Warszawa, 20 luty 2019
Rozumiem ludzi, którzy nie potrafią pracować w grupie, wszystko wolą robić sami. Ale po rozmowie z Nicolasem w końcu poczułam, że odzyskuję grunt pod nogami. Podróże w czasie, Amelia, ratowanie rodziny — miałam kogoś, kto mnie wspierał, kto miał pomóc. Co prawda obydwoje nadal mieliśmy wrażenie, że to jeden wielki żart, ale hej! We dwoje zawsze raźniej co nie? Może nawet uda nam się wynegocjować zniżkę na lateksowe rajtuzy?
Rozumiem ludzi, którzy nie potrafią pracować w grupie, wszystko wolą robić sami. Ale po rozmowie z Nicolasem w końcu poczułam, że odzyskuję grunt pod nogami. Podróże w czasie, Amelia, ratowanie rodziny — miałam kogoś, kto mnie wspierał, kto miał pomóc. Co prawda obydwoje nadal mieliśmy wrażenie, że to jeden wielki żart, ale hej! We dwoje zawsze raźniej co nie? Może nawet uda nam się wynegocjować zniżkę na lateksowe rajtuzy?
Wstępnie ustaliliśmy, że priorytetem jest sprawa Amelii. Trzeba było jak najszybciej wybadać, czego tak naprawdę chce od taty. Potem należało naprawić relacje między rodzicami. Nie wiedzieliśmy jeszcze jak to zrobić, ale wyznaczanie celu jest ważnym etapem samorozwoju.
A przynajmniej jakoś tak to szło.
Nic więc dziwnego, że gdy obudziłam się następnego, czułam się zdecydowanie lepiej. Zyskałam sojusznika, a dodatkowo według grafiku miałam wolne. Czyli mogłam cały dzień poświęcić na śledzenie Amelii. Normalnie żyć nie umierać!
Kwestia jej ewentualnego znalezienia, była już marginalna. Nawet stanie jak idiotka przed jedną z hal nie było mi straszne. W końcu czego się nie robi dla dobra wszechświata?
Z tą jakże optymistyczną myślą, z uśmiechem na ustach zaczęłam kolejny dzień w przeszłości. I uśmiechałam się szeroko, aż do momentu, gdy ktoś zadzwonił do drzwi.
Zamarłam z kanapką w połowie drogi do buzi. Przez chwilę wahałam się, co zrobić. Bo do cholery, ale kto śmie mi zakłócać taki piękny poranek?! Ludzie naprawdę nie mają nic ciekawego do roboty?!
Dzwonek zadzwonił po raz drugi. Zirytowana odłożyłam śniadanie ( jeszcze do ciebie wrócę kanapko!) i podreptałam otworzyć drzwi. Plan miałam prosty — spławić natręta, wysłać go do wszystkich diabli. Niech spada na drzewo.
Tylko że gdy otworzyłam drzwi, wszystkie plany szlag trafił. Za drzwiami stał bowiem Mateusz. Tak, Mateusz Janikowski. We własnej osobie. Tak samo idiotycznie wyszczerzony jak dwa dni wcześniej. I tak samo jak dwa dni wcześniej, jego pojawienie się całkowicie odebrało mi zdolność logicznego myślenia. Spławienie go? Jeszcze czego! Sorry, ale w cuda już dawno przestałam wierzyć.
— Cześć! — bezpardonowo wparował do mieszkania.
— Cześć — wydukałam. — Co tu robisz?
— Dowiedziałem się, że masz dzisiaj wolne, więc wyciągam cię na spacer — wyjaśnił, zsuwając buty i tak po prostu rozkładając się na kanapie. — Słoneczko w końcu wyszło! Trzeba łapać witaminę B!
Westchnęłam z rezygnacją. Nawet w przeszłości prześladują mnie witaminki!
— Nie masz dzisiaj treningu? — zapytałam ostrożnie zamykając drzwi. Wróciłam do kuchni po drodze, prawie zabijając się na ogromnych buciorach Mateusza.
Dlaczego jeszcze nie wyrzuciłam go z mieszkania?!
— Mam, ale dopiero o dwunastej. Wiesz, dostępność hali i te sprawy? Będziesz jeszcze jadła tę kanapkę?
Bezmyślnie pokręciłam głową. Usiadłam na kuchennym blacie i w osłupieniu przyglądałam się jak Mati pożera moje śniadanie. Czy wszyscy faceci powyżej metra dziewięćdziesiąt mają żołądki bez dna? Czy to po prostu taka cecha mężczyzn ogólnie?
Może powinno się ich wykorzystywać do badań nad czarna dziurą?
— A skąd wiedziałeś, że mam wolne?
— Od Trixie — Mateusz tylko wzruszył ramionami. — W zamian za różne przysługi załatwiam jej bilety na mecze.
— Myślałam, że ma karnet.
— Na mecze wyjazdowe. Jeździ, gdy tylko może. Jest trochę walnięta, ale to miła dziewczyna.
Tego podważyć akurat nie mogłam. Za to zapisałam sobie, że muszę jakoś utrzymać kontakt z Brizardem. Nigdy nie wiadomo kiedy takie znajomości się przydadzą.
— To co? — Mati przeżuł ostatni kawałek kanapki, a potem spojrzał na mnie wyczekująco. — Dasz się zaprosić na spacer? Postawię ci drugie śniadanie! W piekarni przy parku mają najlepsze croissanty pod słońcem. A ty jesteś Francuzką, nieprawda? — znacząco poruszył brwiami.
Jęknęłam w duchu. Francuzką i nieodrodną córką swojego ojca. Tata kochał croissanty, był wstanie zjeść każdą ilość. Oczywiście to musiałam odziedziczyć. Wszyscy w rodzinie wiedzieli, że należy trzymać mnie z dala od rogalików wszelakich, bo rozpęta się armagedon.
— A mam w ogóle wybór? — mruknęłam..
Dobra, miałam wybór. Mogłam powiedzieć stanowcze nie, mogłam tupnąć nogą, stwierdzić, że jestem zajęta i co ten Janikowski w ogóle sobie wyobraża, tak bez zapowiedzi wparowywać do czyjegoś mieszkania.
Ale problem był w tym, że Mateusz siedział na mojej kanapie. Tak po prostu. Po turecku, odrzuciwszy jedną z poduszek na fotel. Siedział i patrzył tymi swoimi dużymi, dziecinnymi oczami, uśmiechał się szeroko, a w kącikach ust nadal miał resztki ketchupu.
I to chyba ten ketchup sprawił, że całkowicie zmiękłam.
— Super! — klasnął wesoło. — W takim razie zbieramy się! Trzeba złapać trochę świeżego powietrza.
Czyli na razie z śledzenia Amelii nici. Zresztą, może ten spacer wyjdzie mi jednak na dobrze? W końcu Mateusz też był w drużynie, więc może coś wiedział? Lub przynajmniej podzieli się rozkładem treningów.
Gdy wyszliśmy na zewnątrz, omiótł nas powiew zimnego powietrza. Otuliłam się szczelniej płaszczem, jednocześnie wystawiając twarz do słońca. Ulice były prawie puste. Dzieciaki w szkole, dorośli w pracy, a inni pewnie odpuścili sobie wczesne wstawanie. Jedynie jakiś wysoki mężczyzna z kapturem na głowie stał przy czymś, co chyba było bankomatem.
Mateusz prowadził mnie najpierw między blokami, a potem wzdłuż ścieżek rowerowych i zielonych trawników. Na początku szliśmy w zupełnej ciszy. Szłam krok za krokiem, powoli rozluźniając mięście i pozbywając się wyrzutów sumienia. Godzina czy dwie odpoczynku, co za różnica. Zresztą nie mogłam zacząć śledzenia Amelii przed treningiem chłopaków, a o szóstej musiałam być u rodziców, by znów zająć małą wersją mnie samej. I może przy okazji dowiedzieć się czegoś związku z wybitym oknem.
— Mogę cię o coś zapytać? — wypalił niespodziewanie Mati, gdy weszliśmy do niewielkiego parku. — Naprawdę przez przypadek trafiłaś do naszej szatni?
Pobladłam gwałtownie. Cholera, cholera, cholera. Oddychaj, Pretty, oddychaj. Skup myśli, żebyś przypadek nie palnęła czegoś głupiego. Mateusz to nie Nico, nie uwierzy w bajeczki o podróżach w czasie. Jeszcze gotów cię wysłać do wariatkowa, a tedy nici z croissantów.
— Pewnie! — uśmiechnęłam się z zakłopotaniem. — Mam bardzo słabą orientację w terenie. Gubię się we własnym domu.
A to akurat była prawda! Kiedyś bawiłam się Walterem w chowanego i przez przypadek odkryłam stare przejście w łazience na drugim półpiętrze. Potem szukali mnie przez pół dnia, a mama była już gotowa wzywać policję.
— Wiesz, moi koledzy śmieją się, że mamy psychofanką. Szczególnie, że podobno wczoraj zafundowałaś Antkowi darmowe ciastko.
— To nie ja! — zaprotestowałam. — Znaczy się ja, znaczy się… To była Trixie! Ja tylko robiłam za łącznika!
— Trixie? — Mati uniósł brew. — Trixie kręci z Antkiem?
— Na to wygląda. Ale ode mnie tego nie wiesz! — zastrzegłam pospiesznie. Jeszcze tylko mi wściekłej Trixie na karku brakowało.
W odpowiedzi Mateusz jedynie roześmiał się głośno. Miał dźwięczny, beztroski śmiech, który dosłownie poczułam w sercu. Na moment zapomniałam jak się oddycha. Nie pamiętam, by czyjkolwiek śmiech działał na mnie w ten sposób.
Uśmiechnęłam się słabo. Chwycił moją dłoń, a potem tak po prostu pociągnął w stronę niskich budynków po drugiej stronie ulicy. W najbliższym znajdowała się piekarnia. Mała, z metalowymi stolikami w środku i wyblakłą farbą odłażącą z zardzewiałego napisu. Wewnątrz było pusto, jedynie o witrynę opierał się mężczyzna w niebieskiej bluzie i powoli jadł bagietkę.
