Warszawa, 16 marca 2019
Metalowa sprzączka delikatnie wbijała mi się w stopę. Zagryzłam zęby i spróbowałam ją poprawić. Nic. Jakich ułożeń bym nie próbowała było źle. Za luźno — buty spadały. Za mocno — uwierały.
Ale czego się nie robi dla chłopaka, co nie?
Zerknęłam na zegarek, dochodziła szósta, Matusz miał przyjść za piętnaście minut. Byłam prawie gotowa. Dzięki temu, że wszechświat opłacał wszelkie rachunki związane z użytkowaniem mieszkania, mogłam pozwolić sobie na drobne przed imprezowe szaleństwa. Prosta granatowa sukienka ze srebrnym paskiem leżała idealnie. Granatowe czółenka na lekkim obcasie też były wygodne.
Tylko ta cholerna sprzączka...
— A, chrzanić to! — machnęłam z rezygnacją ręką. — I tak skończę na bosaka.
Nie żebym miała doświadczenie w imprezach. Byłam może na dwóch. Na wszystkich wszystkie siłą wyciągnął mnie Walter. Głównie po to, bym bezpiecznie odstawiła go do domu, gdy już przestanie kontaktować.
Byłam wspaniałą siostrą, prawda?
— Dobra, Pretty, musisz się ogarnąć — upomniałam swoje lustrzane odbicie. — Pamiętaj, nazywasz się Penelopa Bernard, masz dwadzieścia lat. Urodziłaś się w Lyonie. Próbujesz znaleźć swoje miejsce na świecie, a wcześniej mieszkałaś w Paryżu. Szybko uczysz się języków, dlatego już mówisz trochę po Polsku. Twoja mam nie żyje, z ojcem i rodzeństwem nie masz kontaktu. To długa historia, której nie chcesz opowiadać. Zrozumiałaś?
Odbicie prychnęło kpiąco. Byłam beznadziejną aktorką.
Jeszcze raz spróbowałam sensownie uczesać włosy. Przez miesiąc urosły odrobinę, ale nadal były cienkie i nie dało się ich związać w żaden sposób. Do tego słaby, krzywy makijaż i zero jakiejkolwiek biżuterii.
Jakbym wybierała się do ciotki Marcie na imieniny. Byłam nudna do bólu. Zdziwię się jeśli ktokolwiek mnie zauważy. Może to i lepiej?
Chociaż musiałam przyznać, że chciałam podobać się Mateuszowi. Szczególnie ostatnio. Niezależnie od pogody, czy rozkładu dnia, bardzo się starał byśmy codziennie spędzali ze sobą chociaż parę godzin. Zabrał mnie na gokarty i do kina. Spędziliśmy całą noc, oglądając Supernatural i próbowałam nauczyć go piec prawdziwe, francuskie rogaliki. Przy jego boku czułam się naprawdę spokojna, wyciszona. Dochodziłam do wniosku, że to był dobry pomysł. Zaczęłam nawet wyczekiwać każdego pocałunku, każdego dotyku. Potrzebowałam tego.
Dzwonek do drzwi przerwał moje rozmyślenia. Pospiesznie wygładziłam sukienkę, uśmiechnęłam się szeroko i pobiegłam otworzyć drzwi.
— Może jednak nie powinniśmy iść na tę imprezę —takimi słowami powitał mnie Mateusz.
— Wyglądam aż tak beznadziejnie?
— Raczej tak pięknie. Muszę cię chronić przed bandą niewyżytych facetów z umysłami pięciolatków, prawda? — Pocałował mnie szarmancko.
— Skoro tak uważasz — westchnęłam. — Chociaż wątpię by w ogóle zwrócili na mnie uwagę.
— Ty tak serio? —Mateusz parsknął śmiechem. — Wyglądasz super! Delikatnie, naturalnie, ale na swój sposób sposób pociągająco. — Kokieteryjnie poruszył brwiami. — No i nie zdziwię się, jak będziesz jedyną dziewczyną, z której nie zacznie się kruszyć po wejściu na parkiet.
Ten komentarz zignorowałem. Na sam pomysł, że miałoby do tego dojść dostawałam dreszczy. Flamenco? Balet? Taniec towarzyski? Proszę bardzo. Ale nieskoordynowane skakanie do muzyki w klubie. Podziękuję, posiedzę.
Już miałam zacząć protestować, gdy Mateusz zerknął na zegarek i stwierdził:
— Musimy się zbierać. Jedziemy na drugi koniec miasta.
Chwycił mnie za rękę, wyciągając z mieszkania. Wystarczyło, by się uśmiechnął, a poddałam się całkowicie.
W samochodzie Mateusza było przyjemnie ciepło. Oparłam głowę o okno i obserwowałam tętniącą życiem Warszawę. Mimowolnie przypomniałam sobie swój pierwszy dzień w przeszłości. Miałam wrażenie, że minęły całe wieki, odkąd Mati wiózł mnie w drugą stronę. W podobnej, wyjściowej sukience i butach, podobnie przerażoną.
A przecież to był tylko miesiąc.
Kątem oka zerknęłam na Matiego. Uśmiechał się pod nosem i rytmicznie uderzał palcami w kierownicy. W idealnie dopasowanej koszuli i lekko przylizanych włosach już nie wyglądał jak chłopiec. Był mężczyzną. Młodym, przystojnym mężczyzną, szaleńczo we mnie zakochanym.
Ucisk w żołądku podpowiadał, że to nie skończy się dobrze.
Po pół godzinie dojechaliśmy na miejsce. Urodziny odbywały się w klubie, który zajmował dwa piętra starej kamicy. Przy wejściu stał ochroniarz, a ze środka dobiegała dudniąca muzyka.
— Ja w filmie — mruknęłam, wychodząc z samochodu.
— Co „jak w filmie”? — Mateusz przekrzywiło z zaciekawieniem głowę.
— Klub. Jest wręcz przesadnie encyklopedyczny. Jakbym oglądała amerykański serial.
— Taka stylistyka — roześmiała się. — Pozostali pewnie już czekają.
Czekali. Dziesięciu siatkarzy, jacyś inni kumple i kilka dziewczyn. Nie przyglądałam im się uważnie i nawet nie próbowałam zapamiętać imion. Kiwałem głową i uśmiechałam się miło. Tyle powinno wystarczyć, bym została zignorowana.
Mateusz zaprowadził mnie do wynajętych loży. Były na uboczu, z dala od głośników i kolorowych świateł, ale i tak szumiało mi w głowie. Z westchnięciem ulgi usiadłam na kanapie. Potarła dłonią skroń. Małe krasnoludki zrobiły sobie plac zabaw z moich neuronów i właśnie zaczynały grać w klasy.
— Wszystko w porządku? — zapytał Mateusz.
— Tak, spoko, po prostu muszę się przyzwyczaić.
— Przynieść ci coś do picia?
— A podają tu coś, po czym nie będę miała kaca?
Roześmiał się głośno. Poklepał mnie po głowie niczym uroczego szczeniaczka po czym zniknął w tłumie.
Pozostali rozsiedli się obok. Dziewczyny chyba doskonale się znały, bo nie zwracały na mnie uwagi. Zresztą rozmawiały po polsku, więc i tak niewiele bym rozumiała. Niektórzy chłopcy również poszli po coś do picia, ze dwóch wybyło na parkiet w poszukiwaniu partnerek.
— To ty jesteś dziewczyną Mateusza? — zapytał nagle jeden z siatkarzy. Musiał być rówieśnikiem Mateusza. Był równie wysoki, ale na policzkach i brodzie miał lekki zarost. Przypatrywał mi się z zaciekawieniem, jakbym była wyjątkowo rzadkim okazem w zoo.
— Tak jakoś wyszło — mruknęłam, kuląc się odruchowo.
— Od dawna się znacie? Nigdy cię wcześniej nie widziałem.
— Od jakiegoś miesiąca. To bardzo... gwałtowna znajomość — zaczerwieniła się mimowolnie.
— W to nie wątpię. Choć dziwie się, że tak szybko skradł twoje serce. Mati raczej psem na baby nie jest, ostatnia dziewczyna rzuciła go po dwóch tygodniach. Po tym obiecał sobie, że teraz tylko siatkówka. Musisz być naprawdę wyjątkowa, bo na twój widok ślini się jak szczeniaczek.
Przełknęłam głośno ślinę, moje serce jakby zabiło mocniej.
