam pewna, że Penny zaproponuje biednej Amelii posłanie u siebie, ale u Państwa Antiga to dopiero będzie zabawa, jeszcze jak Nico wróci. Przyszły rozdział chyba będzie najzabawniejszy na świecie, chyba, że coś się zepsuje.
    Proszę, proszę, proszę, niech któreś da Amelii szampon podmieniony na krem do depilacji, albo rozjaśniacz. Ja bym tak zrobiła, ale ze mnie zła kobieta jest :v

    Nie pamiętam, którym złym mafiozo był Ferasco, więc nie wiem jak bardzo przesrane ma Walter, ale zgaduję, że bardzo. Chyba, że to był ten gość od podróży w czasie, to jakoś się nie martwię. To Walter, co może pójść nie tak?

    Nie mogę się doczekać następnego rozdziału, szczególnie części z Amelią xD

    Pozdrawiam bardzo serdecznie!
    Eden


    Until the dawn

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie ukrywam, że to Ty natchnęłaś mnie do akcji z patelnią. Bez Ciebie ten rozdział byłby zdecydowanie nudniejszu xd.
      Bardzo dziękuję za komentarz!
      Pozdrawiam
      Violin

      Usuń
  5. Uśmiałam się, kiedy Amelia została powalona przez patelnię i te wszystkie komentarze Pretty, mistrzostwo. Jednak koniec końców miałam ochotę udusić krokodylicę, kiedy dowiedziałam się w jakim celu przybyła do domu Antigi. Naprawdę ta kobieta jest tak durna i zarazem przebiegała, że wprost nie mieści mi się to w głowie. Jednak na całe szczęście Pretty na szybko miała jakiś plan, a że ma po swojej stronie rodziców, to oby pozbyli się tej baby raz na zawsze.
    Dzięki Ci za Issaca w tym rozdziale. Strasznie go lubiłam i fakt, że na moment się pojawił jest super. Walt dzięki niemu trochę więcej się dowiedział, jednak nie miał za dużo czasu na myślenie, bo został porwany. Jestem ciekawa, dlaczego do tego doszło i co planuje ten cały Ferasco. Oby tylko nic, co mogłoby zagrozić życiu młodego Antigi.

    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pojawienie się Isaaca w tym rozdziale mnie też sprawiło dużo radości. Bo ogólnie to jest tak, że ja mam na te postacie i ich historie mnóstwo pomysłów. Ale już czasu zdecydowanie mniej.
      Bardzo dziękuję za komentarz!
      Pozdrawiam
      Violin

      Usuń
  6. Mateusz będzie teraz wykorzystywał każdą wolną chwilę, żeby móc przebywać z Polly :) To urocze <3 Ale musi dać też Polly odrobinę czasu dla siebie, w końcu dziewczyna ma do wykonania arcyważną misję, od której zależy bardzo dużo. Cieszę się, że Polly wcieliła swój plan w życie i poszła porozmawiać ze Stephanie. Gołym okiem widać, że obie dobrze czują się w swoim towarzystwie i nie mają oporów, aby mówić co myślą. Można by powiedzieć, że zachowują się jak przyjaciółki, ale być może znaczący wpływ ma to, że geny dają o sobie znać :) Taka relacji mamy z córką to złoto! Pretty wyjawiła Stephanie prawdę odnośnie motywów Amelii i przyznała się, że rozmawiała ze Stephanem na ten temat. Kobieta doznała szoku, czemu się nie dziwię, bo takiego scenariusza nie brała pod uwagę. Myślała o najgorszym, o zdradzie, ale to normalne w takich sytuacjach. Ale teraz już wie co kieruje Amelią i nie pozwoli, żeby przez jej marne intrygi rozpadło się jej małżeństwo oraz rodzina. To nie leży w interesie Antigów ^^ Tylko niech ze sobą szczerze porozmawiają, to może dużo dać :)
    Oho! A co Amelię naszło, żeby się tak skradać? Ale dostała za swoje! Ta scena była przezabawna :D Stephanie i Pretty łącząc swoje siły pokazały Amelii, że z nimi nie ma co zadzierać, bo kończy się to chwilową utratą przytomności haha :D Wiem, wiem, Amelii mogło się stać coś poważniejszego, no ale... To Amelia :D I że też ona miała czelność prosić Stephana o pomoc w obecności Stephanie... Szczyt wszystkiego! Niech ona zniknie jak najprędzej, bo wyjątkowo działa ludziom na nerwy. Ale Pretty się popisała i wpadła na genialny pomysł, jestem ciekawa co z niego wyniknie :)
    Walter dalej drąży i szuka odpowiedzi na dręczące go pytania. Udał się na spotkanie ze swoim kuzynem mając nadzieję, że dostanie to, po co przyszedł, ale wyszedł stamtąd z jeszcze większym mętlikiem (tak samo jak ja :D). Isaac robi karierę naukową, więc nie dziwi mnie to, że zbytnio nie wierzy w coś co nie jest naukowo udowodnione, takie umysły już tak mają ^^ znaczy nie żebym coś o tym wiedziała, ale tak podejrzewam :D Walter niby czegoś się dowiedział, ale w dalszym ciągu za bardzo nie wie, co jest grane i w dodatku zamiast spokojnie pomyśleć, do dalej to został porwany... A już tak dobrze mu szło! Mam nadzieję, że Ferasco nic mu nie zrobi, a może udzieli jakichś odpowiedzi.
    Czekam z niecierpliwością na nowość :)
    Pozdrawiam ;*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mateusz jeszcze namiesza w życiu Polly. I to nie tylko w związku z misją ;)
      Stephanie i Pretty wykazały się pewną zapobiegliwością, ale to jeszcze nie koniec ich pomysłów. Obiecuję, że w następnym rozdziale też będzie ciekawie.
      Bardzo dziękuję za komentarz!
      Pozdrawiam
      Violin