Przez ułamek sekundy miałam wrażenie, że już gdzieś widziałam tę bluzę.
Pokręciłam stanowczo głową. Oj, chyba jednak się nie wyspałam, skoro już mam zwidy.
Mateusz ruchem ręki poprosił bym została na zewnątrz. Sam wszedł do piekarni po czym wrócił z torbą pełną rogalików. Nadal świeciło słońce, więc jedliśmy idąc w stronę mieszkania. Rozmawialiśmy beztrosko o wszystkim i o niczym. Szczerze? Dawno nie czułam się tak beztrosko. Niby gdzieś z tyłu głowy miałam, że powinnam uważać na każde słowo, ale rozmawiając z Matim miałam wrażenie, że znów jestem wstanie oddychać pełną piersią. Jakbym w końcu zapomniała o całym świecie. Już dawno zapomniałam jakie to uczucie.
Wracaliśmy okrężną drogą, bardzo powoli nic więc dziwnego, że na miejsce dotarliśmy dopiero przed dziesiątą.
Jednak, gdy już miałam otwierać klatkę schodową coś przykuło moją uwagę. Pod sąsiednim blokiem stał mężczyzna. W niebieskiej bluzie, z kapturem zarzuconym na głowę. Zgarbiony, niby wpatrywał się w ziemię, ale miałam idiotyczne wrażenie, że patrzy prosto na nas.
— Mati… — odruchowo chwyciłam Mateusza za ramię. A raczej za łokieć. Był jednak sporo wyższy. — Czy ty… czy przypadkiem już nie widzieliśmy tego facet. — Kiwnęłam głową w stronę mężczyzny.
— Nie wydaje mi się. — Siatkarz zmarszczył podejrzliwie brwi.
— Jesteś pewny? A gdy wychodziliśmy? Pod bankomatem? I potem przed piekarnią? Mam wrażenie, że nas śledził.
— Chyba troszkę przesadzasz. — Mati tylko się zaśmiał. — Może w tych croissantach coś było? — chwycił moją twarz w dłonie i zaczął uważnie sprawdzać, czy nie jestem chora.
A przynajmniej tak to wyglądało. Ciężko powiedzieć, bo momentalnie zdrętwiałam. Miałam wrażenie, że już jestem cała czerwona, a z każdą kolejną sekundą było coraz gorzej. Kolana miałam jak z waty, serce biło w szaleńczym tempie.
— Wszystko… wszystko w porządku — wydukałam, z trudem robiąc krok w tył. — Coś musiało mi się przemyśleć. Nie powinieneś przypadkiem już przygotowywać się do treningu.
Mateusz jakby nagle zmarkotniał. Opuścił ręce i powoli pokiwał głową.
— Ale to na pewno nie był nasz ostatni spacer. — Szybko cmoknął mnie w policzek, a potem odwrócił się na pięcie i tak po prostu odszedł.
Długo jeszcze stałam przed wejściem. Tajemniczy mężczyzna w kapturze zniknął. Zresztą i tak o nim zapomniała. Na niebie pojawiły się pierwsze chmury. Zrobiło się jakby zimniej. Zaczynały mi drętwieć palce u stóp. Powinnam wejść do środka, ale nie byłam wstanie zrobić choćby kroku.
Co tak właściwie się stało? Czy Mateusz naprawdę pocałował mnie w policzek? Czy patrzyliśmy sobie w oczy? Czy gdy poczułam jego dotyk naprawdę zdrętwiałam? A może to były tylko zwidy? Może po prostu czas się zawiesił? Przecież to możliwe, prawda?
Odwróciłam się powoli. Wzięłam kilka głębokich oddechów, próbując się uspokoić, ale niewiele to dało. Wygrzebałam z kieszeni klucze, weszłam na klatkę i noga za nogą zaczęłam wspinać się po schodach. Gdy weszłam do mieszkania jedynie zrzuciłam kurtkę po czym opadłam na kanapę. Jęknęłam z irytacją, chowając twarz w poduszce. Miałam wrażenie, że pachnie jakoś inaczej, ale może znów tylko mi się wydawało?
— Weź się w garść, do cholery! — skarciłam samą siebie. — Nikt ci nie płaci za przeżywanie kryzysów egzystencjalnych. Tak naprawdę, to w ogóle ci nie płacą, więc ogarnij cztery litery.
Ta, gdyby to jeszcze było takie łatwe, proste i przyjemne. Próbowałam wszystko jakoś logicznie przeanalizować, ale prawda była taka, że nigdy nie czułam czegoś podobnego. Nawet przy Theodorze.
Przed oczami zobaczyłam Theo. Uśmiechniętego szarmancko, w stylowym garniturze, z czarnymi włosami zaczesanymi w kucyk. Zdawał się być dziwnie obcy. Jeszcze kilka dni temu byłam gotowa zrobić wszystko, by do niego jak najszybciej wrócić. A teraz miałam wrażenie, że nawet za nim nie tęsknię. Nie ryczałam w poduszkę, nie śnił mi się po nocach, nie rozpamiętywałam w kółko wspólnie spędzonych chwil. Trochę okrutne, co nie? Kurczę, czyżbym zamieniała się w czarny charakter Disneya?
Byłam dziwna? Może po prostu zmieniam przyszłość? Czy jest w pobliżu jakiś ratuszy, do którego mogłabym się podpiąć i wrócić do przyszłości?
Na drżących nogach przeszłam do kuchni. Otworzyłam zeszyt, chwyciłam za długopis i starannie napisałam:
Jak bardzo mogę zmienić przyszłość?
Z niecierpliwością czekałam na odpowiedź. Jednak, gdy już się pojawiła, zgłupiałam jeszcze bardziej.
Im dłużej zwlekasz tym więcej przyszłości zmieniasz.
Co to niby miało znaczyć? I do czego się odnosiło? Do Amelii? Mateusz? Nicolasa? Nie pozmywanych naczyń w zlewie?
Już chciałam dalek dyskutować z zeszytem, ale dokładnie w tym momencie dostałam kolejnego smsa. Nicolas pisał, że dzisiejszy trening również odbywa się na Ursynowie. Sam nie mógł przegapić kolejnych zajęć na uczelni więc prosił bym ogarnęła sytuacje.
Pod halę oczywiście podeszłam. Nic to jednak nie dało, bo poranny trening Amelia odpuściła. Przez trzy godziny stałam jak głupia na mrozie, by w końcu zobaczyć, że tata odjeżdża z parkingu sam. Z jednej strony było to trochę pocieszające. Może się pokłócili i teraz kobieta nie chce widzieć go na oczy? Nadzieja matką głupich, co nie?
Zrezygnowałam napisałam do Nicolasa, że nic ciekawego nie odkryłam. Miałam nadzieję, że wymyśli coś, co posunie sprawę do przodu. W głowie cały czas miałam słowa Ivy. Musiała mieć rację. Priorytetem było naprawienie relacji rodziców i powrót do przyszłości.
Może nawet dostaniemy za całą akcję Oscara?
Przeświadczona, że już, ale to nic dziwniejszego nie może mnie spotkać, szłam do domu rodziców. Miałam szczerą nadzieję, że gdy tym razem będę się opiekować bliźniakami, nikt nie wpadnie na genialny pomysł, by wybijać jakąś szybę.
Albo ogólnie demolować dom. Uwierzcie ludzie, wandalizm już dawno wyszedł z mody.
Czy zdziwi was specjalnie, że znowu się przeliczyłam? Pewnie niespecjalnie. Chyba wykorzystuję zapas dziwnych zdarzeń, który zgromadziłam przez te wszystkie lata względnie normalnego życia.
Już prawie byłam na miejscu. Dochodziła szósta, latarnie oświetlały prawie puste chodniki. Mijałam kolejne jednorodzinne domy, w których paliły się pojedyncze światła. Było chyba cieplej niż rano, minęłam nawet jaką kobitkę w krótkim rękawku.
I nagle ktoś mnie potrącił. Tak po prostu. Zdezorientowana podniosłam głowę i ujrzałam mężczyznę w niebieskiej bluzie. Tym razem już miałam pewność — to był ten sam facet co pod bankomatem i piekarnią.
Dopiero teraz zauważyłam, że był wręcz nieprzyzwoicie chudy. Mógł mieć koło czterdziestu lat, choć podkrążone oczy i zmarszczki wskazywały na więcej. Na bladych policzkach odbijał się krótki, ciemny zarost, a spod kaptura wysuwały się czarne, tłuste włosy.
— Przepraszam — burknął po angielsku, wymijając mnie pospiesznie.
Zdezorientowana odprowadziłam go wzrokiem. Rozglądnęłam się wokół, zdając sobie sprawę, że dom rodziców stał przy ślepej uliczce. Co oznaczało, że ten facet musiał już tu być gdy przyszłam. Zbieg okoliczności? Czy może czegoś szukał?
Już kompletnie roztrzęsiona zapukałam do drzwi. Otworzyła mama. Na mój widok uśmiechnęła się szeroko, ale i tak zauważyłam ziemistą cerę i wycieńczone spojrzenie. Ruchem ręki zaprosiła mnie do środka, a sama zaczęła się krzątać po salonie.
— Stephane wziął dzieciaki na zajęcia, Nico na uczelni, ja zaraz wychodzę, ale powinnam wrócić pierwsza — mówiła szybko, trochę nieskładnie, nawet przez moment nie patrząc mi w oczy. — Bliźniaki nakarmione, przed chwilą zasnęły. Jakby coś się stało to dzwoń.
Już chciałam coś powiedzieć, ale dokładnie w tym momencie rozległ się głośny płacz. Obydwie momentalnie pobiegłyśmy do sypialni. Mama pochyliła się nad jednym z łóżeczek i wzięłą na ręce rozbudzonego Waltera.
— Cicho, skarbie, ci… — szeptała, kołysząc się uspokajająco.