Na szczęście w tym momencie pojawił się Mateusz. Postawił przede mną kolorowego drinka, sam ściskając kufel z piwem. Jak wytłumaczył, wrócimy taksówką, a samochód odbierze następnego dnia. Impreza zaczynała się rozkręcać i przybierać normalny rytm. Goście ostatecznie stracili mną zainteresowanie. Mogłam spokojnie wtopić się w sofę. Mateusz rozmawiał z kolegami, co pewien czas wybuchał głośnym śmiechem. Za każdym razem gdy na mnie spoglądał uśmiechałam się słabo i kiwałem głową. Wtedy obejmował mnie ramieniem, przytulał i czule całował w czoło. Więcej nie potrzebowałam.
Muzyka zmieniła się. Już nie przypominała bezładnego dudnienia. Była rytmiczna, żywa i aż wyciągała na parkiet. Puścili rocka. Prawdziwe rocka. Nie mogłam się nie ożywić.
— Zatańczymy? — Mateusz to zauważył. Chwycił mnie za rękę i za nim zdążyłam zaprotestować, wyciągnął na parkiet.
Przepadłam i to totalnie. Tańczył naprawdę świetnie. Muzyka szumiała nam w uszach, a on okręcał w mnie w kółko, przechylał, czy podnosili. Był doskonałym partnerem. Znów mogłam na moment zatopić się w tańcu. Znów czułam jak rytm wypełnia każdą komórkę mojego ciała. Prawie całkowicie dałam pochłonąć się muzyce.
Prawie. Mateusz był blisko. Bardzo blisko. Widziałam krople potu na jego skroni, słyszałam przyspieszony oddech. Nasze ciała stykały się, ocierały sprawiając, że supeł w żołądku zawiązywał się jeszcze mocniej. Byłam rozgrzana do czerwoności Świerzbiły mnie wargi. Chciałam wspiąć się na palce i go pocałować. Opleść nogami jego uda, zatopić palce we włosach. Opanowanie przychodziło z trudem. Wpatrzona niebieskie oczy, dałam się prowadzić.
Piosenka w końcu dobiegła końca. Jednak zamiast mnie puścić, pociągnął w stronę wyjścia. Przepchaliśmy się przez tłum, minęliśmy bar, toalety, by zatrzymać się w ciemnym, pustym korytarzu. Chciałam zapytać, gdzie jesteśmy, ale rzut oka na chłopaka wystarczył, bym zamilkła.
Mateusz oddychał ciężko, jego ciało drżało. W jego oczach dostrzegłam taką dzikość, takie nieokrzesanie, że aż cofnęłam się o krok.
— Nie mogę dłużej czekać — warknął.
A potem wszystko działo się bardzo szybko.
Przycisnął mnie do ściany i pocałował namiętnie. Jęknęłam głośno, całkowicie się poddając. Zjechał ustami na szyję, dłońmi podniósł mnie za pośladki. Oplotłam go nogami w pasie. Znów jęknęłam i wbiłam paznokcie w jego plecy, gdy zsunął ramię sukienki i zaczął obcałowywać obojczyk. Lewą ręką sprawnie wsunął się pod sukienkę, palcami głaskał wewnętrzną stronę ud. W końcu, niby przypadkiem, musnął najwrażliwsze z miejsc. Krzyknęłam cicho, moje ciało wygięło się w łuk.
— Podoba ci się? — szepnął mi do ucha.
— Nie przestawaj. — Tylko tyle byłam wstanie wydusić.
Posłuchał z chęcią. Wpadłam w amok. Płonęłam. Świat wokół zniknął, straciłam kontakt z rzeczywistością. Liczył się tylko Mateusz. Ulotniła się zdolność logicznego myślenia. Zniknęła przeszłość, przyszłość, Ivy, Amelia, rodzice. Konsekwencje. Był tylko on. Jego ręce, jego palce, jego usta. Jęczała przy każdym dotyku. Coraz głośniej. Kręciło mi się w głowie, mięśnie napięli się do granic możliwości. Gdy poczułam, że on jest tak samo podniecony, jedynie mocniej zacisnęłam palce na jego plecach.
— Na piętrze są pokoje — wycharczał z trudem. — Jeśli oczywiście chcesz...
Przytaknęłam bez zastanowienia. Chciałam. Chciałam go tu i teraz. Już, natychmiast. Chciałam, by rozpiął sukienkę, a potem stanik. Chciałam, by obcałował całe moje ciało, milimetr po milimetrze. Chciałam poczuć jego palce tam, gdzie jeszcze nikt nie miał dostępu. Chciałam rozpiąć te cholerne guziki u jego koszuli i przyłożyć dłoń do nagiego torsu.
— Chodźmy — wyszeptałam. — Chodźmy jak najszybciej.
Uśmiechnął się przebiegle. Znów wsunął dłoń pod sukienkę. Dokładnie wiedział, gdzie nacisnąć, bym krzyknęła głośno.
— Jak sobie życzysz.
I dokładnie w tym momencie zadzwonił telefon. Zamarliśmy Głośne dzwonienie dobiegało z torebki, która już na początku wylądowała na podłodze.
— Kto to? — Mateusz zmarszczył brwi.
— Nie mam pojęcia — wzruszyłam ramionami. — Czy możemy go zignorować? Zaraz się podda.
Tylko, że się nie poddał. Dzwonił nadal, skutecznie utrudniając nam powrót do ciekawszych zajęć. Dzwonił tak długo, że napięcie prawie całkowicie wyparowało.
— Lepiej odbierz — poradził w końcu zrezygnowany Mateusz. — Może to coś ważnego.
Kiwnęłam głową. Nadal byłam otumaniona podnieceniem i nie bardzo rozumiałam, co się dzieje.
— Halo?
— Pretty? To ty? Musisz natychmiast przyjechać, mamy sytuacje kryzysową.
— Nico? — Z trudem rozpoznałam głos brata. Był tak przerażony, zdenerwowany, że aż chrypiał. — Co się stało?
— To długa historia, nie mam czasu na wyjaśnienia. Wiem, że pewnie jesteś zajęta, ale musisz natychmiast przyjechać do domu. Pośpiesz się, musisz mi pomóc! — rozłączył się za nim zdążyłam zareagować.
Drżącymi rękami schowałem telefon do torebki. Znów twardo stąpałam po ziemi. Spojrzałam na Mateusza. Wydawał się zniecierpliwiony. Przestępował z nogi na nogę, jakby czekając, aż z powrotem rzucę mu się w objęcia.
— Muszę iść — wyjaśniłam, siląc się na spokojny ton. — Sytuacja awaryjna.
— Aż tak?
— Niestety. Przepraszam. Gdybym mogła to bym została. Ale jeśli teraz nie pójdę... to może być nasza ostatnie wspólne godziny.
Mówiłam prawdę. Wiedziałam, że alarm dotyczy rodziców. Inaczej Nicolas by tak nie panikował. Skoro zadzwonił, to sytuacja musiała być tragiczna. Nie miałam pewność, co się stanie jeśli nie wykonam zadania. Bardzo prawdopodobne, że po prostu zniknę. Wolałam nie wymazać się z historii.
— Skoro tak mówisz. — Mateusz nie wyglądał na przekonanego, choć w jego oczach dostrzegłam rezygnację. I żal. Patrzył na mnie z zawodem, od którego miałam ochotę wyć. — Odwieźć cię?
— Nie — pokręciłam stanowczo głową. — Swoje już wypiłeś. Wezmę taksówkę.
— Dobra — wzruszył ramionami. — Daj potem znać. — Odwrócił się na pięcie i wrócił na główną sale.
Nie odprowadziłam go wzrokiem. Wypadłam z klubu, złapałam pierwszą lepszą taksówkę i kilka sekund później już wracałam na drugą stronę miasta.
Dopiero, gdy oparłam głowę o okno, gdy złapałam oddech, zaczęły do mnie docierać wydarzenia ostatnich kilkunastu minut. Zdałam sobie sprawę do czego doszło i do czego prawie dopuściłam.
Nie wiele by brakowało, a wylądowałabym z Mateuszem w łóżku. Niewiele brakowało, a pewnie uprawialibyśmy namiętny, szaleńczy seks. Tak, jak to tylko dwoje ogarniętych zwierzęcą rządzą ludzi potrafi.
Najgorsze było to, że tamtym momencie nie pragnęłam niczego innego.
— Penny, coś ty najlepszego zrobiła. — załamana schowałam twarz w dłoniach.