      Usuń
  7. Mateusz stara się spędzać każdą wolną chwilę z Pierette. Gdyby mógł to pewnie nie odstępywałby jej na krok.
    Dziewczyna stała się w mgnieniu oka bardzo ważną dla niego osobą i nic tego nie zmieni. A i Pierette dzięki siatkarzowi może zaznać, choćby chwili poczucia normalności w tym całym szaleństwie w jakim przyszło się jej znaleźć.
    Szczera rozmowa Polly ze Stephanie okazała się świętym pomysłem. Czasem najprostsze rozwiązania są najlepsze. Dzięki dziewczynie Stephanie nareszcie poznała prawdę o Amelii, a i inaczej spojrzała na zachowanie Stephana w ostatnim czasie. Obudziła się w niej także wola walki i chęć na pokrzyżowanie planów Amelii.
    Mam nadzieję, że Stephanie i Stephan zdecydują się w końcu na szczerą rozmowę i zaczną stopniowo przywracać swoje relacje do normalności.
    Cała ta akcja ze skradającą się Krokodylicą i patelnią była przekomiczna. Dawno już coś mnie tak nie rozbawiło. Niestety potem przebiegłość Amelii znowu dała o siebie znać. Bezczelnie próbowała się wprosić do domu Antigów. Zapewne, aby jeszcze bardziej między nimi namieszać. Przecież jej tłumaczenia były absurdalne.
    Skoro jej dom rzekomo nie daje się do zamieszkania, to niech wynajmie sobie pokój w hotelu. Taka silna i niezależna kobieta, a nie radzi sobie z taką błahostką i szuka pomocy u obcych sobie ludzi. Naprawdę myślała, że ktoś się nie domyśli o co jej chodzi?
    Na całe szczęście Pierette cudownie sobie poradziła w tej sytuacji. Biedna Amelia chyba nie wie w co się wpakowała. Cała rodzina tak jej umili życie, że po kilku dniach będzie żałowała, że w ogóle kiedykolwiek choćby spojrzała w stronę Stephana.
    Walter się nie poddaje i wciąż szuka sposobu na dotarcie do prawdy odnośnie stanu Pierette.
    Wybrał się nawet do Isaaca, aby poznać odpowiedzi na dręczące go pytania. Widać, że bardzo zależy mu na siostrze i ani myśli się poddać w walce o jej odzyskanie.
    Dorosły Isaac jest praktycznie taki jak sobie wyobrażałam. Poszedł w stronę mamy i został trochę wycofanym, ale na pewno genialnym naukowcem.
    Walt został porwany przez Ferasco? Czy ten chłopak zawsze musi wpakować się w jakieś problemy? Zupełnie nic z tego nie rozumiem. Czego ten mężczyzna może od niego chcieć?
    Czekam z niecierpliwością na poznanie odpowiedzi na tę zagadkę. 😊

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Walt ma chyba pakowanie się w kłopoty w genach. Następny rozdział przyniesie ze sobą naprawdę sporo odpowiedzi.
      Bardzo dziękuję za komentarz!
      Pozdrawiam
      Violin

      Usuń

.
.
.
.
.
.
GrafikaCentaura