Poczułam dziwny ucisk w sercu. Płacz Waltera przywołał bolesne wspomnienia. Walt, którego pamiętałam płakał rzadko. Był w końcu idealnym Waltem, prawda? Silnym, opanowanym, któremu wszystko wychodziło.
Ostatni raz widziałam jak płacze w dniu, w którym zmarła mama.
Walt uspokoił się szybko, potrzebował tylko przytulenia. Patrzyłam jak wtula się w ramię mamy, zamyka oczy i w końcu zasypia z otwartą buzią.
— Mam wrażenie, że maluchy wyczuwają problemy — wyjaśniła, odkładając małego za powrotem. — Ostatnio więcej płaczą. Ale może po prostu wcześniej wychodzą im ząbki?
Przestąpiłam z nogi na nogę, wahając się, co powiedzieć. Może lepiej było nie dokładać mamie kolejnych zmartwień? Już i tak wyglądała na roztrzęsioną.
— Przepraszam, bo ja tylko… — zaczęłam niepewnie. — Znaczy się… to może być kompletnie bez znaczenia, ale jak tu szłam, wydawało mi się, że ktoś kręci się wokół domu.
— Proszę? — Mama wyprostowała się gwałtownie.
— Wpadłam na niego przez przypadek. Wysoki, wychudzony, niebieskiej bluzie, ale to pewnie tylko przypadek. — Lekceważąco machnęłam ręką.
Mama nic nie powiedziała. Nadal stała do mnie tyłem, pochylając się nad łóżeczkiem. Widziałam, jak jej ramiona zaczynają drżeć, słyszałam urywany oddech. Z tej perspektywy wydawała się jeszcze chudsza, jeszcze bardzie zmizerniała niż wcześniej.
— Wszytko w porządku? — zapytałam, ostrożnie podchodząc bliżej.
Przełknęła głośno ślinę. Odwróciła się powoli i otarła rękawem załzawione oczy.
— Przepraszam, po prostu… ostatnio mam dużo na głowie — uśmiechnęła się słabo. — Bliźniaki, Timi, Manoline, Onico nie chce przedłużyć kontraktu z Stephanem, nie wiadomo, czy nie będziemy musieli się przeprowadzić, do tego jeszcze teraz ten kamień, groźby i, i… I chyb a już po prostu nie daję radę! — Po jej policzkach spłynęły łzy, ciałem wstrząsnął szloch.
Momentalnie znalazłam się przy mamie. Instynkt. Objęłam ją ramionami i zaczęłam uspokajająco gładzić po plecach, zupełnie ignorując fakt, że jest wyższa. To przechyliło szalę, bo mama po prostu się załamała. Pozwoliłam, by płakała, jednocześnie uspokajająco gładząc ją po plecach.
Dopiero po kilku sekundach dotarło do mnie, co się właściwie dzieje. Znów przytulałam mamę. Po trzech latach, po tylu dniach, godzinach, gdy nie marzyłam o niczym innym. Czy była to kuriozalna sytuacja? Była. Ale jednocześnie ogarniało mnie niesamowite ciepło, spokój. To była mama, moja mama. Tak strasznie za nią tęskniłam…
— Chyba muszę już iść.
Gwałtownie wróciłam do rzeczywistości. Zdałam sobie sprawę, że mama stoi już jakiś metr dalej. Zarumieniłam się i odchrząknęłam z zakłopotaniem.
— Jeśli mogę jakoś pomóc.
— Raczej nie — uśmiechnęła się ciepło. Wydawała się zupełnie zapomnieć o sytuacji sprzed chwili.— Teraz muszę chociaż na chwilę wyczyścić umysł. A nie ma nic lepszego niż taniec. — Kiwnęła głową w stronę stojących pod drzwiami lakierków.
— Flamenco, tak? — rzuciłam. Znałam odpowiedź, ale w duchu pragnęłam tylko, by ta chwila trwała jak najdłużej.
Mama jakby nieznacznie się rozpromieniła.
— Skąd wiedziałaś?
— Też kiedyś tańczyłam — przyznałam.
— Naprawdę? — Pierwszy raz od mojego przybycia do przeszłości zobaczyłam mamę szczerze szczęśliwą. Na moment znów przypominała siebie z przyszłości, mamę, którą pamiętałam i za którą tęskniłam. — W takim razie koniecznie musisz przyjść na któreś zajęcia.
— Ale pracuję…
— Co robisz w sobotę? — Nie dawała za wygraną. Podeszła do stojącego w kącie biurka i zaczęła przeszukiwać szufladki. — Jeśli zastanawialiście się kiedyś po kim Walter jest tak strasznie uparty, to macie odpowiedź. — Przyjeżdża do nas instruktorka z Hiszpanii, wspaniała kobieta, zajęcia są otwarte. Znaczy liczba miejsc jest ograniczona, ale coś tam zawsze się uda załatwić — mrugnęła do mnie chytrze. — Stephane akurat ma wtedy wolne, zajmie się dzieciakami, co ty na to? — Wręczyła mi niewielką ulotkę. — Będzie fajnie.
Przełknęłam głośno ślinę. Łatwiej by było, gdybym w sobotę pracowała w kawiarni, ale tak się złożyło, że wzięłam niedzielę. Mogłabym skłamać, powiedzieć, że mam dużo na głowie. Ale kurczę mogłam znów zatańczyć flamenco! Z mamą! Tak jak za starych dobrych lat!
Wszechświecie, wiszę ci duże piwo.
— I mogę przyjść tylko na jedne zajęcia? — dopytałam na wszelki wypadek.
— Jak ci się spodoba, to przyjdziesz na kolejne.
— Zgoda — wypaliłam bez zastanowienia. Dobra, raz się żyje, prawda? Nawet w tej cholernej przeszłości. SKoro już miała ratować wszechświat, to mogłam mieć też coś od życia, co nie?
Ivy, nawet nie próbuj zaprać mi teraz spódnicy!
— Super! — Mama klasnęła radośnie. — Ale już naprawdę muszę się zbierać. Wróciłam na zajęcia tydzień temu i nie zamierzam się od razu spóźniać.
Za nim zdążyłam choćby kiwnąć palcem już jej nie było. Tak po prostu. Chwyciła torebkę, buty i wybiegła.
Jeszcze przez kilka sekund stałam oszołomiona. Ktoś powinien trzasnąć mnie w łeb, ale z tego co wiem żaden sklep nie ma w ofercie samoobsługowych młotków, do wybijania z głowy głupich pomysłów. Zapisać na przyszłość — trzy razy zastanowić się za nim coś palniesz. Nagrodo za wpakowanie się w bagno roku, już do ciebie biegnę! Myślicie, że można gdzieś na własną rękę kupić kaftan bezpieczeństwa?
Ciche kwilenie sprowadziło mnie na ziemię. Pochyliłam się nad drugim łóżeczkiem i uśmiechnęła nieznacznie. Mała ja wyciągała desperacko rączki, domagając się uwagi.
— Mam nadzieję, że ty będziesz myślała logiczniej — mruknął, biorąc ją na ręce. — Bo inaczej obie mamy totalnie przerąbane.
Przestała płakać i spojrzała na mnie z zaciekawieniem. Czyżby wyczuwała, że jesteśmy sobie zaskakująco bliskie?
Cholera, znów mówię o sobie w trzeciej osobie! Wariacji można dostać!
Mała Pretty chyba się ze mną zgodziła. Zachichotała radośnie, a potem zaczęła szaleńczo wymachiwać rączkami, próbując złapać moje włosy.
— Nie powinnaś przypadkiem spać, młoda damo? — skarciłam ją niby poważnym tonem, co tylko wywołało kolejna dawkę śmiechu.
Czyli musiałam uruchomić tryb super niani. Co cię nie zabije, to cię wzmocni, prawda?
Moje pierwsze spostrzeżenie — byłam żywotnym dzieckiem. Ale tylko wtedy kiedy chciałam. Walter spał spokojnie i pewnie nawet tańczące kankana żyrafy, by go nie obudziły, za to mój mały klon testował granice cierpliwości. Przez kolejne dwie godziny zdążyłam być kaczuszką, samolotem, prywatną windą, przeglądnęłam jakieś milion książeczek, wygugałam całą konstytucje i to jeszcze od tyłu. Mała ja cały czas się śmiała, próbowała mnie naśladować albo po prostu wymachiwała pulchną rączką, rzucając w kąt kolejne zabawki.
Radosną zabawę przerwał nam dopiero huk. Niezbyt głośny, raczej podoby stłumionego stukotu. Bez porównania z hukiem wybijanej szyby, ale i tak się wzdrygnęłam. Powoli wstałam z kolorowej maty, nasłuchując dalej. Huk nie powtórzył się. Ostrożnie podeszłam do głównych drzwi. Wyjrzałam na zewnątrz, a twarz owiało mi lodowate powietrze.
— Halo?! — krzyknęłam w przestrzeń.
Nikt nie odpowiedział. Wzruszyłam ramionami i już chciałam wracać do salonu, gdy nagle coś spostrzegłam. Na ganku w samym rogu leżał kamień. Niewielki, mniejszy od połowy zaciśniętej pięści. Sznurkiem przyczepiono do niego złożoną kartkę.
Przełknęłam głośno ślinę. Czyżby cholerne deja vu?
Podeszłam bliżej i przykucnęłam. Uważnie przyjrzałam się kamieniowi. Wysunęłam karteczkę. Papier był zaskakująco gruby, a w środku, cienkim markerem zapisano tylko jedno zdanie.
Teraz możesz stracić wszystko, co kochasz.
— Ej, co się dzieje?!
Odwróciłam głowę, a całe moje ciało zesztywniało. Od furtki szedł tata. W słabym świetle latarni spostrzegłam niezdrowo wyglądające rumieńce na jego twarzy i nabiegłe krwią oczy, usta zaciśnięte jakby w wyrazie z trudem ignorowanego bólu.
— Nie mam pojęcia — przyznałam zgodnie z prawdą. — Ktoś znów bawi się w groźby.
— Groźby? — Uniósł ze zdziwieniem brew.