Przeszłość i przyszłość zawirowały mi przed oczami. Byłam idiotką, skończoną idiotką. Jak w ogóle mogłam pomyśleć, że układ z Mateuszem może wypalić. Przecież było oczywiste, że prędzej czy później będzie chciał czegoś więcej niż całusów i trzymania się za rączki. Kto by nie chciał? Miał prawie dwadzieścia lat, był normalnym chłopakiem. Dla niego byłam po prostu zwykłą dziewczyną. Ze swoimi tajemnicami, ale nadal dziewczyną. Pragnął mnie i liczył, że pragnę jego.
Miał cholerną rację.
— Powinnaś była to przewidzieć i uciąć wszystko w zarodku — warczałam pod nosem. — Jesteś za słaba, by się postawić, za bardzo w niego wpatrzona. Jakbyś zareagowała od razu, to do tej sytuacji, by nie doszło.
Znów cholerna prawda. Mati był dobrym chłopakiem. Wiedziałam, że gdybym powiedziała nie, to by odpuścił. Ale problem był w tym, że nie potrafiłam powiedzieć nie.
Że nie chciałam powiedzieć nie.
— Dobrze, że chociaż zadzwonił Nicolas — mruknęłam gorzko. — Inaczej straciłabym dziewictwo z facetem dwadzieścia lat starszym.
Roześmiałam się histerycznie, słysząc własne słowa. To był absurd, jakaś cholerna paranoja. Tyle razy odmawiałam Theodorowi, uważając, że jeszcze nie jestem gotowa. A wystarczyło, że Mateusz mocniej mnie pocałował, a byłam gotowa oddać mu się w całości.
Idiotka, skończona idiotka.
— Ciekawe jakby zareagował, gdyby dowiedział się, że jestem z przyszłości. I że prawdziwa ja, z tego czasu ma teraz niecałe pół roku i uczy się siedzieć.
Jęknęłam cicho. Walczyłam sama ze sobą. Jedna Pierrette chciała jak najszybciej zakończyć tę znajomości i wrócić do domu. Nie mieć nic wspólnego z Mateuszem.
A druga pragnęła tylko zawrócić taksówkę, wpaść do klubu i kontynuować to, co zaczęła.
— Dobra, Pretty, ogarnij się, masz teraz inne zadanie do wykonania — przypomniałam. — Nico potrzebuje twojej pomocy. Musisz ostatecznie pogodzić rodziców. I zrobić to tej nocy.
Nie wiedziałam skąd, ale po prostu czułam, że tak właśnie będzie. Teraz albo nigdy. Ostateczne starcie. Rodzice potrzebowali porządnego wstrząsu, kogoś, kto przywali im w łby i pokarze, że ich wątpliwości nie mają sensu. Skoro nie potrafili poradzić sobie sami, to musiałam wkroczyć.
Po pół godzinie byłam na miejscu. Zapłaciłam szybko i wysiadłem z taksówki. Nicolas już czekał. Dreptał w miejscu, z puchową kurtką narzuconą na ramiona i telefonem w ręku.
— Nareszcie jesteś! — Na mój widok aż podskoczył. — Już się bałem, że nie dojedziesz!
— Możesz wytłumaczyć, dlaczego przerywasz mi wolny dzień? — zapytałam. — Co znowu odwaliła Amelia?
Kątem oka zerknęłam na dom. Timi i Manoline byli na wycieczce, ale na parterze paliło się światło. Z kuchni dobiegały przytłumione, podniesione głosy. Coś trzasnęło, chyba spadający talerz.
Było bardzo źle.
— Sama zobacz. — Nicolas włączył komórką i podsunął mi pod nos zdjęcia. Zrobione na szybko, przedstawiające kolejny telefon z kolejnymi fotografiami na ekranie.
To one były kluczowe. Każde przedstawiało Amelię. Stojącą przed lustrem, w kusej, wyzywającej bieliźnie i w pozach, które dobitnie świadczyły, że doskonale wie, co robi.
Zatkało mnie. W życiu nie przypuszczałabym, że jakakolwiek kobieta, a już w szczególności w wieku i o pozycji tej starej Krokodylicy może tak bezwstydnie wypinać się przed kamerą.
— Skąd je masz? — zapytałam, choć doskonale znałam odpowiedź.
— Wysłała tacie. Wiedziała, że mama w końcu je zobaczy.
— A to dziwka! — uderzyłam pięścią w mur.
— Pretty!
— Oh, daj spokój — przewróciłam oczami. — Sam ją tak nazywasz w myślach. Zresztą mam trzech braci, myślisz, że od kogo nauczyłam się słownictwa. Zamiast prawić mi kazania, opowiedz wszystko od porządku.
Nicolas westchnął głęboko. Przestąpił z nogi na nogę i przeczesał palcami włosy. Wzrok wlepił w dom. Zaczął opowiadać. Drżącym głosem, cicho, jakby przy każdym słowie powstrzymywał się, by nie przekląć.
— Wiesz doskonale, że rodzice znają swoje kody do telefonów, tak na wszelki wypadek. To normalne. Było spokojnie. Tata usypiał maluchy, a mama przygotowywała mleko na noc. Komórka taty zabrzęczała, mama chciała sprawdzić, co przyszło. Stwierdziła, że to od Amelii ciekawość wzięła górą. Odblokowała ekran. Gdy zobaczyła zdjęcia, rozpętało się piekło.
— Przecież wie, że Krokodylica robi to specjalnie! — jęknęłam. — Sama jej to powiedziałam!
— Pod zdjęciami były jeszcze wiadomości. Według nich, to nie pierwsze zdjęcia, które wysłała tacie. Oczywiście tata zaprzecza, że kiedykolwiek cokolwiek dostał, ale wiesz jak to jest, ciężko udowodnić coś, co nie istnieje.
Kiwnęłam głową. Przetarłam oczy i powoli wypuściłam powietrze. Sytuacja była beznadziejna. Jeśli mama naprawdę wybuchła, to nic nie przemówiłoby jej do rozsądku. Jest wyczerpaną, zrozpaczoną matką malutkich dzieci, która podejrzewa męża o zdradę. Nie myśli logicznie.
— Tata przeszedł do kontr ataku? — zapytałam. Próbowałam ułożyć jakiś plan działania.
— Jak mama na moment przestała mu wyrzucać wszystkie błędy z przeszłości, to owszem, nie zostawił na niej suchej nitki — odparł gorzko Nico. — Przypomniał nawet, że to on przecież utrzymuje rodzinę.
— Kurwa! — zaklęłam. — Idiota, skończony idiota. Przecież doskonale wie, że mama jest strasznie wrażliwa na punkcie swojej kariery.
Cała rodzina wiedziała. Mieliśmy dwudziesty pierwszy wiek, ludzie łatwo oceniali. Mama nie pracowała zawodowo od przeszło czternastu lat i w oczach wielu była po prostu leniwa. W świecie, w którym kobiety marzyły o wielkich karierach, te które wybierały życie w domu stanowiły obiekt żartów.
— Dlatego nadal się kłócą. To będzie cud, jeśli dom wyjdzie z tego cało. — Nicolas pokręcił z dezaprobatą głową.
Zacisnęłam zęby. Musiałam coś wymyślić. I to jak najszybciej. Chodziło o moich rodziców! Byli tylko ludźmi, też puszczały im nerwy. Gdy się kłócili nie myśleli logicznie. A ja musiałam postarać, by zobaczyli, że kłótnia nie ma sensu.
— Czyli mama uważa, że tata naprawdę ją zdradza? — dopytała na wszelki wypadek.
— Yhm — przytaknął Nico. — Nie wiem czy wiesz, ale w małżeństwach takich jak to łatwo zasiać wątpliwości. Tata jest trenerem, częściej nie ma go w domu niż jest. Wcześniej grał. Mama ma poważne wątpliwości, czy to pierwszy taki przypadek. Zresztą tata nie pozostaje jej dłużny. Twierdzi, że skoro otrzymała list od tajemniczego wielbiciela, to może wcześniej też był jakiś mężczyzna. Za nim urodziły się bliźniaki, taty potrafiło nie być przez dwa, trzy miesiące. Jak tak dalej pójdzie, to zacznie poddawać wątpliwości swoje ojcostwo.
Aż przywaliłam dłonią w czoło. Serio, przez moment poczułam się tak, jakbym miała odczynienia z przedszkolakami walczącymi o ostatniego cukierka.