A potem jego wzrok padł na kartkę. Nawet nie drgnął, ale wiedziałam, że panikuje. Już to gdzieś widziałam. W pewien zimny, marcowy wieczór, gdy lekarze powiedzieli, że już nic nie da się zrobić.
— Wejdźmy do środka — wychrypiał.
Kiwnęłam głową. W domu, wziął na ręce małą Pierrette, a ja sprawdziłam, czy Walter nadal śpi. Na szczęście sen miał kamienny przez całe życie. Zaparzyłam więc tylko herbaty. Dla siebie zielonym kubku, dla taty w niebieskim. Zawsze pijał w niebieskim.
Tata już nie wyglądał tak, jakby chciał mnie zamordować. Albo po prostu pogodził się z moją obecnością, albo postanowił jednak zaufać żonie. Długo siedzieliśmy przy stole nic nie mówiąc. Wymęczona zabawą Pretty momentalnie zasnęła w ramionach ojca, a on nie zamierzał jej odkładać. Wręcz desperacko tulił do siebie córkę, jakby świat zaraz miał się zawalić.
Możesz stracić wszystko, co kochasz…
— Przeczytałaś? — Spojrzał znacząco w stronę leżącej na stole wiadomości.
— Odruchowo. — Uśmiechnęłam się przepraszają. — Przepraszam, nie powinnam. — Spuściłam wzrok.
W odpowiedzi tylko wzruszył ramionami. Przez ułamek sekundy miałam ochotę o wszystkim mu powiedzieć. O tym, że przeniosłam się w czasie, że Amelia to jeden wielki błąd, że jestem tą samą małą dziewczynką, którą teraz tuli z rodzicielską miłością. Chciałam kazać mu, by jak najszybciej pogodził się z mamą, bo zostało im już tylko siedemnaście lat razem.
— Pewnie domyślasz się, że nie możesz o tym nikomu powiedzieć.
— Nawet ma… pana żonie?
Tata westchnął głęboko. Skrzywił się, a przez jego twarz przemknął cień wściekłości. Ciężko było jednak powiedzieć, na kogo jest wściekły.
— Ostatnio popełniłem kilka błędów. Po czym próbowałem je naprawić i popełniłem kolejne kilka. A teraz… — zwiesił głowę. — Powiedzmy, że już niewiele mogę naprawić.
Jęknęłam w duchu. Co właściwie się działo?! Siedziałam z młodszą wersją mojego ojca i wysłuchiwałam o problemach w jego małżeństwo. Nico, gdzie jest do cholery Nico?! Powinien tu być. To on powinien słuchać taty, to on powinien naprawiać rzeczywistość. Nie ja.
— Zresztą na pewno zauważyłeś, że ostatnio nie jest u nas zbyt kolorowo — kontynuował.
— Średnio fascynuje mnie życie innych ludzi.
I znowu kłamstwo. Gdybym była Pinokiem ze starych bajek, to już ciągałabym drewniany nos po ziemi.
— Te groźby… to coś poważnego? — zapytałam z wahaniem. Gdzieś z tyłu głowy pojawiła się myśl, że tata nieźle musiał komuś zajść za skórę.
— Nie — pokręcił głową, siląc się na uśmiech. — Raczej… jakby to powiedzieć… drobne porachunki z przeszłości. Mam wszystko pod kontrolą, dzieci są bezpieczne, jeśli o to ci chodzi.
Przytaknęłam nerwowo, choć tak naprawdę w ogóle nie pomyślałam o dzieciach. Myśl, że ktoś mógłby skrzywdzić naszą piątkę była totalnie irracjonalna. Ciężko było tylko powiedzieć, czy to normalna troska, czy raczej fakt, że młodsze o dwadzieścia lat wersje rodzeństwa wydawały mi się dziwnie… odległe?
— Czyli nie powiesz niczego Stephanie, tak? — dopytał. — Ostatnio ma sporo na głowie. Wszystkim się przejmuje, martwi, a ja… Ja nie potrafię nic z tym zrobić.
Znów dostrzegłam w jego oczach przeraźliwy wręcz smutek. I rezygnacje. Tak, jakby zgubił się w labiryncie bez wyjścia.
— Nie powiem — zgodziłam się w końcu. — Ale proszę… — zawahałam się. — Proszę przemyśleć, czy nie łatwiej panu będzie samemu powiedzieć o tym żonie.
Już chciał odpowiedzieć, ale w tym momencie obudził się Walter. A Walt, jak to Walt musiał skupić na sobie uwagę w wszystkich w otoczeniu, płacząc głośno i wymachując w powietrzu pulchnymi rączkami.
Uspokoiłam brata, a potem tata stwierdził, że tak naprawdę to mogę już iść do domu. Wręczył mi jeszcze zapłatę, co było strasznie niezręczne. Pierwszy raz będąc w przeszłości poczułam, że mam do czynienia z zupełnie obcym człowiekiem.
Przed wyjściem jeszcze raz odwróciłam się w progu. Tata siedział na podłodze w salonie i kołysał dwa bujaki z maluchami. Uśmiechał się przy tym z taką melancholią, jakby ta jedna szczęśliwa chwila miała trwać wiecznie.
Szkoda, że u każdego szczęście się kiedyś kończy pomyślałam gorzko, a potem wyszłam w ciemną noc.
Paryż, 20 luty 2039
W Paryżu znów padał deszcz ze śniegiem. Nadgryziony zębem czasu dom źle znosił zimowe nocy. Drewniane elementy skrzypiały, zardzewiałe rynny stukały o ściany. Za oknami wył wiatr, krople deszczu bębniły o dach.
Przewracałem się z boku na bok, próbując zasnąć. Nie miałem pojęcia, która jest godzina, wiedziałem tylko, że jest bardzo późno. Tata nie wrócił jeszcze ze szpitala. Może pozwolili mu jednak zostać przy Pierrette? Albo zasnął na fotelu w sali i nie chcieli go budzić?
Szczerze? Tym razem wolałem żeby został w szpitalu. Tonowanie emocji miałem opanowane do perfekcji, ale bałem się, że jeśli zobaczę tatę to po prostu wybuchnę. Tajne akta dotyczyły jakiejś śmierdzącej sprawy. Nie chciałem wiedzieć, co tata ma z tym wspólnego.
Usiadłem poirytowany. Jako profesjonalny sportowiec zasypianie opanowałem do perfekcji. To była jedna z moich jakże licznych zalet. Teoretycznie zasypiałem w każdych warunkach, w samolocie, hotelu, po przegranym, wygranym i odwołanym meczu, czy kolejnym koszu od Julci.
No dobra, z tym ostatnim był większy problem. Ale to nie moja wina, że kobiety tak często boli głowa, co nie?
Stłumiony huk wyrwał mnie z otępienia. Ktoś przeklął siarczyście, na schodach zapaliło się światło. Po cichu opuściłem nogi na ziemię. Przez chwilę nasłuchiwałem, jak ktoś wspina się po skrzypiących stopniach. Na palcach podszedłem do drzwi i uchyliłem je nieznacznie.
Na korytarzu stał tata. Opierał się o ścianę, oddychając ciężko. Miał nieprzyzwoicie zaczerwienione policzki, a rozpuszczone, siwe włosy przyklejały się do spoconej twarzy.
— Walt — wybełkotał słabo. — Walt, synku, to ty?
Próbował do mnie podejść, ale zamiast tego zatoczył się i wpadł na barierkę. Złapałem go w ostatniej chwili. Dźwignąłem z trudem, zaprowadziłem do pokoju i posadziłem na łóżku. Skrzywiłem się, czując kwaśną woń alkoholu. Tata kiwał się w przód i w tył, nieprzytomnym wzrokiem wpatrując się w swoje dłonie.
— Co się stało? — zapytałem cicho. Nie bardzo wiedziałem co robić, czułem tylko jak ogarnia mnie paniczny strach. Dotychczas widziałem tatę pijanego tylko raz w życiu; zaraz po diagnozie mamy. Musiało być bardzo źle.
— Nie dają jej żadnych szans, żadnych! — zaszlochał. — Powiedzieli… hik! zasugerowali…. hik! Zasugerowali hospicjum! Że już niby nic nie da się zrobić! … hik! Moja Pretty w hospicjum… Malutka Pretty… Będzie tam leżała sama, zmarnieje… hik!… zaniknął mięśnie aż w końcu, aż w końcu…hik!… Nie oddam, nie pozwolę! — Podkulił kolana pod brodę i znów zaczął się kołysać. To płakał, to czkał, wyglądał bardziej jak rozhisteryzowane dziecko niż sześćdziesięcioletni mężczyzna.
— Tato, spokojnie — niepewnie położyłem dłoń na jego ramieniu.
Ale to nie pomogło. Skulił się na łóżko, desperacko przytulił poduszkę i rozszlochał się zupełnie. Miał zsiniałe od zimna usta, a na sobie tylko pomiętą koszulę. Szczerze wątpiłem bym w przedpokoju znalazł jego kurtkę.
— Pretty, Pretty, moje dziecko, moje maleństwo…
Zrezygnowany po prostu usiadłem obok. Co niby innego mógłbym zrobić? Tata był prawie tak samo wysoki jak ja, do tego cięższy, próba sprowadzenia go po schodach do sypialni była z góry skazana na klęskę. Był zbyt pijany, by myśleć o jakiejkolwiek kąpieli czy próbie przebrania się.
W końcu rozległo się głośne chrapanie. Tata zasnął. Najciszej jak potrafiłem wyszedłem z pokoju. Przez chwilę wahałem się co zrobić, ale w końcu po prostu położyłem się w sypialni Pierrette. Drzwi na wszelki wypadek zostawiłem otwarte.
Tym razem zasnąłem szybko. Gdy się obudziłem słońce było już wysoko na niebie. Nigdzie nie widziałem śladów po nocnej zawiei.
Tatę znalazłem w kuchni. Siedział zgarbiony przy stole, a przed nim stała wysoka szklanka z jakimś zielonym płynem. Miał podkrążone, przekrwione oczy i nadal nie związał włosów.
— Cześć — mruknąłem, nastawiając wodę na herbatę.
Nie odpowiedział. Pustym wzrokiem wpatrywał się w blat stołu, to rozprostowując, to zaciskając palce na szklance. Westchnąłem cicho. Ustawiłem temperaturę wody w czajniku. Jednak po namyśle wyłączyłem go i uruchomiłem ekspres. Nastawiłem dawkę kofeiny na maksimum. Ze zdjęcia na parapecie spoglądała roześmiana Manoline. Byłem pewny, że jeszcze dwa dni wcześniej na jej miejscu była mama.
— Przepraszam — wychrypiał w końcu tata. — Nie powinieneś oglądać mnie w takim stanie.
— Mogło być gorzej. — Wzruszyłem tylko ramionami. Miałem dwadzieścia lat, wyciągałem już pijanych kumpli z hucznych imprez.
— Nie — Stanowczo pokręcił głową. — Przesadziłem. Nie powinienem przesadzać.
Zacisnąłem usta w wąską kreskę. Ekspres zapikał cicho. Wyjąłem parujący kubek kawy i usiadłem po drugiej stronie stołu.
— Naprawdę chcą przenieść Pretty do hospicjum? — zapytałem, upijając łyk. Skrzywiłem się nieznacznie, gdy płyn oparzył mi język.
— Twierdzą, że to koniec, że będzie już tylko spała — mruknął tata. — Poddali się. Niby tylko zasugerowali, ale ja wiem swoje. Jeśli lekarz mówi, że to może być koniec, to to jest koniec.
Westchnąłem głęboko. Przeczesałem palcami włosy i odchyliłem się na krześle. Wyobraziłem sobie Pierrete, małą, bezbronna Pierrette, samą w olbrzymim szpitalnym łóżku.
— A ty co o tym sądzisz?
Wzruszył ramionami, dokładnie w ten sam sposób jak ja przed chwilą.
— Chcę żeby się obudziła.
Miałem wrażenie, że zaraz znowu się rozpłacze. Albo wstanie, wyciągnie z szafki butelkę wina i będzie pił tak długo aż w końcu serce odmówi posłuszeństwa.
— Możemy ją wziąć do domu?
— Możemy. Ale co to da? I tak będzie spała. Nawet przy rehabilitacji mięśnie zaczną zanikać. Ogranizm zacznie słabnąć. I w końcu Pierrette umrze. Tak po prostu. Tak jak Stephanie.
Westchnąłem cicho. Dawno nie widziałem taty tak zrezygnowanego. Jakby w ciągu zaledwie kilku godzin wyparowała z niego cała energia. Już nawet nie próbował udawać, że walczy. Świat odbierał mu właśnie ostatnią namiastkę szczęścia, a on był już za stary by się bronić.
— Gdzie wczoraj byłeś? — zapytał. Specjalnie nie użyłem słowa „piłeś”.
— Nigdzie. — Odwrócił głowę.
— Czyli to przez szpitalną wodę nie byłeś wstanie utrzymać się na nogach.
Zaczerwienił się gwałtownie. Odchrząknął zawstydzony i zaczął bawić się skrawkiem obrusu.
— U Erwina — burknął.
— W tym barze obok starej hali?
— W tym samym. Erwin zawsze trzyma dla mnie miejsce na końcu baru. Przy ścianie, żebym z nikim nie musiał rozmawiać.
Zacisnąłem zęby. Były rzeczy, o których nie chciałem wiedzieć i które były przez lata skrzętnie przede mną i Pierrette ukrywane. Straciliśmy mamę, ale tata chciał zrobić wszystko byśmy nie stracili również jego. Walczył z bólem sam, próbując zapewnić nam normalne życie.
— Ktoś mógł cię zobaczyć. Zrobić zdjęcie.
Znów wzruszenie ramionami. Poddał się. Tak po prostu. Widziałem to. Kiedyś opowiadał mi o meczu, który przegrał przez błąd sędziego w ostatniej akcji. O meczu finałowym. Gdy zaprotestował, usłyszał tylko kpiące przeprosiny. Wtedy pierwszy raz pomyślał, że to może nie mieć sensu. Że czasami lepiej nie walczyć. Pamiętam, że wtedy nie dowierzałem. Miałem siedem, osiem lat, a tata nigdy się nie poddawał. Zawsze walczył do końca.
Teraz na własne oczy widziałem jak wyparowują z niego resztki nadziei.
— Będę miał kłopoty? — szepnął. — Media już dawno przestały się mną interesować.
— Ale masz dwóch sławnych synów. To w zupełności wystarczy.
Spuścił wzrok. Wiedziałem, że znów walczy z wyrzutami sumienia. W końcu przez prawie całe życie był idealny. Tak samo jak ja. Dopiero trzy lata temu coś zaczęło się psuć.
Ale czy na pewno? Nagle przypomniałam sobie o znalezionych aktach. Ponad trzydzieści lat temu tata wplątał się w jakąś śmierdzącą sprawę. Może w cale nie był tak krystaliczny jak myślałem.
— Mogę cię o coś zapytał? — zacząłem.
Tata podniósł wzrok z nad szklanki. W jego oczach pojawiły się dziwne ogniki.
— Pytaj o co chcesz, synu.
Wzdrygnąłem się. Była bardzo, bardzo źle. Skoro już mówił do mnie synu, to oznaczało, że tylko cud powstrzyma go przed ponownym sięgnięciem po alkohol.
Musiałem ściągnąć tu Nicolasa. I to jak najszybciej.
— Miałeś kiedyś zatargi z włoskim prawem? Wiesz, jeszcze kiedy grałeś? Jakaś bójka albo coś podobnego.
Parsknął cicho śmiechem. Wstał, spojrzał na zielony płyn w szklance, skrzywił się z obrzydzeniem i wylał go do zlewu.
— Wiem, że ja i Ngaphet zakopaliśmy topór wojenny, ale to nie oznacza, że przejąłem jego zwyczaje. A dlaczego pytasz? Wplątałeś się w coś podejrzanego?
Nerwowo przygryzłem wargę.
— Chyba po prostu coś odkryłem. Przez zupełny przypadek! — zastrzegłem pospiesznie. — Po prostu… Byłeś świadkiem, W jakiejś nieprzyjemnej sprawie. W dwa tysiące czwartym roku.
Przez moment tata wyglądał tak, jakby nie miał pojęcia o czym mówię. Już od jakiegoś czasu wolniej kojarzył fakty, a będąc na kacu najchętniej wszystko przyjąłby jak na tacy.
— Włochy? — Zmarszczył brwi i w zamyśleniu podrapał się po głowie. — To było tak dawno temu, tylko jeden sezon i… — przerwał w pół słowa. Poderwał się gwałtownie z krzesła, po czym zatoczył się do tyłu i w ostatniej chwili chwycił krawędź stołu.
— Nigdy więcej o tym nie wspominaj — wycharczał, oddychając ciężko. — Nigdy!
Zamrugałem zdezorientowany. Spojrzałem na tatę, potem na kubek z kawą i znów na tatę.
— Dlaczego?
Zacisnął usta w wąską kreskę. Chwiejąc się na boki podszedł do parapetu i zdjął zdjęcie, która przedstawiało całą naszą siódemkę na Majorce. Ja i Pretty mogliśmy mieć jakieś cztery lata. Opieraliśmy się o ramiona roześmianego, siedzącego po turecku Nicolasa. Stojący za nami tata, jedną rękę trzymał na głowie Pierrette, a drugą obejmował w pasie mamę. Najbardziej chaotycznym elementem na zdjęciu był Timote, któremu Manoline znienacka wskoczyła na plecy i teraz obydwoje próbowali utrzymać równowagę.
— Byliśmy tacy szczęśliwi… — westchnął tata.
Z irytacją przewróciłem oczami. Nie, zdecydowanie nie miałem ochoty słuchać, jak tata po raz kolejny użala się nad sobą, Pretty, światem, sobą, losem świnek morskich w Peru, lodowcami, mamą, sobą i kosmosem.
— To powiesz mi co się stało, czy mam dalej włamywać się do akt? — zapytałem już naprawdę zniecierpliwiony.
Znów się naburmuszył. Powlókł się do stołu, usiadł ciężko i zaczął stukać palcami o blat.
— Nie mogę — westchnął w końcu. — Nie chcę, nie ma co do tego wracać. Stało się dawno temu, było minęło. Sprawa zamknięta. Wywołująca bolesne wspomnienia, ale zamknięta.
Wahałem się, czy lepiej będzie parsknąć śmiechem, przywalić sobie otwartą dłonią w czoło. Wiem, że upartość była u nas dziedziczna, ale czasami naprawdę miałem jej serdecznie dość. Szczególnie w wykonaniu ojca. Ze swoją cierpiętniczą miną wyglądał czasami jak ci bohaterowie starych komiksów, którym wydawało się, że ciężar wszystkich problemów tego świata spoczywa na ich ramionach.
Również wstałem od stołu. Chwyciłem to samo zdjęcie, co wcześniej tata i położyłem przed nim na blacie.
— Co stało się trzydzieści pięć lat temu? — zapytałem ponownie. — I dlaczego nie chcesz mi o tym powiedzieć? To ma jakiś związek z mamą?
Zero reakcji. Tak, jakbym mówił do ściany. Tata tylko patrzył na zdjęcie, a z jego twarzy nie byłem wstanie wyczytać żadnych uczuć. Złości, wyrzutów sumienia, smutku. Nic, kompletna pustka. To już piłki na treningu były bardziej ekspresywne.
Walter, do cholery, koniec narzekania! Jesteś tym genialnym dzieckiem francuskiej koszykówki, czy nie?! To w takim razie wymyśl coś w końcu, rusz tymi leniwymi neuronami, bo jak wrócisz do Stanów, to ci trener nogi z tyłka powyrywa.
A potem karze robić karne kółka w okół boiska. Sto karnych kółek.
To ja może jednak zostanę przy upartym ojcu.