— I pomyśleć, że wyrośliśmy na ludzi — westchnęłam. — Dobra, musimy się ogarnąć. Dwa zadania: pogodzenie rodziców i pogonienie Amelii gdzie pieprz rośnie. Masz jakieś pomysły?
— Na to drugie od dawna — uśmiechnął się chytrze. — Zemsta będzie miała smak scooby chrupek.
Uniosłem ze zdziwieniem brwi, ale nie pytałam. Pomysły Nicolasa były również szalone, co jego historia.
— Z rodzicami będzie trudniej — mruknęłam. — Przede wszystkim muszą się uspokoić. W nerwach człowiek mówi wiele głupot.
— Więc, co proponujesz? — Nico z zainteresowaniem przekrzywiło głowę.
— Zaraz wejdziemy do domu. Oboje. Ja zajmę się mamą, ty tatą. Musimy ich od siebie odizolować. Wytłumaczę mamie, Amelia naprawdę robi to wszystko specjalnie i że jest wstrętną wiedźmą. Mama oczywiście na początku nie będzie chciała wierzyć, ale w końcu będzie musiała. Jestem przekonywującą i mam w zanadrzu kilka historii, które powinny pomóc.
— A co z tatą? Pewnie będzie chciał się pogodzić, ale będzie potrzebował pomocy, jak ma to zrobić.
— Wiem — przytaknęłam. — To będzie wieczór prawdy, Nico. Tata od początku ma tajemnicę, której nie chce zdradzić mamie. Chodzi o groźby. Kilkanaście lat temu zrobił coś, co teraz się mści. I strasznie się tego wstydzi. Musisz zmusić go, by powiedział mamie wszystko. Tylko w ten sposób przekona ją do pertraktacji.
Nicolas w zamyśleniu podrapał się po brodzie. Wydawał się rozważać wszystkie wady i zalety planu. Musieliśmy mieć pewność, że się uda albo, że chociaż nie pogorszymy sprawy.
— Zgoda — powiedział w końcu. — Ale na twoją odpowiedzialność.
Kiwnęłam głową. Odwróciłam się w stronę domu, wzięłam głęboki oddech, a potem przeszłam przez furtkę.
Prosto w paszczę lwa.
Paryż, 16 marca 2039
W tym roku wiosna przyszła do Paryża nagle. W ciągu zaledwie dwóch dni temperatura skoczyła do osiemnastu stopni, a słońce na stałe zadomowiło się na niebie. Ludzie odwiesili grupę kurtki i ciepłe buty. Na ulicach znów pojawiły się rowery, a dzieci wyległy na place zabaw. Powoli odradzała się przyroda, wracało życie.
I tylko Pierrette nadal umiera.
Przetarłem zmęczone oczy, zgarbiłem się na fotelu i znów wlepiłem wzrok w siostrę. Od kilku dni nic się zmieniło. Nadal oddychała przy pomocy respiratora, a lekarze na obchodach tylko smutno kręcili głowami. Pielęgniarki zmieniały kroplówki, a ja i tata zmienialiśmy się na posterunku. Przez pierwsze dwa dni warty trwały dwanaście godzin. Potem zeszliśmy do ośmiu. Przyjechała Manoline. Jej mąż w końcu dostał wolne. Mógł zająć się dziećmi. Trochę nas odciążyła. Ogarnęła dom, zadbała byśmy regularnie jedli, wymieniła szpitalną garderobę Pretty ( „Faceci” prychnęła, gdy zobaczyła, jaką bieliznę przywieźliśmy) i zadbała o jej higienę. Robiła dokładnie to, co dobra starsza siostra robiłaby dla młodszej. I co młodsza zrobiłaby dla starszej. Dziesięć lat różnicy przestawało się liczyć.
Timote też chciał przyjechać. Przynajmniej tak twierdził. Klął przez telefon, że nie może wyrwać się w połowie sezonu. Wiedziałem jednak, że się boi. Był w Paryżu, gdy zmarła mama. Specjalnie wsiadł w samolot. Nikogo nie pytał o zdanie.
Teraz uważał, że przynosi pecha.
Z Nicolasem nie mogliśmy się skontaktować. Jego żona powiedziała, że został w trybie nagłym wysłany gdzieś do Azji. Bardzo ważna sprawa. NATO, Rosja, Chiny. Jakaś duża broń. Lepiej było nie przeszkadzać.
Więc we Francji byliśmy w trójką. Dni stały się nadzwyczaj monotonne. Śniadanie, potem szpital. Rozmowa z lekarzem, który zapewniał, że wszystko może się zdarzyć. Uprzejme odpowiadanie na zagadywanie pielęgniarek. Zdanie relacji tacie albo Many. Krótka rozmowa o niczym. A potem powrót do domu.
Nuda.
No prawie.
— Walter?
Drzwi do sali uchylił się powoli. Podniosłem głowę i uśmiechnęłam się słabo.
— Julcia! Przyszłaś wcześniej?
— Pomyślałam, że potrzebujesz towarzystwa. — Usiadła na oparciu fotela i czule pocałowała mnie w czubek głowy.
Wtuliłem się jej pierś. Przymknąłem oczy, wdychając zapach słonej wody. Julcia zawsze pachniała w ten sposób. Jakby przed chwilą wynurzyła się z oceanu. Tak pachniałaby Wenus Botticellego.
Przyleciała poprzedniego dnia wieczorem. Odebrałem ją z lotniska. Od razu pojechaliśmy do domu, ale długo stałem na podjeździe. W środku czekała Manoline, a Toyota taty była zaskakująco wygodna. Miała rozkładane siedzenia. I dużo miejsca. Długo się witaliśmy, po czym przedstawiłem Julcię siostrze. Many była dobrą siostrą. Wystarczyło jedno spojrzenie, by zrozumiała, że moja „przyjaciółka”, która przyjechała zobaczyć Paryż jest kimś więcej. Po drugim spojrzeniu wskazała Julci pokój na drugim piętrze, jak najdalej od sypialni taty.
— Biorę dzisiaj nockę. Rano zastąpi mnie Walt. Postaraj się nie rzucać tacie w oczy, a rano pokarzę ci trochę miasta. — Posłała Julce miły uśmiech. Wiedziałem, że od razu rozpoznała dziewczyną. Była ode mnie starsza. Pamiętała czasy, gdy tata prowadził reprezentacje.
Noc spędziłem z Julcią, a rano pojechałem do szpitala. Popołudniową zmianę miał znów wziąć tata, a ja nocną.
— Masz jakieś plany na popołudnie? — zapytałem, zerkając na zegarek. Zostało pół godziny.
— Nie wiem — wzruszyła ramionami. — Twoja siostra jest bardzo miła, wiesz? Pokazała mi sporo ciekawych miejsc i nawet przez moment nie wyglądała na znudzoną. No i poznałam kilka ciekawych historii. — Uśmiechnęła się chytrze. — Nigdy nie wspominałeś, że twoją ulubioną zabawą jest ganianie z ręcznikiem na plecach, durszlakiem na głowie i udawanie Makaronmana?
Jęknąłem cicho. Manoline, ty cholerna gaduło. Masz przerąbane.
— Powiedzmy, że to ta część dzieciństwa, którą nie chcę się chwalić — burknąłem.
Julcia roześmiała się głośno. Poczochrała moje włosy, jakbym był tylko naburmuszonym przedszkolakiem.
— Chodźmy na spacer, okej? — zaproponowała. — Muszę się tobą nacieszyć.
— A zaczekasz przed budynkiem.
— Kupię coś do jedzenia.
— Super.
Zsunęła się z fotela. Już chciała wyjść, ale pociągnąłem ją za rękę i pocałowałem namiętnie. Wylądowała mi na kolanach, ręce oplatując wokół szyi. Gdy próbowałem wsunąć dłonie pod jej sweter, tylko pokręciłam z dezaprobatą głową.
— Jesteś wiecznie niewyżytych — fuknęła.
— Przy tobie zawsze — wyszczerzyła się głupkowato. — Jak to wszystko się skończy, to pojedziemy na wakacje. Długie wakacje. Na jakąś rajską wyspę, gdzie nikt nas nie znajdzie.
— Tylko we dwoje? Na przykład na plaży? — Uniosła kokieteryjnie brew.
— Gdzie tylko zechcesz.