To ja może jednak zostanę przy upartym ojcu.
— Okej, dobra, to z innej strony. — Uniosłem ręce, pokazując, że się poddaje. — Zrobiłeś coś złego?
Wiedziałem, że tak łatwo nie przyzna się do błędu. Dzieliło nas czterdzieści lat różnicy, ale geny to geny. Po kimś odziedziczyłem poczucie własnej wartości.
— Ciężko powiedzieć, czy złego — westchnął. — Po prostu… poniosły mnie wtedy emocje. Zrobiłem coś głupiego. Czy było złe? Mogło wpędzić mnie w spore kłopoty, ale wtedy uważałem, że postępuję właściwie.
Przełknąłem głośno ślinę. Przed oczami stanęły mi znalezione dokumenty. Pobicie z próbą gwałtu… Wzdrygnąłem się mimowolnie. Czy tata mógł być aż tak głupi?
Nie, pokręciłem głową, zdecydowanie nie. Zresztą w tej sprawie był tylko świadkiem, nikim ważnym.
Chciałem coś jeszcze dodać, ale w tym momencie, ktoś zadzwonił do drzwi. Widząc, że tata ledwo trzyma się na nogach, wstałem pospiesznie i pospieszyłem otworzyć.
Spodziewałem się ujrzeć w nich Aishę albo Zana. Prędzej Zana, bo Aisha zapewne odsypiała całą noc przed komputerami. Jednak zamiast któregoś z przyjaciół Pretty w progu stał wysoki mężczyzna koło czterdziestki. Miał krótko ścięte, jasne włosy, a na ramiona narzucił spraną wojskową kurtkę w nijakim kolorze. Zmierzył mnie spojrzeniem zmęczonych, niebieskich oczu.
Dokładnie takich samych jak moje.
— Cześć, Walt.
— Cześć, Nico.
Nicolas minął mnie w drzwiach. W holu starannie rozwiązał wysokie buty, otrzepał kurtkę z wyimaginowanego kurzu, odwiesił na wieszak, wygładził dłonią sweter w serek i dopiero wtedy wszedł do kuchni.
— Cześć, tato.
Na jego widok tata od razu się rozpromienił. Podniósł się ostrożnie, jakby chcąc ukryć oznaki kaca, a potem po ojcowsku przytulił najstarszego syna.
— Jednak udało ci się przyjechać!
— Dostałem kilka dni wolnego. — Nico wzruszył ramionami. — Byłbym wcześniej, ale utrzymywanie pokoju na świecie jest trudniejsze niż się ludziom wydaje.
— Nawet gdy jesteś odpowiedzialny tylko za budowę natowskich samolotów? — uniosłem kpiąco brew.
— Szczególnie wtedy. — Uśmiechnął się krzywo. — A jak jest się odpowiedzialnym za losy świata, to wypija się wyjątkowe ilości kawy. Nadal kupujecie w tym sklepie za rogiem?
Mechanicznie kiwnąłem głową, choć tak naprawdę nie miałem pojęcia, gdzie tata kupuje kawę. Nastawiłem ekspres i w trójkę usiedliśmy przy stole. Pogodzony z faktem, że już raczej nie dowiem się prawdy o aktach, zacząłem skubać skórki wokół paznokci.
Zaczęli rozmawiać o wszystkim i o niczym, a ja tylko słuchałem jednym uchem. Jeszcze kilka lat temu sam zagadałbym Nicolasa na śmierć. Mimo dzielącej nas różnicy wieku, świetnie się dogadywaliśmy, Nico wielem razy towarzyszył mnie i Pierrette w dziecięcych psikusach.
Po śmierci mamy wszystko się zmieniło. Czy miałem żal do starszego rodzeństwa, że nie porzucili wszystkiego by ratować tatę? Może trochę. Ale i tak byłem wdzięczny za to, co zrobili. Mieli swoje życie, swoje rodziny, swoje problemy. Byli dorośli. Manoline miała dwie malutkie córeczki. Nicolas odpowiadał za wojskowe samoloty. Timote rozgrywał jeden z najlepszych sezonów w życiu.
A mimo tego przez rok, co tydzień któreś z nich przyjeżdżało do Paryża. Tak naprawdę zajęli się wszystkimi technicznymi sprawami naszego życia. Pilnowali opłacania rachunku, pełnej lodówki, czy regularnych wizyt u psychologa. Opiekowali się naszą trójką na tyle, na ile było to możliwe.
Problem był w tym, że tata nie potrzebował, by ktoś się nim opiekował. Potrzebował kogoś, kim sam mógłby się opiekować. Potrzebował znów poczuć się ważny. Zrozumiałem to dopiero, gdy wyjechałem.
— To teraz na spokojnie powiedz mi, co u Pierrette? — zapytał w końcu Nicolas.
Przełknąłem głośno ślinę. Wymieniłem z tatą nerwowe spojrzenia. Widziałem jak z trudem powstrzymuje się, by nie wybuchnąć płaczem.
Ewentualnie, by nie sięgnąć po ukrytą w szafce butelkę.
— Jest źle — wyszeptał. — Bardzo, bardzo źle. Na początku myślałem, że po prostu przechodzi kolejne załamanie. Ale lekarze szybko to wykluczyli.
— Szczególnie, że ostatnio było coraz lepiej — wtrąciłem. — Wyglądało na to, że zaczyna się podnosić po tym… po tym jak mama odeszła.
Zapadła niezręczna cisza. Każdy z nas wpatrywał się w stół, bojąc się spojrzeć drugiemu w oczy. Nie rozmawialiśmy o śmierci mamy. Wspomnienia były jeszcze zbyt świeże.
— I pomyśleć, że zaledwie miesiąc temu minęły trzy lata — westchnął ze smutkiem Nico.
Zaalarmowany podniosłem głowę. Miesiąc temu? Mieliśmy luty, więc miesiąc temu był styczeń.
Ale przecież…
— Zima stała się jeszcze bardziej zimna — mruknął tata, desperacko zaciskając palce na ciepłym kubku.
Tego było za wiele. Poderwałem się z krzesła, mierząc ich osłupiałym spojrzeniem.
— O czym wy w ogóle mówicie? — wydukałem. — Przecież… przecież mama zmarła we wrześniu. Było jeszcze ciepło!
Obydwoje spojrzeli na mnie jak na wariata. Znów miałem wrażenie, że tracę grunt pod nogami, zrobiło mi się słabo.
— Walt, na pewno dobrze się czujesz? — zapytał troskliwie Nicolas. — Pewnie też jesteś przemęczony.
— Nie, nie, nie…
— Coś ci się trochę pomieszało, młody. Mama zmarła w styczniu.
To podziałało na mnie jak kubeł zimnej wody. Odwróciłem się na pięcie i przewracając krzesło, wybiegłem z kuchni. Porwałem z przedpokoju kurtkę, a potem wypadłem na ulicę.
Biegłem najszybciej jak się dało. Lodowate powietrze wdzierało się pod skórzaną kurtkę, ale nie zwracałem na to uwagi. Co rusz skręcałem to w prawo, to w lewo. Drogę znałem na pamięć. Mógłbym pokonać ją z zamkniętymi oczami, nogi niosły mnie same. Potrącałem przechodniów, zignorowałem czerwone światło na pasach. Jakiś facet poprosił o zdjęcie, ale tylko rzuciłem szybkie przepraszam i pobiegłem dalej. Czułem jak moje płuca dosłownie płoną, złamany palec pulsował bólem piekielnym. Kolejne domy zlewały się w jedną całość. W głowie cały czas dudniły mi słowa Nicolasa.
Mama zmarła w styczniu…
Pokręciłem gwałtownie głową, próbując opanować łzy. Nie mogłem się pomylić, nie mogłem. Mama odeszła we wrześniu. Byłem tego pewien. Pamiętałem, cały czas pamiętałem. Pamiętałem jej ostatni uśmiech, opiekuńcze spojrzenie i prośbę, bym opiekował się Pretty. Pamiętałem jak kazała nam odpocząć i pamiętałem telefon o piątej nad ranem, po którym już nic nigdy nie było takie samo.
Jak szalony wpadłem minąłem kamienną bramę. Nie zwolniłem nawet na moment. Kluczyłem między zarośniętymi alejkami, by w końcu zatrzymać się przed niewielkim nagrobkiem.
Zdyszany, pospiesznie przeczytałem wygrawerowany napis:
Stephanie Antiga
12 listopad 1976 – 13 styczeń 2036
A potem osunąłem się na kolana i po prostu rozpłakałem.
Cześć, hej i czołem! Z wielką przyjemnością przedstawiam kolejny rozdział. Przyznam, że gdy go pisałam miałam straszne wachania weny. Raz po prostu nie można mnie było oderwać od klawiatury, a następnego dnia napisałam może trzy zdania.
Ale jestem całkiem zadowolona. Ostatnio odkopuje stare fanfiki Potterowskie, więc jakoś przyjemniej mi się pisze. Mam nadzieję, że Wam również rozdział przypadł do gustu. Jak zwykle z niecierpliwością czekam na komentarze i za wszystkie z góry dziękuję.
Pozdrawiam
Violin
PS. Moje ONICO wicemistrzem Polski :D Czego chcieć więcej?
![]() |
| Nie Mati, luzik, jestem całkowicie normalna. |

Coraz bliżej końca, jeszcze dzisiaj wrócę z konkretnym komentarzem 😊
OdpowiedzUsuńChyba mogę być z siebie dumna, bo nadrobiłam ostatnie opowiadanie; to właśnie tutaj miałam najwięcej zaległości i chociaż powinnam trzaskać zadanka, to chwila wolnego każdemu się przyda, a to czyta się wspaniale, chociaż nie przepadam za taką fanastyką XD Tu jestem w stanie to zaakceptować.