Znów się roześmiała. Jeszcze raz cmoknęła mnie w czoło, a potem zeszła z kolan i wyszła, kusząco kręcąc biodrami.
Gdy zamknęły się drzwi, powoli osunąłem się w fotelu. Ze świstem wypuściłem powietrze. Ta dziewczyna doprowadzała mnie do szału.
— Mam nadzieję, że nie masz nam tego za złe, siostra — mruknąłem do Pierrette. — No wiesz, że cię deprymujemy, czy coś.
Brak odpowiedzi uznałem za zaprzeczenie. Rozluźniłem się całkowicie, a wzrok wlepiłem w zegar.
Tata pojawił się pięć minut później. Choć miał szesnaście godzin, by odespać, to i tak wyglądał jak trup. Rzucił tylko ciche cześć po czym usiadł w fotelu i zastygł wpatrzony w Pretty.
Bez słowa opuściłem szpital. Julcia już na mnie czekała. Stała w przy wejściu z dwoma kubkami kawy i torbą pełną ciastek. Czekoladowych. Zawsze kupowała czekoladowe.
— Twój trener mnie zabije, jak dowie się, czym cię karmię — stwierdziła, wręczając mi ciastko.
— Spoko, już i tak jest wściekły — podniosłem lewą dłoń. Palec nadal był usztywniony i zawinięty bandażem. — Jeden z najlepszych zawodników nie zagra do końca sezonu i nawet nie może porządnie na niego nawrzeszczeć.
Cicho parsknęła śmiechem. Ruszyliśmy wzdłuż ulicy, rozmawiając o wszystkim i o niczym. Trzymaliśmy się za ręce, słońce świeciło, ptaszki śpiewały. Było idealnie. Tak, jakby nic się nie wydarzyło. Jakby nie istnieli czarodzieje, podróże w czasie, a Pierrette nie leżała nieprzytomna. Doszliśmy do pobliskiego parku i usiedliśmy na ławce. A raczej Julcia usiadła, bo ja położyłem się z nogami na jej kolanach.
— Powinienem zostać kotem — wymruczałem, gdy zaczęła drapać mnie po głowie.
— Żeby gubić sierść?
— Żeby móc jeść, tyć i niczym się nie przejmować.
Nie mam pojęcia jak długo tak siedzieliśmy. Kwadrans, godzinę, może dwie? Ludzie mijali nas bez słowa, nawet nie zwalniając kroku. Byliśmy tylko kolejną parą, kolejnym elementem wystroju.
— Zaczekaj chwilę — poprosiła nagle Julcią. — Zaraz wrócę.
Ściągnęła moją głowę, wstała, a potem zniknęła w następnej alejce. Usiadłem z powrotem. Czekałem cierpliwie. Pewnie poszła po lody. Takie małe, w kuleczkach. Zawsze je lubiła. Był już marzec. Pojawiły się pierwsze budki z lodami.
Minęło pięć minut. Potem dziesięć. Julcia nie wracała. Może budka była daleko? Przy głównej bramie? Albo na sąsiedniej ulicy? Może widziała ją po drodze, ale dopiero teraz nabrała ochoty na lody? Może była kolejka? Albo jakiś dzieciak nie mógł się zdecydować na smak? Albo terminal stracił łącze z Internetem? I trzeba było płacić gotówką? Może szukała bankomatu?
Minął kwadrans. Zacząłem się denerwować. Po dwudziestu minutach wstałem z ławki. Po dwudziestu pięciu zacząłem chodzić w kółko. Gdy minęło pół godziny podjąłem decyzję. Ruszyłem tą samą alejką, rozglądając się uważnie. Mijałem wiele kobiet, starszych i młodszych, ale żadna nie była Julcią.
Obszedłem cały park. Wyszedłem za bramę. Nic.
Usiadłem na kamiennym murku i wziąłem głęboki wdech. Starałem się zachować spokój. Przecież nie mogło się zdarzyć nic złego prawda? Nie Julci. Przecież nawet nie znała Pierrette. Nie miała nic wspólnego z całą tą sprawą.
A mimo tego trzęsły mi się ręce. Byłem spocony i jednocześnie drżałem. Zrobiłem więc coś, co powinienem zrobić od razu — wyciągnąłem komórkę i po prostu zadzwoniłem do dziewczyny.
— Odbierz, odbierz, odbierz.
Jeden sygnał, drugi, trzeci.
Przepraszamy, ale wybrany numer nie odpowiada...
Spróbowałem ponownie. Brak odpowiedzi. Za trzecim razem to samo. Za czwartym też.
Za piątym w końcu odebrała.
— Halo?
— Julcia?! — aż podskoczyłem słysząc jej głos. Brzmiał normalnie. Zupełnie normalnie. Nie był zachrypnięty, wycieńczony, przerażony. Nie płakała.
Dobrze, bardzo dobrze.
— Przepraszam, ale kto mówi?
Nie dobrze.
— No jak to, kto? To ja, Walter! Przecież musiało ci się wyświetlić!
— Niestety, ale nie znam żadnego Waltera.
Bardzo nie dobrze.
Sprawdziłem numer. Wszystko się zgadzało. Byłbym wstanie wystukać go z zamkniętymi oczami. Przez sen. W środku katastrofy nuklearnej.
Na pewno dodzwoniłam się do Julki.
— Oh, daj spokój, nie czas na żarty — fuknąłem. — Wiesz, jak się zdenerwowałem? Zniknęłaś tak nagle. Mogłaś chociaż powiedzieć dokąd idziesz. Paryż jest ogromny, a wiesz, że ostatnio jestem przewrażliwiony.
— To chyba jednak pomyłka. Musiał mnie pan pomylić z jakąś inną Julią. Nie znam żadnego Waltera i nigdy nie byłam w Paryżu. Dowidzenia — rozłączyła się.
Tak po prostu się rozłączyła.
— Ale... ale jak to?
Nie miałem pojęcia, co tak naprawdę zaszło. Zszokowany wpatrywałem się w migającą czerwoną słuchawkę. Połączenie zostało zakończone. Tylko tyle był wstanie powiedzieć telefon.
Może się pomyliłem? Jestem przecież zmęczony, mogłem nie rozpoznać głosu Julci, prawda? Może przez przypadek wybrałem zły numer? Tak, na pewno nacisnąłem coś nie tak. Te hologramy są jednak strasznie czułe. A ja mam grube paluchy.
Wybrałem numer jeszcze raz. Jeden sygnał, drugi, trzeci.
— Halo?
— Julcia? Gdzie jesteś? Czekam przed parkiem?
— Przecież mówiłam panu, że to pomyłka! — warknęła osoba po drugiej stronie.
— Ale...
— Proszę pana, jestem zajęta i nie mam czasu na kłótnie. Żegnam. — Rozłączyła się.
Znowu. Zadrżałem. Ugięły się pode mną kolana. Opadłem na murek. Dyszała ciężko, wpatrzony w komórkę. Próbowałem zrozumieć, co się stało. Mój mózg pracował na podwyższonych obrotach, serce dudniło w piersi.
Julcia, moja Julcia, mnie nie poznawała. Dlaczego? Przecież to nie możliwe! Zawsze mnie poznawała! Kochała mnie! Tak, jak ja kochałem ją! Byliśmy sobie przeznaczeni! Tak twierdził wszechświat i czarodzieje.
I nagle zrozumiałem.
Nie zadzwoniłem po raz trzeci, to byłoby bez sensu. Wszystko w jednej chwili ułożyło się w logiczną całość. Julcia nie poznawała mnie nie dlatego, że mnie nie pamiętała, czy bo inaczej brzmiałem. Nie chciała zrobić mi kawału.
Po prostu nigdy mnie nie poznała.
Nagle cały świat zawirował. Ścisnęło mnie w piersi, przestałem oddychać. Dziki pisk w uszach zagłuszył wszystkie inne odgłosy. Desperacko łapałem powietrze, moje serce gwałtownie zwolniło. Tonąłem. Jakby ktoś wrzucił mnie do basenu, z kowadłem u szyi. Było coraz ciemniej, coraz zimniej. Tylko w dół, w dół, w dół.
Straciłem Julcię. Spełnił się najgorszy koszmar. Życie rozpadło się na milion kawałeczków. Straciłem jej uśmiech, błyszczące oczy. Straciłem karcące spojrzenie i głośny śmiech. Straciłem wszystkie pocałunki i długie godziny spędzone po prostu na rozmowie. Straciłem wspólne poranki, namiętne wieczory, nawet kłótnie, których tak bardzo żałowałem. Straciłem wszystko. Już nigdy jej nie przytulę, nigdy nie pocałuję.