UsuńA więc muszę cię pochwalić, bo z rozdziału na rozdział czarujesz coraz bardziej i nikt nie uwolni się od tego opowiadania. Polly, bo chyba tak najłatwiej ją nazwać musi mieć naprawdę twardy orzech do zgryzienia. Jakoś nie wyobrażam sobie tego, że nagle siada obok mnie mój brat (20 lat) i mówi kim jest, a dodatkowo gdzieś w oddali widzę go jak ma dopiero te 11. Ten notes jest mega podejrzany, z początku myślałam, że na pytania odpowiada pani Antiga, ale w 2019 roku wciąż żyje. Jestem też bardzo szczęśliwa, że ta urocza dziewczyna nie myśli o Theo, bo to DUPEK. Jakby poznała prawdę to odskoczyłaby jak oparzona i wtuliła się w Mateusza. Oni muszą być razem, bo może to wszystko okaże się tylko snem, ale wtedy to ona będzie maleństwem. O kurde ja już się boję co dalej!
Teraz przyszłość. Bliźniak też wydaje się inny. Wciąż ma jakieś odczucia. Najpierw pomylił kolor sukienki, a teraz datę śmierci bliskiej osoby. Jestem jeszcze w stanie zrozumieć, że zamiast 13 powiedziałby 12 czy 14, lecz on pomylił się o kilka miesięcy. Czy on też nagle znajdzie się w 2019 jako dorosły facet? I pęka mi serduszko, bo nasz kochany trener jeszcze wpadnie w nałóg, bo po śmierci żony, to dzieciaki są jedynymi ważnymi osobami... Jejku to opowiadanie jest wspaniałe, a ja nie wiem czego się spodziewać.
Ja nigdy już nie wrócę do takiego lekkiego pisania, jakoś mnie to opuściło i nie mogę się zabrać za kolejne rozdziały, a moje wino chyba nie wyszło...
Życzę weny i powodzenia w dalszym pisaniu ich losów.
PS. Jako ogromna fanka Skry, muszę stwierdzić, że też jestem cholernie dumna z Onico, bo to co zrobili w tym sezonie, to hit. ❤️
Zadanka zawsze mogą poczekać xd
UsuńOgólnie, to cieszę się bardzo, że spodobało Ci się opowiadania. W Fandomie sportowym raczej rzadko pojawiają się lementy fantastyki, więc nie byłam przekonana jak przyjmie się moja historia.
W każdym razie bardzo dziękuję za komentarz!
Pozdrawiam
Violin
Widać, że Pretty czuje się bardzo dobrze w towarzystwie Mateusza i również po nim widać, że polubił dziewczynę. Myślę, że jego postać jest zbawieniem dla Antigi, ponieważ dzięki siatkarzowi chociaż na chwilę jej myśli odchodzą od problemów.
OdpowiedzUsuńNiestety w tym rozdziale postać Amelii się nie pojawiła i Pretty nic nowego się nie dowiedziała, ale oby zagadka kobiety również została pomyślnie rozwiązana.
Zaniepokoił mnie tajemniczy mężczyzna, który przez cały dzień "towarzyszył" naszej bohaterce. Może on mieć coś wspólnego ze sprawą Stephane, ale skąd mógłby wiedzieć, że dorosła Polly to córka Antigi? Za to moment zbliżenia matki z córką i możliwość przytulenia się do ukochanej mamy, która zmarła być dla mnie bardzo wzruszający.
Kolejną bardzo niepokojącą sprawą jest kamień i kartka do niego dołączona. Naprawdę jestem bardzo ciekawa o co tak naprawdę chodzi i niech zeszyt zacznie współpracować z Pretty, bo samymi krótkimi zdaniami dziewczyna za dużo nie zdziała. Jedynym plusem była rozmowa Pretty z ojcem, który widać chyba przekonał się trochę do opiekunki swoich małych dzieci.
Po pierwszym fragmencie przyszłości stwierdzam, że nie mogłabym mieszkać w takim domu, gdzie jest tyle trzasków, odgłosów itd., bo bym zwariowała.
Byłam zaskoczona propozycją lekarzy i pomysłem z hospicjum. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że wiecznie Polly nie może leżeć w łóżku i zajmować miejsca innym, ale to okropne. I w tym momencie uświadomiłam sobie, że Pretty w przeszłości musi działać i to szybko, bo w przeciwnym razie Polly może stracić kawał zdrowia.
Pominę opicie się Antigi, bo chyba każdy na jego miejscu zareagowałby tak samo. Jednak martwi mnie to, że mężczyzna nie chciał powiedzieć Waltowi o jaką sprawę z przeszłości może chodzić. Jest to na pewno duża zagadka, którą teraz Walt musi rozwiązać przy pomocy Aishy.
Uwielbiam Cię za to, że dałaś nam tutaj w przyszłości Nicolasa. Chociaż w tym rozdziale pojawił się na momencik to jednak fajnie jest wiedzieć, że u niego wszystko dobrze.
I na koniec bardzo dziwna sprawa odnoście śmierci Stephanie... To niemożliwe, żeby Waltowi tak bardzo się pomieszały miesiące i nie pamiętałby kiedy jego mama zmarła. To już trzeci taki przypadek na młodym Antidze, gdzie okazuje się, że to co myślał nie ma nic wspólnego z rzeczywistością.
Z niecierpliwością czekam na kolejny rozdział i w wolnej chwili zapraszam do siebie. Buziaki! 😘
Nawet sobie nie wyobrażasz jak bardzo muszę się starać, by nie pakować wszystkich wydarzeń do jednego rozdziału. Ale wtedy jeden rozdział miałby jakieś 15 tyś. słów. Ja nie wyrobiłam z pisaniem, a Wy z czytaniem xd.
UsuńNie wiek dlaczego, ale zawsze jak wyobrażam sobie rodzinny dom Stephana ( mimo że nigdy o nim nie wspominał) to mam przed oczami takie stare, drewniane domostwo. Ot, pasuje mu i tyle.
Ogólnie, to oczywiście bardzo dziękuję za komentarz!
Pozdrawiam
Violin
Czy Ty widzisz szeroki uśmiech na mojej twarzy, który pojawił się za sprawą Polly i Mateusza? :D Ja ich po prostu uwielbiam! Polly miała troszkę inne plany, przynajmniej na początek dnia, a tutaj zjawia się Mateusz i wszystkie plany idą w łeb :D Jeszcze się na śniadanie wprosił! Aż się głodna zrobiłam :D Ich relacja jest taka urocza, że ojeju <3 Ich spacer był niezwykle przyjemny i do tego Mateusz zaopatrzył siebie i Polly w torbę pełną rogalików... Lepiej być nie mogło! Swoją drogą fakt, że zjawił się w kawiarni i zdobył informacje od Trixie, że Polly ma wolne dobitnie o czymś świadczy ^^ Hahaha, dobrze że Pierrette sprostowała informację od kogo kolega Mateusza dostał darmowe ciacho ;) Tutaj już niech działa Trixie! :D Końcówka spaceru Polly i Mateusza... Rozpływam się! Siatkarz tak działa na Pretty, że ta zapomina o Theo i nie tęskni za nim... I bardzo dobrze! Po co jej Theo skoro ma u swojego boku takiego faceta jak Mati? No właśnie ^^
OdpowiedzUsuńZaniepokoił mnie ten typ, który śledzi każdy krok Pierrette. Bo kim on jest? Mam jakieś nieprzyjemne przeczucia :(
Ze śledzenia Amelii nie wyszło nic, a przynajmniej nie tego dnia. Ale Polly i Nico tak łatwo nie przestaną, tego jestem pewna!
Wzruszyłam się niesamowicie, gdy czytałam o odczuciach Polly, która znów mogła przytulić Stephanie. To na pewno było dla niej emocjonujące przeżycie, a i również spełnienie marzeń, które wydawać by się mogło, że nie mają już najmniejszych szans na to spełnienie. Niepokoi mnie jednak stan Stephanie :( Kobieta ma zdecydowanie za dużo na głowie, a tajemniczość i kłamstwa Stephana niczego nie ułatwiają. Dobrze, że ma choć lekcje tańca, na które zwerbowała Polly :) Kto wie, być może te chwile spędzone wspólnie również okażą się kluczowe.
Polly po raz kolejny spisała się genialnie w roli niani dla samej siebie i Walta :D Tylko niestety znów była narażona na stresy, tym razem przez groźbę przymocowaną do kamienia. Strasznie to wszystko tajemnicze, a milczący Stephan niczego nie ułatwia! Ale mam wrażenie, że jego odczucia do Polly złagodniały, więc jest to jakiś plus :)
I powrót... Nie dziwię się Stephanowi, że postanowił uśmierzyć ból w alkoholu. Nie spodziewałam się, że lekarze wpadną na pomysł, by umieścić Pierrette w hospicjum... Nawet sobie nie wyobrażam, jakie emocje targały wtedy Stephanem. To musiało być coś strasznego. Kurczę, niepokoi mnie ta sprawa z przeszłości. Stephan niby mówi, że jest zamknięta, a jednak reaguje na nią w taki sposób, że wydaje mi się, że kryje się za tym coś więcej.
Jest i Nico! Może on pomoże to wszystko ogarnąć?
I... Co się dzieje z Waltem?! Przecież to niemożliwe, by zapomniał datę śmierci Stephanie... Tajemnice, tajemnice wszędzie! Czekam na nowość z niecierpliwością :)
I wielkie gratulacje dla ONICO! :D
Pozdrawiam ;*
Lubię pisać o Polly i Mateuszu! To chyba najlżejszy z wątków w tym opowiadaniu, bez tych wszystkich tajemnic i sekretów.
UsuńTrochę wachałam się, czy wprowadzać Nicolasa w przyszłości, ale w końcu stwierdziłam, że jakieś rodzeństwo bliźniaków jednak by się przydało.
Bardzo dziękuję za komentarz!
Pozdrawiam
Violin
Jako że moja migrena poszła sobie w siną dal, mogę na spokojnie i w kompletnym skupieniu skomentować ten rozdział :)
OdpowiedzUsuńJeśli Pretty zapomniała (prawie) o swoim niedoszłym (na całe szczęście) narzeczonym, to wniosek jest tylko jeden! Po prostu nigdy tak na prawdę go nie kochała ^^ wystarczy że pojawił się upierdliwy i lekko zwariowany młody siatkarz, a dziewczyna zaczyna czuć COŚ, czego nigdy nie czuła przy "idealnym" Theodorze. Nie wyobrażam sobie Theo zjadającego jej niedokończoną kanapkę ^^ toć to nie było wpisane w jego plan haha. Mateusz jest spontaniczny, ale zarazem uroczy :) Jak już wspominałam, lubię czytać ich rozmowy ^^
Stephan jak i Stephanie wolą wyżalić się teoretycznie "obcej" osobie, niż szczerze ze sobą porozmawiać. A tak zdecydowanie być nie powinno. Tym bardziej, że sytuacja powoli zaczyna się wymykać spod kontroli. Kim jest nieznajomy w niebieskiej bluzie, który kręci się wokół bloku Pretty i domu państwa Antiga? Czy to on ma coś wspólnego z pogróżkami? Kim jest człowiek, którzy obrzuca czyjś dom kamieniami, zdając sobie sprawę że w środku są dzieci? ^^ Ugh, wybuchnę z niecierpliwości! Ale powoli, bardzo powoli, zaczynam łączyć fakty oraz przyszłość z przeszłością. Przynajmniej tak mi się wydaje! :D Mam wrażenie, że to wszystko łączą wydarzenia, które miały miejsce we Włoszech. Problem polega jednak na tym, że trudno wyciągnąć prawdę od Stephana, szczególnie gdy jest w takim stanie.
Absolutnie nie dziwię się, że mężczyzna się załamał i chwycił za alkohol. Tyle nieszczęścia na niego spadło. Stracił żonę, a teraz lekarze nie potrafią pomóc jego ukochanej córeczce. Doskonale zdaje sobie sprawę co to oznacza. Jest bezsilny, a to najgorsze uczucie. Na całe szczęście ma wsparcie w swoich synach. To dobrze, że Nicolas przyjechał, ale wraz z nim pojawiły się kolejne nieścisłości. Coś się dzieje wokół Walta. Kolejny raz jego wspomnienia nie pokrywają się ze wspomnieniami innych. Dlaczego? Czy to ma coś wspólnego z Pretty?
Czekam z niecierpliwością na choć jedną rozwiązaną zagadkę! :D
Migrena naprawdę potrafi być irytująca ;( W przeciwieństwie do Mateusza. Kurczę, serio cieszę się, że wszystkim przypadła do gustu jego znajomość z Pretty. Uroczy są, nieprawdaż?
UsuńWspomnienia Waltera na razie są pogmatwane, ale z czasem pewne rzeczy naprawdę się wyjaśnią.
Bardzo dziękuję za komentarz!
Pozdrawiam
Violin
Jeeeeej, Pretty zapomina o tym gamoniu chujodorze, tfu Theodorze! A może to przez urok Matiego? Coraz bardziej zaczynam się do niego przekonywać, bo on niby ją wyrywa, ale tak sympatycznie i subtelnie. I tak w sumie nie znam się na aspektach psychologiczno miłosnych, ale fakt zabrania jej kanapki sprawił, że poczułam między nimi taka ziomeczkową więź. Bo wiesz te wszystkie miłosne bzdety są zawsze takie meh miłosne do porzygu, a tutaj nic takiego nie ma. Boże, jak się cieszę, że to opowiadanie spełnia wszystkie moje wymagania świetności.
OdpowiedzUsuńKolejna sprawa to ten podejrzany niebiesko bluzaty gość. Stawiam wszystkie moje kinderki, że to albo jeden z mafiozów, albo jakiś Sebix Amelii.
Pominę alkoholizację tatulka z teraźniejszości. Wiadomo - nie radzi sobie.
Powrót Nico bardzo mnie zaskoczył, myślę, że będzie miał dobry wpływ na ojczulka. Raczej lepszy niż Walt, bo on jest zbyt konkretny, a tatulka to trzeba chyba tak przytulić, popieścić i wtedy jest fajnie.
W ogóle strasznie smutno mi się zrobiło, jak Walt biegł na cmentarz. Z drugiej strony Pretty ewidentnie coś naprawiła (znaczy mam nadzieję, że data przesunęła się na późniejszą, a nie wcześniejszą xD). Dalej wierzę, że wszystko się zmienia, ale nie u Waltera, bo ma potężną więź DNA z Pretty. Biedny, żeby czasem do wariatkowa nie trafił :/
Czekam na następny rozdział :D
Pozdrawiam bardzo serdecznie!
Eden
untilthedawn.blogspot.com
Miłosne bzdety... ja też lubię jak chłopak ma w sobie odrobine szaleństwa. To tylko dodaje mu uroku :D
UsuńKocham Twoje teorie! I bardzo żałuję, że nie mogę zdradzić co będzie dalej ;)
Bardzo dziękuję za komentarz!
Pozdrawiam
Violin
Pierette chciała w pełni wykorzystać wolny dzień i dowiedzieć się w końcu czegoś istotnego o Amelii, co może zapobiegłoby całemu choasowi jaki opanował jej rodzinę. Jednak po raz kolejny Mati nieświadomie pokrzyżował jej plany, składając niezapowiedzianą wizytę, która koniec końców okazała się bardzo przydatna i Pierette mogła spędzić miłe przedpołudnie w jego towarzystwie. Zapominając choć na chwilę o całym tym szaleństwie w jakim się znalazła.
OdpowiedzUsuńIm więcej czasu ta dwójka ze sobą spędza tym bardziej się do siebie zbliżają. Mateusz wyraźnie stara się zrobić wszystko, aby dziewczyna obdarzyła go zaufaniem i pozwoliła zagościć w swoim życiu, a Pierette zaczyna nawet powoli zapominać o Theodorze, co akurat bardzo mnie cieszy. Dzięki temu lepiej zniesie prawdę o swoim "cudownym chłopaku". Poza tym sama zaczyna dostrzegać, że uczucia jakimi darzy Theo chyba wcale nie są tak głębokie, jak jeszcze do niedawna myślała. To na pewno nie jest miłość. Na całe zresztą szczęście.
Bardzo niepokojący jest ten tajemniczy mężczyzna, który najpierw śledził Pierette, a potem obserwował dom państwa Antigów. Jego dziwne zachowanie sugeruje, że nie ma przyjaznych zamiarów. Może to właśnie on stoi za tymi wszystkimi groźbami, a przy okazji ma związek z tą tajemniczą sprawą, która wydarzyła się we Włoszech?
Stephanie wydaje się być wykończona i zupełnie bezradna. Wyraźnie ostatnie wydarzenia ją przerosły, a jakby tego było mało jej małżeństwo popada w coraz gorszy kryzys. Z każdym dniem, coraz mocniej oddalają się od siebie ze Stephanem, co kiedyś byłoby czymś nie do pomyślenia. Nic więc dziwnego, że pozwoliła sobie na tę krótką chwilę słabości w obecności Pierette. Pocieszające jest to, że przynajmniej jej ukochana pasja potrafi wywołać u niej szczery uśmiech i ukoić zszargane nerwy.
Pomysł ze wspólnym wybraniem się na taniec może okazać się całkiem pomocny. Być może Pierette za jakiś czas uda się zbliżyć na tyle do Stephanie, że ta jej zaufa i zwierzy ze wszystkich swoich problemów. Pierwszy krok ku temu został już poczyniony.
Wygląda też na to, że Pierette nie ma za wiele czasu na wykonanie swojego zadania. Jej pobyt w przeszłości coraz mocniej oddziałuje na wydarzenia z przeszłości, co Walter jako jedyny zauważa. Oby to wszystko dało się jeszcze odkręcić.
Staphane z przeszłości zachowuje się coraz bardziej podejrzanie. Sprawia wrażenie jakby świetnie orientował się w tym, kto stoi za tymi wszystkimi incydentami, które zakłócają spokój jego rodziny, a równocześnie nic z tym nie robi. Uważając, że niczego nie da się już naprawić. Jakby tego było mało, ukrywa coraz więcej faktów przed Stephanie, co jest do niego w ogóle nie podobne. Czy on naprawdę chce przekreślić te wszystkie wspólne lata i zrujnować ich małżeństwo oraz rodzinę? Mam nadzieję, że w końcu weźmie się w garść i zacznie racjonalnie myśleć. Przede wszystkim niech zacznie od zakończenia spotkań z tą całą Amelią, bo to na pewno nie przyniesienie mu niczego dobrego.
Także w teraźniejszości Pierette nie dzieje się za ciekawie. Walter stara się ułożyć to wszystko co się dzieje w logiczną całość, ale ma za mało informacji i nikt niczego mu nie ułatwia. Staphane zareagował bardzo gwałtownie na samą wzmiankę o tym tajemniczym śledztwie. Jakby nigdy nie chciał do tego wracać. Wygląda to coraz poważniej. W dodatku lekarze zaczynają wątpić w wyzdrowienie jego ukochanej córki i sugerują najgorsze. Co jest tragiczną wiadomością dla Stephana. Całkowicie się przez to załamał i pogrążył w rozpaczy. Na szczęście Nico zjawił się w samą porę. On chyba jako jedyny może podnieść na dachu swojego tatę. Co na pewno nie będzie łatwym zadaniem. W końcu w ostatnim czasie Stephana życie doświadczyło aż za bardzo, a on zupełnie nie potrafi sobie z tym poradzić. Liczne jednak, że wkrótce nastąpi jakiś przełom, który da mu jakiś promyk nadziei, że szczęście może jeszcze zagościć w jego życiu.
Czekam z niecierpliwością na następny rozdział.
Niepokojący mężczyzna jeszcze długo pozostanie niepokojący. Przyznam, że jest jednym z tych wątków, które muszę prowadzić bardzo ostrożnie.
UsuńMoże to trochę dziwnie, ale całkiem dobrze mi się piszę o załamanym Stephanie. Ale spoko, nie będę Was nim zamęczać.
Bardzo dziękuję za komentarz!
Pozdrawiam
Violin