Nigdy nie powiem, jak bardzo kocham.
Rzeczywistość znów się zmieniła. I tym razem postanowiła zabrać mi Julcię.
— Kurwa! — Uderzyłem pięścią w murek, pod zdartą skórą błysnęła krew. Osunąłem się na kolana. Moim ciałem wstrząsnęły dreszcze. Łzy spływały mi po policzkach, a kamyki z chodnika wbijały się w dłonie.
— Dlaczego, dlaczego, dlaczego...
Nic nie bolało tak bardzo. Tak, Pierrette umierała. Tak, rodzice rozwiedli się. Tak, zmieniała się historia, którą znałem. Ale nic nie bolało tak, jak strata Julci. Była moją kotwicą, moją przystanią. Nieskażona bolesną przeszłością pomogła mi odnaleźć szczęście w życiu. Niewinna, bez traumy, w żaden sposób nie związana z tym, co wcześniej przeszedł. Dzięki niej odzyskałem radość życia.
A teraz wszystko straciłem.
Próbowałem zrozumieć, gdzie popełniono błąd. Jakim cudem relacja między rodzicami mogła wpłynąć na moją znajomość z Julcią? Co musiałoby się stać, bym nigdy jej nie poznał?
Odpowiedź była prosta — musiałbym nigdy nie pojechać do Ameryki.
Drżącymi rękami wyjąłem telefon. Wstukałem w wyszukiwarkę swoje nazwisko i cicho odetchnąłem z ulgą. Nadal grałem w koszykówkę — przynajmniej tyle. Tylko, że ostatni sezon spędziłem nie w Bostonie, a w Paryżu. Ba, był to mój drugi sezon w stolicy! Kliknąłem na pierwszy lepszy wywiad z samym sobą. Pobieranie przebiegłej wzrokiem po pytaniach. Według wywiadu dostałem oferty z różnych klubów ze Stanów, ale ze względu na rodzinę postanowiłem zostać Europie. Walter w tej rzeczywistości uważał, że ma dużo „osobistych obowiązków”, których nie może porzucić.
Jakie do cholery obowiązki?
Tata. Oczywiście, że chodziło o tatę.
Powoli podniosłem z ziemi. Ruszyłem z powrotem do szpitala. Przez całą drogę próbowałem wymyślić, w jak złym stanie musi być tata, że postanowiłem zostać. Co takiego stało się po śmierci mamy? Kiedy się rozwiedli? Czy napotkam Aishę i Zana w szpitalu? Czy Pretty w ogóle będzie mnie znać?
Te wszystkie pytania sprawiły, że drogę do odpowiedniego skrzydła pokonałem w biegu. Nie bawiłem się w żadne uprzejmości, po prostu wpadłem do pokoju, przekonany, że zastanę tam prawdziwy armagedon.
Nie pomyliłem się mocno. Wokół Pierrette panował chaos. Lekarze biegali w tę i z powrotem, urządzenia szalały. Mrugały, brzęczały, wyły. Pretty rzucała się na łóżku, jej ciało było napięte do granic możliwości, serce biło w zatrważającym tempie. Pod ścianą stał wystraszony tata. Płakał, bezgłośnie
— Co się stało? — zapytałem, przepychając się w jego stronę.
— Znów jej się pogorszyło — załkał. — Tracimy ją, tracimy...
— Przecież jeszcze żyje.
— Jest źle, bardzo źle...
I w tym momencie serce Pierrette przestało bić. Szaleńcze pikanie zamieniło się w jeden, długi pisk.
— Nie, nie, nie! Pretty! — Tata rzucił się w stronę łóżka. Zatrzymałem go w ostatnich chwili. Wyrywał się, ale byłem większy, silniejszy. — Pretty! Moja córeczka, moja mała córeczka! Puść mnie! Puść mnie natychmiast! Moje dziecko, moje maleństwo... — Szlochał opętańczo, próbując się wyrwać.
— Będzie dobrze, tato, spokojnie, będzie dobrze...
Sam w to nie wierzyłem. Z przerażeniem patrzyłem, jak lekarze reanimują moją serce. Jak rozrywają szpitalną koszulę i podpinają elektrody. Jak przez malutkie ciałko przechodzi prąd. Raz. Dwa. Trzy.
Nic.
Powtórka. Uwaga. Raz. Dwa. Trzy.
Znów nic.
Nie poddajemy się . Uwaga. Raz. Dwa. Trzy.
Wstrząs. Prąd poszedł. Pisk ustał. Wróciło pikanie.
Udało się.
Puls wrócił.
Lekarze odetchnęli z ulgą. Pod tatą ugięły się kolana. Złapałem go w ostatniej chwili. Ostrożnie poprowadziłem do fotela. Usiadł ciężko. Nadal drżał. Spoglądał to na Pretty, to na urządzenia. Powoli docierało do niego, co się stało.
Pierrette nadal żyła. Z trudem, ale żyła.
— Możesz powtórzyć dokładnie, co się stało? — zapytałem już spokojnie.
— Nie mam pojęcia — wychrypiał z trudem. — Wszystko było zupełnie normalne i nagle... nagle się zaczęło. Gorzej niż w domu. Pretty rzucała się po łóżku, nie mogła oddychać. Kazali mi się odsunąć, mogłem tylko patrzeć... Była taka bezbronna, taka maleńka. — Schował twarz w dłoniach, po policzkach znów popłynęły łzy.
Zacisnąłem zęby. Świat chylił się ku upadkowi. W ciągu zaledwie godziny straciłem ukochaną, a moja siostra prawie zmarła. Resztkami sił broniłem się przed szaleństwem.
Jeszcze raz spojrzałem na Pierrette. Już była spokojna. Blada jak papier, przeraźliwie chuda, nadal oddychała przez respirator. Ale odzyskała spokój. Przynajmniej tyle.
Przypomniałem sobie, co mówił Ferasco. Stan Pretty pogarsza się z każdym dniem, bo zaczyna przywiązywać się do czegoś, a raczej kogoś w przeszłości. Coś sprawiało, że chciała tam zostać. Czy to dlatego straciłem Julcię? Czy Pierrette postanowiła porzucić misję i zostać w przeszłości? Jeśli tak, to osobiście urwę jej łeb.
Rozejrzałem się po pokoju. Lekarze już sobie poszli, została tylko jedna pielęgniarka. Dochodziła trzecia po południu.
I coś mi się nie zgadzało.
— Gdzie Aisha i Zan?
— Kto? — Tata spojrzał na mnie szczerze zaskoczony.
— No Aisha i Zan. Przyjaciele Pretty.
— Ah... może, nie wiem. — Zmęczonym ruchem potarł skroń. — Wiesz, teraz dociera do mnie jak mało o niej tak naprawdę wiem. Ciężko jednak poznać kogoś, kogo widuje się tak naprawdę trzy razy w roku, prawda? — westchnął, kręcąc głową.
Uniosłem ze zdziwieniem brew. Okej, to było dziwne. Nawet bardzo dziwne. Tata twierdził, że nie zna Pierrette? Przepraszam bardzo, ale to była bzdura. Nikt nie znał jej tak dobrze jak on. Nawet ja. Znał jej ulubiony kolor, owoc i muzykę. Wiedział, co codziennie jadą na śniadanie i w jakich butach chodzi najczęściej. Wiedział więcej niż wszyscy inni ludzie razem wzięci.
Chyba, że...
Przeszłość znów mogła się zmienić.
— Tato, wiesz, ostatnio próbuję zrozumieć kilka rzeczy — zacząłem ostrożnie. Miałem nadzieję, że tata jest w takim stanie, że nie zauważy dziwnych pytań. — Możesz jeszcze raz opowiedzieć mi w skrócie jak to było z tobą i mamą? Jak się rozstaliście?
Tata zmarszczył czoło, ale powoli pokiwał głową. Przez chwilę zbierał myśli. Wpatrzony w swoje dłonie, rozważał od czego zacząć.
— Słyszałeś tę historię. Ty i Pretty byliście malutcy. Mieliście sześć lata. Mama straciła cierpliwość. Ja też. Doszliśmy do wniosku, że nie ma sensu tego dalej ciągnąć. Rozwiedliśmy się. Mama wzięła Pretty, ja ciebie. Teoretycznie powinniśmy widywać się regularnie z Pierrette, ale dużo podróżowaliśmy. Ja... przez cały czas, gdziekolwiek byśmy nie byli, chciałem wrócić. Ale duma mi nie pozwalała. I plotki. Pogłoski. Byłem idiotą. Gdy w końcu zdobyłem się na odwagę, Stephanie zmarła. Cztery lata temu. Nigdy sobie nie wybaczę, że nie zawalczyłem o nią wcześniej.
Z cichym świstem wypuściłem powietrze. Teraz wszystko układało się w logiczną całość. Skoro tak naprawdę wychowywał mnie tata, to w tym świecie musiałem być z nim jeszcze bardziej związany. Więc gdy okazało się, że bardzo przeżywa śmierć byłej żony, nie mogłem go zostawić. Pewnie odrzuciłem ofertę od ligi uniwersyteckiej, a potem od NBA. Pilnowałem, by z tatą było wszystko w porządku.
A skoro nie poleciałem do Stanów, to nie mogłem poznać Julci. W tym świecie byłem dla niej zupełnie obcy. Wyjechała na studia, ale nie poznała na nich pewnego szarmanckiego Francuza. Nie przywaliła mu torebką w łeb i nie wyzywała od idiotów.
Nie zakochała się w nim.
— Dziękuję, że mi to powiedziałeś — pokrzepiająco poklepałem tatę po ramieniu. — Naprawdę... okej, wiem, że to trudne, ale myślę, że mama też chciała się pogodzić. I też przeszkadzała jej duma.
— Tak myślisz? — posłał mi pełne nadziei.
— Cóż, upewnisz się dopiero po drugiej stronie. Ale tak, tak właśnie myślę.
Uśmiechnął się słabo. Znów spojrzał na Pierrette i zastygł bez ruchu. Wrócił do pilnowania. Może i w tej rzeczywistości nie mógł wykazać się jako ojciec, ale nadal nim był. Kochał swoją córkę ponad wszystko.
Wstałem z oparcie. Podszedłem do okna i wyjrzałem na zewnątrz. Powoli kończył się dzień pracy. Ludzie wracali do domów, do bliskich. Życie toczyło się dalej.
— Wracaj Pretty — mruknąłem. — Wracaj jak najszybciej. Bo zostawiłaś tu świat, który się wali.
Okej, przyznam bez bicia, że z tego rozdziału jestem średnio zadowolona. Szczególnie z części Waltera. Zupełnie inaczej to sobie wyobrażałam, ale ile razy zabierałam się za te sceny, tyle razy mi się nie podobało. Mam jednak nadzieję, że Wam w miarę przypadł do gustu. Szczególnie, że zbliżamy się do końca tej historii. Zostały jeszcze trzy rozdziały + epilog.
Jak zwykle z niecierpliwością czekam na komentarze i za wszystkie z góry dziękuję.
Pozdrawiam
Violin
Och, co tutaj się podziało... Powiedzenie, które mówi o tym, że jak się wali to wszystko idealnie się tutaj sprawdziło. A zaczęło się tak dobrze!
OdpowiedzUsuńWystrojona i naturalna Pretty czekała na Mateusza, by ruszyć z nim do klubu na imprezę urodzinową. Oczywiście, kiedy siatkarz ją zobaczył oniemiał z zachwytu, ale skoro Pretty tak na niego działa to nie było mowy o innej reakcji ^^ Nie dziwię się jej, że była zdenerwowana, ale poradziła sobie! Może i nie wdawała się w rozmowę z kolegami Mateusza, ale sama jego obecność wystarczyła, by czuła się spokojnie :) A ten taniec! ^^ Emocje wzięły nad nimi górę i dali się ponieść tej fali namiętności, która ich ogarnęła. Namiętne pocałunki, dotyk dłoni, rozgrzane usta... Gdyby nie telefon od Nico to wiadomo jakby się to skończyło, a tak to przerwał im ten gorący moment i czar prysł. Mati był zawiedziony, jakby miał już trochę dość tych niewyjaśnionych historii Pretty, a ona sama zadręczała się w taksówce, ale nie może sobie robić wyrzutów, bo chciała tego równie mocno, jak Mati, chciała się ponieść i choć na chwilę przestać myśleć o tym, co musi zrobić. Uczucia pojawiają się znikąd i sieją zamęt w życiu, niełatwo jest wybrać, którą drogą chce się pójść. Z jednej strony ratowanie rodziny, z drugiej Mati i w tym wszystkim pytanie, jak to ze sobą pogodzić...? Jakby tego było mało w domu Stephana i Stephanie rozpętało się prawdziwe piekło. Amelia przeszła już samą siebie wysyłając te zdjęcia! Do tego ten podpis, stwierdzenie, że to nie pierwszy raz i awantura gotowa. A jak to już bywa przy awanturach obojgu puściły nerwy i zaczęło się wypominanie wszystkiego, począwszy od kłamstw Stephana, skończywszy na tym, że to on utrzymuje dom. Masakra! Oby ten szalony plan Nico na pozbycie się Amelii zadziałał. Dość już krwi napsuła. Pytanie tylko, czy uda im się ogarnąć rodziców, skoro czas znów się zmienił...?
Walt i Julcia :( Tak mi go szkoda... Po spędzeniu radosnych chwil ze swoją ukochaną dziewczyną, która przyleciała specjalnie do niego, by go wspierać i być przy nim był świadkiem tego, jak od niego odeszła przez wzgląd na zmieniającą się rzeczywistość. Była i nagle zniknęła powodując ból, po którym nie wiem jak Walt się podniesie. W końcu Julcia była dla niego cholernie ważna i kochał ją. Jakby tego było mało stan Pretty znów uległ pogorszeniu i dziewczyna otarła się o śmierć. Walt dalej drąży i łączy poszczególne fakty, ale co on teraz może zrobić...? Walcz Pretty, bo bez Ciebie wszystko leci na łeb na szyję!
Czekam na nowość z niecierpliwością :)
Pozdrawiam ;*
Zbliżamy się do końca, więc teraz będzie już tylko coraz więcej emocji. Pretty jednak ma sporo pomocy, więc na pewno będzie ciekawie.
UsuńBardzo dziękuję za komentarz!
Pozdrawiam
Violin
Tyle się tu podziało, że w sumie sama nie wiem od czego mam zacząć ^^ tak się wczułam, że nawet nie zauważyłam kiedy doszłam do końca. Także według mnie jak najbardziej możesz być zadowolona z tego rozdziału :)
OdpowiedzUsuńZacznijmy jednak od Pretty i Mateusza. Dziewczyna bardzo przeżywała wyjście na imprezę, co jest normalne dla osoby, która raczej w takich miejscach nie bywa. Gdyby nie on, nawet wołałby jej tam nie zaciągnięto. Ale chciała mu towarzyszyć, a co najważniejsze, podobać się mu. Już taka nasza kobieca logika. Oczywiście nie obeszło się od samokrytyki, ale na całe szczęście zdanie Mateusza w tej sprawie jest najważniejsze. Skoro jemu się podobało, to znaczy że było idealnie :) A co najważniejsze, zauważa różne szczegóły dotyczące jej osoby. Mimo iż to były urodziny jego kumpla i oczywistym było, że wdawał się w dyskusję z innymi, to cały czas zwracał uwagę na Pretty, która źle się czuje w takich miejscach. Także spory plus dla niego :) Przy okazji pochwalił się swoimi umiejętnościami tanecznymi, wprowadzając ją w wesoły nastrój. I nie tylko ^^ Obydwoje stali się dla siebie bardzo ważni, obydwoje się w sobie zakochali, więc normalną ludzką rzeczą jest, że ich ciała działają na siebie niczym magnes. Pożądanie jest częścią miłości, więc Pretty nie powinna się bić z myślami, choć ją rozumiem. W końcu jakiś czas była związana z Theodorem i nie potrafiła mu w pełni zaufać. Bo to wcale nie chodzi o to, że nie była gotowa. To nie był ten z którym chciała przeżyć taką chwilę. Ale mimo wszystko cieszę się że Nicolas im "przerwał". To nie było odpowiednie miejsce na takie wydarzenia, ot co!
Krokodylica znów przeszła samą siebie. Ta kobita powinna się leczyć i to w trybie natychmiastowym. Na miejscu Nico od razu zadzwoniłabym po pogotowie z kaftanem bezpieczeństwa. To już nie jest desperacja. To jest choroba! Jak można być taką osobą? No jak?! Mimo iż Stephanie doskonale wie jak przebiegła jest Amelia, te zdjęcia zasiały w niej sporo wątpliwości i doprowadziły do kolejnej niepotrzebnej kłótni. Gdyby Stephan od samego początku był szczery ze swoją żoną, wszystko mogłoby inaczej wyglądać. Przynajmniej Stephanie miałaby do niego resztki zaufania. Mam jedynie nadzieję, że Pretty i Nicolas uratują tą katastrofę bo może stać się tragedia ^^
Stała się najstraszniejsza rzecz na świecie. Walter stracił swoją ukochaną Julcię. Nawet sobie nie wyobrażasz jak smutno mi się zrobiło w tym momencie. To dzięki świadomości, że ma ją przy sobie (mimo iż na innym kontynencie) jako tako radził sobie z zaistniałą sytuacją. Była jego podporą. A teraz wszechświat odebrał mu ją w tak perfidny sposób. Sam fakt, że jej utrata jest dla niego boleśniejsza niż utrata kogokolwiek z rodziny, to dowód na to, jak bardzo ważną osobą jest dla niego. Jako ich największa fanka, żyję nadzieją że ich historia zakończy się padnięciem przez Waltera na kolana ^^ :D Bo jeśli ta cała sytuacja go do tego nie zmotywuje to ktoś powinien go mocno walnąć patelnią!
Pozdrawiam :)
Przyznam, że nie spodziewałam się, że ten rozdział wywoła aż takie emocje. Choć pisałam go z duszą na ramieniu, bo jednak wydarzenia są dosyć jednoznacznie i nie byłam pewna, jak się przyjmą. Ale cieszę się, że rozdział przypadł do gustu.
UsuńBardzo dziękuję za komentarz!
Pozdrawiam
Violin
Ten rozdział to prawdziwa sinusoida emocji. Była ich dosłownie cała gama. Ile tutaj się wydarzyło, aż sama nie wiem od czego mam zacząć. Dlatego też powinnaś być, jak najbardziej zadowolona z tego rozdziału, bo jest genialny.
OdpowiedzUsuńNic dziwnego, że Pierette stresowała się przed pójściem na imprezę. Nie dość, że nie często jest ich bywalcem, to jeszcze na pewno chciała zrobić, jak najlepsze wrażenie przed znajomymi Mateusza i przed nim samym. Co się jej zresztą udało. Siatkarz nie mógł oderwać od niej wzroku, a i jego znajomi bez większego problemu przyjęli dziewczynę do swojego grona.
Nasza para doskonale bawiła się w klubie, a emocje podczas wspólnego tańca zdecydowanie wzięły nad nimi górę. Nie mogli się od siebie oderwać, obydwoje pragnąc tego samego. Gdyby Nicolas nie nie zadzwonił na pewno nic by ich nie powstrzymało przed spędzeniem ze sobą tej nocy. Obydwoje byli na to gotowi, co świetnie pokazuje, jak Pierette związała się z Mateuszem. Niestety konsekwencje tego mogą być po prostu opłakane. W końcu czego dziewczyna by nie zrobiła i tak coś bezpowrotnie utraci. Naprawdę jej bardzo współczuję, bo dlaczego jej prawdziwą miłością musiał okazać się akurat chłopak z przeszłości? Życie bywa naprawdę wyjątkowo skomplikowane...
Dawno już nikt mi nie podniósł tak ciśnienia, jak ta wstrętna Krokodylica. Tym razem posunęła się za daleko. Za kogo ona się w ogóle ma? Jak mogła wysłać takie zdjęcia Stephanowi? I to tylko po, aby znowu mu zaszkodzić. Ta kobieta jest tak zdesperowana, że nie cofnie się przed niczym. A zaczynało się już układać... Niestety Stephanie natrafiła na te dość dwuznaczne fotki wraz z tą głupią wiadomością i zwyczajnie nie wytrzymała. Watpię czy jakikolwiek kobieta przeszła ze spokojem nad czymś takim. Nie można się jej więc dziwić, że zrobiła Stephanowi karczemną awanturę. Niestety także jemu puściły nerwy i prawdziwe piekło się zaczęło, które miało fatalny finał dla wydarzeń w przeszłości.
Mam nadzieję, że Pierette i Nicolas opanują ten kryzys i pogodzą ze sobą małżeństwo. Inaczej to będzie katastrofa. Choć na pewno nie będzie to łatwe zadanie. Trzeba też zrobić coś z Amelią i raz na zawsze się jej po prostu pozbyć.
Rodzeństwo widząc, jak źle jest z Pierette. Postanowili wesprzeć Waltera i Stephana w tym wyjątkowo trudnym dla wszystkich czasie. Obecność Manoline na pewno bardzo się przydaje. Jednak dla Walta to przede wszystkim obecność Julci była zbawienna. Nareszcie miał ją przy sobie, co dodawało mu sił do mierzenia się z rzeczywistością. Aż tu nagle w jednej chwili wszystko się zmieniło, a Walter dla Julci zupełnie obcą osobą. Oby dało się to jeszcze odkręcić. Inaczej Walter do reszty się załamie. Strasznie mi go żal, bo w ostatnim czasie przechodzi przez bardzo trudne chwile, a tu kolejny cios. Jeszcze to kolejne pogorszenie się stanu Pierette i zmiana przeszłości na zdecydowanie gorszą. To zdecydowanie za dużo, jak ja jedną osobę.
Historia powoli dobiega końca, a jest jeszcze tyle niewiadomych. Dlatego też z niecierpliwością czekam na kolejny rozdział.
Wszystko tylko nie sinusoida! xd Tak to jest, jak z własnej, nieprzymuszonej woli wybierasz matfiz... A tak na serio, to w ogóle nie spodziewałam się aż takich emocji. Może dlatego, że ten rozdział pisałam strasznie chaotycznie, po kawałku i na końcu sklejałam w całość.
UsuńBardzo dziękuję za komentarz!
Pozdrawiam
Violin
Nieee, tylko nie Julcia, Walter zasługuje na nią :(
OdpowiedzUsuńKocham Pretty, ale pomogę ukręcić jej łeb, za to podłe zmienianie rzeczywistości. Czemu tu nic nigdy nie jest czarno-białe? Teraz muszę się smucić, bo przez szczęście Pretty cierpi Walter. Mimo wszystko stoję po jego stronie, bo jest moją ulubioną postacią. Utrata Julci sprawiła, że już mam gdzieś Mateusza i tę miłosną otoczkę, z której tak się cieszyłam. Muszą się rozstać! Mam nadzieję, że nie pożałuję tych słów, ale wszystko jest nie tak. Chcę żeby Pretty wróciła i wszystko było jak dawniej. Oprócz Theo, on akurat jest paskudnym człowiekiem. Poza tym wszystko jak dawniej! :(
Chociaż może jednak okaże się, że Mateusz jest niewyżytym samcem alfa, co nie będzie odpowiadać Pretty? Osobiście nie spodziewałam się, że weźmie ją w tany do ciemnego korytarza. Może skrywa tajemnicę, że po alkoholu zostaje seryjnym zboczeńcem? Po tym, co już wiem, będę miała go na oku. Zaraz znajdę coś, żeby go rzucić xD
W ogóle moje serduszko uśmiechnęło się na wieść, że Pretty i Mati oglądali Supernatural. Uwielbiam ten serial XD Ale nadal Mati jest na celowniku.
Mam nadzieję, że rodzice w końcu się pogodzą. Tatulek w końcu powie, o co chodzi z groźbami. A Amelia w końcu przejedzie się na tym co robi. Proponuję rozesłać jej foteczki wszędzie, gdzie się da.
Nie rozumiem, czemu nie jesteś zadowolona z rozdziału, u mnie wywołał tak smutno-negatywne emocje, że jest jednym z moich ulubionych. Ewentualnie lubię, jak grasz na moich emocjach. Hm, nie powinnam wykluczać tej opcji.
Czekam niecierpliwie na kolejny rozdział!
Pozdrawiam bardzo serdecznie,
Eden
Until the dawn
Julcia jest jednym z głównych powodów, dla których rozważam napisanie drugiej części tej historii. No i Walter. I pomyśleć, że jak planowałam to opowiadanie, to perspektywy Waltera w ogóle miało nie być.
UsuńBardzo dziękuję za komentarz!
Pozdrawiam
Violin